POMIŃ
najlepsze strony

Galeria Sztuki Współczesnej
Gallery of Polish Contemporary Art
Obraz Datura,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Gąszcz,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Jesień,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Kuźnia,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Motyw z Ardeche,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Panorama w Mirabel,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Pole w Racławicach,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Propozycja,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Przekaz,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Tors,sztuka współczesna,

Jerzy Nowakowski

, brąz, granit,
Obraz Suche pola,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Skała w Mirabel,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Sąsiedzi,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Turysta,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Uliczne spotkanie,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Wieża w Mirabel,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Wiosenny spacer,sztuka współczesna,

Stanisław Batruch

, Olej na płótnie,
Obraz Ścieżka leśna,sztuka współczesna,

Włodzimierz Zakrzewski

, Olej na płótnie,
Obraz Akt,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Akt,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Akt,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Pisarz,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Pasterz I,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Chałupy,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Czarna martwa natura,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Czaszka,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Dachy,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Dom w górach,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Domek,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Ewa - oko,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Garnek,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Głowa byka,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Kamienice,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Kościół,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Kura,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z butelką,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z czaszką,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Księżycowy chłopiec,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Martwa natura z kabaczkiem,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z lustrem,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura ze skrzypcami,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Model,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Organista,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Patelnia,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z drzewem,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z niebieskim niebem,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Pijak,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Podwórko,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Portret Marty,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Szalet,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Zmierzch,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Łazienka,sztuka współczesna,

Mateusz Bednarz

, Olej na płótnie,
Obraz Biała martwa natura,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Powrót do domu II,sztuka współczesna,

Michał Kotula

, Akryl na płótnie,
Obraz Bieszczadzki pejzaż,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Czerwono-biały akt,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Dachy,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Domek z czerwonym dachem,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Góry,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Harenda - góry,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Machina,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura w błękitach,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na tekturze,
Obraz Martwa natura z butelką,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z czaszką,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na tekturze,
Obraz Martwa natura z czerwonym kubkiem,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z czerwoną butelką,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z czerwoną draperią,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z czerwoną flaszką,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z garnkami,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z kolbą,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z lustrem,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej i akryl na płótnie,
Obraz Martwa natura z lustrem,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej i akryl na płótnie,
Obraz Martwa natura z owocami,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na tekturze,
Obraz Martwa natura z owocami,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z syfonem,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa nature ze szkłem,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Okno,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Okno,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Okno,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż górski,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Akt 4,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Ptak,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Ptak,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Ryba,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Taniec,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Tory kolejowe,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz W pracowni,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Żółte domki,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Straż nocą,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej i akryl na płótnie,
Obraz Tory kolejowe,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Kościół Św. Barbary,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Olej na płótnie,
Obraz Gniazdo III,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Miasto,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż Śródziemnomorski,sztuka współczesna,

Anna Kostenko

, Olej na płótnie,
Obraz Nad wodą,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Tajemniczy wędrowiec,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Zatoka,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Miasto,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Nostalgia,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Olej i akryl na płótnie,
Obraz Obraz z buku,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Obraz z buku - luty,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Rydwan II,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Sen,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Pejzaż z cyprysem,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Samotnia I,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Samotnia II,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Samotnia III,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Santoryn IV,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Szmaragdowa zatoka,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Świątynka,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Tartar IV,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz W cieniu tajemnicy,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz W poszukiwaniu zaginionych czasów - obraz IV,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na pilśni,
Obraz W poszukiwaniu zaginionych miast,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz W poszukiwaniu zaginonych miejsc,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz W poszukiwaniu zaginonych miejsc - obraz V,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na pilśni,
Obraz Wenecja,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Tartar,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Wnętrze,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Był taki dzień,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Drzeworyt,
Obraz Ciemna strona księżyca,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Drzeworyt,
Obraz Dom w deszczu,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Linoryt barwny,
Obraz Droga do Volterry,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Drzeworyt kolorowy,
Obraz Dziwne cienie,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Linoryt barwny,
Obraz Między słońcem a księżycem,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Drzeworyt,
Obraz Ofelia,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Linoryt,
Obraz Pejzaż górski,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Tempera,
Obraz Portret II,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Tempera,
Obraz Portret,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Tempera,
Obraz Ptak,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Drzeworyt,
Obraz Strach-dziadyga,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Linoryt barwny,
Obraz Strach-frajerka,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Linoryt barwny,
Obraz W drodze,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Linoryt,
Obraz Mnich,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, drewno,
Obraz Zasłona,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Drzeworyt barwny,
Obraz Zdarzenie I,sztuka współczesna,

Franciszek Bunsch

, Linoryt barwny,
Obraz Sowa,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Ryby,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Ptak mazurski,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Owieczka,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Owieczka,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Owce,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Muszla,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Złota Łąka,sztuka współczesna,

Kinga Chromy

, Olej na płótnie,
Obraz Złota Łąka VII,sztuka współczesna,

Kinga Chromy

, Olej na płótnie,
Obraz Złota Łąka I,sztuka współczesna,

Kinga Chromy

, Olej na płótnie,
Obraz Morze V,sztuka współczesna,

Kinga Chromy

, Olej na płótnie,
Obraz Morze IV,sztuka współczesna,

Kinga Chromy

, Olej na płótnie,
Obraz Morze VII,sztuka współczesna,

Kinga Chromy

, Olej na płótnie,
Obraz Lawendowe pole,sztuka współczesna,

Kinga Chromy

, Olej na płótnie,
Obraz Krokusy VIII,sztuka współczesna,

Kinga Chromy

, Olej na płótnie,
Obraz Sowa,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Struś,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Żaba,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Żółw,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Modelka 1,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Z wakacji,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Totus Tuus,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Słomkowy kapelusz,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Słomkowy kapelusz,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Pożegnanie,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Podstolina,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Piosenka,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Nawojka,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Murzynki,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Murzynki,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Gwasz,
Obraz Murzynka,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Murzynka,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Monte Casino,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Lidia Zamkow,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Królowa Tatr,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Kopciuszek,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Koncert,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Chatka,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Kot,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Klonowi bracia,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Kazimierz Szubert,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Jadzia wdowa,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Jacek Woszczerowicz,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Igraszki trafu i miłości,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Huta,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Fircyk w zalotach,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz E.Drozdowska,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Dyrygent,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Dyrygent,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Czarodejski grosz,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Cyrano de Bergerac,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Bastienne,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Gwasz,
Obraz Deszcz,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Fiołki alpejskie,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Jordanów,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Gwasz,
Obraz Cynie i cytryna,sztuka współczesna,

Kazimierz Wilk

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z chińskim wazonem,sztuka współczesna,

Kazimierz Wilk

, Olej na płótnie,
Obraz Lajkonik,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Morze,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Morze,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Moulin Rouge,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Muszelki,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Osiedle,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Plaża,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Port,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Przekupka,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Snopy,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Moje miejsce I,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Akryl na płótnie,
Obraz Słońce II,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Słońce,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Wawel,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Zachód słońca,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Łódka,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Akwarela,
Obraz Śmiałek,sztuka współczesna,

Dorota Dziekiewicz-Pilich

, Brąz, marmur,
Obraz Moje miejsce II,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Akryl na płótnie,
Obraz Moje miejsce III,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Akryl na płótnie,
Obraz Bobo,sztuka współczesna,

Dorota Dziekiewicz-Pilich

, Brąz, marmur,
Obraz Mądralek,sztuka współczesna,

Dorota Dziekiewicz-Pilich

, Brąz, marmur,
Obraz Samosia,sztuka współczesna,

Dorota Dziekiewicz-Pilich

, Brąz, marmur,
Obraz Księżycowa tancerka,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Bawół,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Afrykański Pasterz,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Baletniczka,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Rycerz,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Macierzyństwo,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Baletnica,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Konik,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Kwiatuszek,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Siedząca,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Łucznik,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Alchemik,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Malarz,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Myśliciel-Amonit,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Podniebny jeździec,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Orzeł,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Pasterz,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Pod drzewkiem,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Młody Sherlok Holmes,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Jagódka,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Siedzący gitarzysta,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Siedzący trębacz,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Człowiek - ptak,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Pustelnik II,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Wielka stopa,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Kołysanka,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Sygnał nadziei,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Trębacz,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Na warkoczu,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Wiatr,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Międzygalaktyczny wędrowiec,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Smakosz,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Mag,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Błogosławieni cisi albowiem ziemia do nich należeć będzie (UNIKAT),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,
Obraz Anioł odpoczywający (UNIKAT),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,
Obraz Trębacz,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, kamień,
Obraz Jabłonie,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Flora,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Dzwonki,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Domy,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Budowa,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Zima,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Witraż leśny,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Wiosna,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Wiosna,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Widok z okna,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Wędrowcy,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Pejzaż z Sevres,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż II,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż jesienny,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Pawie,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Para,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Para,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Palmy,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Martwa natura - tulipany,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Martwa natura z butelka,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Kwitnące drzewa,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Kwaity,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Kompozycja,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Kompozycja,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Kompozycja,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Kompozycja,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Kompozycja,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Jesień,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Akwarela,
Obraz ,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Pastel,
Obraz Horizont 1,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Wydruk fotograficzny,
Obraz Horizont 5,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Wydruk fotograficzny,
Obraz Horizont 4,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Wydruk fotograficzny,
Obraz Horizont 3,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Wydruk fotograficzny,
Obraz Horizont 2,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Wydruk fotograficzny,
Obraz Domy I,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Tempera na tekturze,
Obraz Domy II,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Akryl na tekturze,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na tekturze,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na tekturze,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na tekturze,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż zimowy,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na tekturze,
Obraz Portret,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na tekturze,
Obraz Ryby,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na płótnie,
Obraz Saturator,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na tekturze,
Obraz Widok,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na tekturze,
Obraz Wieża Babel,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Akryl na płótnie,
Obraz Anioły 1,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Technika mieszana na płótnie,
Obraz Anioły 2,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Technika mieszana na płótnie,
Obraz Anioły 3,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na płótnie,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Technika mieszana na tekturze,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Rysunek na papierze,
Obraz Cisza,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Akryl na płótnie,
Obraz Codzienność,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Technika mieszana na płótnie,
Obraz Impresja,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na tekturze,
Obraz Kompozycja muzyczna,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Technika mieszana na płótnie,
Obraz Kubuś,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na tekturze,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Akryl na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Pastel na tekturze,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Akryl na tekturze,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Tusz na tekturze,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na płótnie,
Obraz Piano,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Technika mieszana na płótnie,
Obraz Portret kobiety,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na tekturze,
Obraz Wnętrze,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Olej na płótnie,
Obraz Wnętrze,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Technika mieszana na płótnie,
Obraz Zewnętrzność,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Technika mieszana na tekturze,
Obraz Szara strefa,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Kompozycja,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Przystań w Aigues-Mortes,sztuka współczesna,

Juliusz Joniak

, Olej na płótnie,
Obraz Zaduma VII,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Pejzaż górski,sztuka współczesna,

Jan Świderski

, Olej na płótnie,
Obraz Fragmenty,sztuka współczesna,

Karolina Jakubowska

, Technika mieszana,
Obraz Owieczka,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Pianista,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Kontrabasista,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Kaprys II,sztuka współczesna,

Stanisław Wiśniewski

, Olej na płótnie,
Obraz Akt leżący II,sztuka współczesna,

Stanisław Wiśniewski

, Olej na płótnie,
Obraz Akty w lesie,sztuka współczesna,

Stanisław Wiśniewski

, Olej na płótnie,
Obraz Jeździec II,sztuka współczesna,

Stanisław Wiśniewski

, Akryl na płótnie,
Obraz Kobieta leżąca 1,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z paterą i jabłkami,sztuka współczesna,

Hanna Rudzka-Cybis

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z paterą i owocami,sztuka współczesna,

Hanna Rudzka-Cybis

, Olej na płótnie,
Obraz Wawel,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Rozdziele - Kościół,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Norbertanki,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Kraków - Rynek,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Kraków - Barbakan,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Jezioro w Margoninie,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Fragment Kościoła Bożego Ciała,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Dachy Krakowa VIII,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Chęciny,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Olej na płótnie,
Obraz Dachy Krakowa VI,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Mosty w czerwieni,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Pastel,
Obraz Dachy Krakowa IX,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Dachy Krakowa IV,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Kąpiel,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Dachy Krakowa II,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Budynek w Krzemieńcu,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Złoty Stok,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Zaułek w Chęcinach,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Zator - ul.Spadzista,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Zator - przy ul. Spadzistej,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Zator - przy ul.Spadzistej,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Zamek w Jaworniku-Czechy,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Zagroda w Choczu,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Wola Justowska - Galeria Chromego,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Wawel,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Uliczka w Margoninie,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Ulica Paderewskiego w Margoninie,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Słupca-zabytkowy drewniany kościół,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Słowenia - Predjamski grad,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Suloszowa,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Stary dom w Chęcinach,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Skiathos - Grecja,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Serbia - stary klasztor Sopocani,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Rataje - ul.Jeziorna,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Rataje,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Pałac w Grabie,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Park angielski w Dobrzycy,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Paczków, kościół św. Jana Ewang.,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Otmuchów - Ratusz,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Ogród Botaniczny w Krakowie,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Nowa Zelandia - Wyspa Północna,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Nowa Zelandia - Wyspa Północna,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Nowa Zelandia - Wyspa Południowa,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Nowa Zelandia - Wyspa Południowa,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Nowa Zelandia - Wyspa Południowa,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Nowa Zelandia - Wyspa Południowa,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Nowa Zelandia - Wyspa Południowa,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Nowa Zelandia - Wyspa Południowa,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Dziwny ptak,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Pastel,
Obraz Nowa Zelandia-Góry Naleśnikowe,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Nowa Zelandia,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Norbertanki,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Niepołomice I,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Młyn w Aleksandrowie,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Lwówek Wkp.,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Lwówek Wkp. - rynek,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Lanckorona,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Lanckorona II,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Kraków - Planty,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Kościół w Mogile,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Kościół pokolegiacki w Choczu,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Kalisz - Zawodzie,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Jezioro Hodzieskie,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Holandia-wiatrak pod Amsterdamem,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Hercegowina - Mostar - Most na rzece Neretwy,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja- uliczka w Plata Lejmano,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - uliczka w Plata Lejmano II,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - uliczka w mieście Korfu,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - stare miasto-Plata Lejmano,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - ruiny kościoła,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - podziemia rzeka,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja-plaża w Plata Lejmano,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - Plata Lejmano V,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - Milos,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - Meteory - Klasztor św. Trójcy,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - Meteory-Klasztor św.Trójcy,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - Meteory-Klasztor św.Stefana,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - Meteory-Klasztor Metamorfozy,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - Meteory-Klasztor Metamorfozy II,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - Kościół Kera,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - Kościół Katapoliani,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Grecja - Ateny - widok z Akropolu,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Gołuchów-fragment parku,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Dworek - Petrykozy,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Czarnogórska Budva,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Chęciny,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Chęciny V,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Twarz kobiety,sztuka współczesna,

Anna Kostenko

, Olej na płótnie,
Obraz Portret dziewczynki grającej na skrzypcach,sztuka współczesna,

Anna Kostenko

, Olej na płótnie,
Obraz Chorwacja - Pałac Dioklecjana,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Wejście,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Akryl na płótnie,
Obraz Samotność - kobieta,sztuka współczesna,

Beata Będkowska

, Akryl na płótnie,
Obraz Cerkiew w Miliku,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Beskid Niski,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Beskid Niski,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Bardejov - uliczka,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Akwarela,
Obraz Niesamowita podróż,sztuka współczesna,

Jacek Lipowczan

, Olej na desce,
Obraz Basen I,sztuka współczesna,

Julita Malinowska

, Akryl na płótnie,
Obraz Zielone słońce,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Olej na płótnie,
Obraz Akt I,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Olej na płótnie,
Obraz Basen III,sztuka współczesna,

Julita Malinowska

, Olej i akryl na płótnie,
Obraz Bieg,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Olej na płótnie,
Obraz Jazda,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Olej na płótnie,
Obraz Śniadanie mistrzów,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Olej na płótnie,
Obraz Warmia I,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Olej na płótnie,
Obraz Wierzby,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Stół z rybą,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Ryby,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Ryby,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Deska,
Obraz Ryba,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Pracownia,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż zimowy,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Maszyna,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura ze stołkiem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z syfonem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z rybą,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z rybami,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z pniem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z patelnią,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z niebieskim garnkiem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z lustrem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z lustrem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z lustrem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z gitarą,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z dzbankiem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z dzbankiem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z czerwonym garnkiem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z czerwonym garnkiem,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na tekturze,
Obraz Martwa natura z czaszką,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z butelką-mała,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z butelką,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z butelką,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z balijką,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z balijką,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z akwarium,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Kamera,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Harenda,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Buty,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Buty,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Dykta,
Obraz Moje miejsce IV,sztuka współczesna,

Maria Husarska

, Akryl na płótnie,
Obraz Akt,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Akt,sztuka współczesna,

Marta Sznauder

, Olej na płótnie,
Obraz Impresja miejska,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na płótnie,
Obraz Świt,sztuka współczesna,

Stanisław Wiśniewski

, Olej na płótnie,
Obraz Podgórz,sztuka współczesna,

Stanisław Wiśniewski

, Olej na płótnie,
Obraz Z mojego starego domu w Warszawie,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż zimą,sztuka współczesna,

Stanisław Wiśniewski

, Olej na płótnie,
Obraz Jesień - zima,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na płótnie,
Obraz Impresion of Wells,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na płótnie,
Obraz Kaprys zimny,sztuka współczesna,

Stanisław Wiśniewski

, Akryl na płótnie,
Obraz Na scenie,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Olej na płótnie,
Obraz Ogrodnik,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Olej na płótnie,
Obraz Abstrakcja 1,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Abstrakcja 2,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Abstrakcja 3,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Abstrakcja 4,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Abstrakcja 5,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Abstrakcja 6,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Abstrakcja 8,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Abstrakcja 9,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Abstrakcja z kulą,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Ave Cesar,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Biegnący,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Cisza,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Erotoman,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Ewa 1,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, ławka dąb,
Obraz Konrad,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Mówca,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Mosiądz,
Obraz Podglądacz,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Podobieństwo,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Poezja przedmiotu,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, kamień polny,
Obraz Przemijanie,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Samotność 1,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Leżakownia,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Olej i akryl na płótnie,
Obraz Siedząca 2,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Skąpiec,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Kamień / brąz,
Obraz Szpic,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Tors 1,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Tors 2,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Tors - Chrystus,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Torsik,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Usta prawdy,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Marszałek Józef Piłsudski,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Ewa 2,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Urwisko,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Urwiska,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Tańczący ptak,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Słońce wśród ostańców,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Stół,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Stok,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Rozdroże,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na dykcie,
Obraz Ptak z Zoo,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Pogórze,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Pocztówka z gór,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z gniazdem bociana,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Ostroga w Rewie,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Ostroga w Rewie,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Narodziny wyspy,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Morski brzeg,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na dykcie,
Obraz Martwa natura z czajnikiem,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Kwitnienie,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Księżyc,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Klatka z ptakami,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Dzikie góry,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Burzany,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Bieszczadzki świt,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Bieszczady,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Bieszczady,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na dykcie,
Obraz Bieszczady I,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz W pracowni,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Wieczorny nastrój,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Wnętrze z oknem,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na dykcie,
Obraz Wnętrze,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Wspomnienie z Grecji,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Wyschnięty potok,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Zimowa bajka,sztuka współczesna,

Cecylia Wodnicka-Ząbkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Życie dnia,sztuka współczesna,

Lucjan Józef Ząbkowski

, Olej na płótnie,
Obraz Znicz,sztuka współczesna,

Lucjan Józef Ząbkowski

, Olej na płótnie,
Obraz Zachód III,sztuka współczesna,

Lucjan Józef Ząbkowski

, Olej na płótnie,
Obraz Wnętrze,sztuka współczesna,

Lucjan Józef Ząbkowski

, Olej na płótnie,
Obraz Wieża wiatrów,sztuka współczesna,

Lucjan Józef Ząbkowski

, Olej na płótnie,
Obraz Szczelina,sztuka współczesna,

Lucjan Józef Ząbkowski

, Olej na płótnie,
Obraz Spotkanie,sztuka współczesna,

Lucjan Józef Ząbkowski

, Olej na płótnie,
Obraz Pragnienie,sztuka współczesna,

Lucjan Józef Ząbkowski

, Olej na dykcie,
Obraz Nasłuchujący,sztuka współczesna,

Lucjan Józef Ząbkowski

, Olej na płótnie,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Jacek Sztuka

, Olej na płótnie,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Jacek Sztuka

, Olej na płótnie,
Obraz Z cyklu "W parku" ,sztuka współczesna,

Małgorzata Maćkowiak

, Olej na płycie,
Obraz Z cyklu "Oni i ona" ,sztuka współczesna,

Małgorzata Maćkowiak

, Olej na płótnie,
Obraz Podróżni III,sztuka współczesna,

Jacek Sztuka

, Olej na płótnie,
Obraz Podróżni,sztuka współczesna,

Jacek Sztuka

, Olej na płótnie,
Obraz Słomniki-młyn,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Olej na płótnie,
Obraz Portret mężczyzny,sztuka współczesna,

Jacek Sztuka

, Olej na płótnie,
Obraz W samochodzie I,sztuka współczesna,

Jacek Sztuka

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z zieloną butelką,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura, suche kwiaty z czarnym dzbankiem,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na płótnie,
Obraz Polaryzacja,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z butelką szampana,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z czerwonymi jabłkami,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z owocami,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura - zielona,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na płótnie,
Obraz Paryż,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na płótnie,
Obraz W poszukiwaniu zaginionych miast,sztuka współczesna,

Renata Bonczar

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z Koninek,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z ulami,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na dykcie,
Obraz Przemijanie,sztuka współczesna,

Jerzy Nowakowski

, brąz, chromonikiel, czarny granit,
Obraz Suche kwiaty,sztuka współczesna,

Henryk Wójcik

, Olej na dykcie,
Obraz Rydwan,sztuka współczesna,

Jerzy Nowakowski

, Brąz, marmur,
Obraz Incognita,sztuka współczesna,

Tadeusz Kantor

, Monotypia,
Obraz Portret wiek XX,sztuka współczesna,

Jerzy Nowakowski

, Gips patynowany,
Obraz We dwoje - torsy,sztuka współczesna,

Jerzy Nowakowski

, Drewno - mosiądz,
Obraz We dwoje - torsy,sztuka współczesna,

Jerzy Nowakowski

, Drewno - mosiądz,
Obraz Ślad na ziemi,sztuka współczesna,

Jerzy Nowakowski

, Brąz, sztuczny kamień,
Obraz Kwiaty w Dole,sztuka współczesna,

Teresa Wallis-Joniak

, Olej na płótnie,
Obraz Anioł Deszczu ( UNIKAT),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz, marmur,
Obraz Chorał II ( UNIKAT ),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz, marmur,
Obraz Fotel - z cyklu "Ślady istnień" ( UNIKAT ),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,
Obraz Karp,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Krzesło XVIII - z cyklu "Zatraceni" ( UNIKAT ),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,
Obraz Krzesło XX - z cyklu "Zatraceni" ( UNIKAT ),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,
Obraz Weronika na plaży,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Akryl na płótnie,
Obraz Alfgan I,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Stojąca,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit ,
Obraz Po defiladzie,sztuka współczesna,

Zdzisław Zieliński

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Akryl,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Akryl,
Obraz Gęsi,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Akryl,
Obraz Lew,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Akryl,
Obraz Wisła,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Akryl,
Obraz Wyszły z lasu,sztuka współczesna,

Karolina Szmuc

, Akryl,
Obraz Macierzyństwo 2,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Macierzyństwo 5,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Macierzyństwo 6,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Nasz dom,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Nić,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit Impala,
Obraz Palec Boży,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Pestka,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, kamień,
Obraz Punk,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Rybuś,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Kobieta z różą,sztuka współczesna,

Dorota Dziekiewicz-Pilich

, Brąz, kamień,
Obraz Akt 2,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Akt 1,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz, granit,
Obraz Szafa,sztuka współczesna,

Dorota Dziekiewicz-Pilich

, Brąz, kamień,
Obraz Łóżkownice 2,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Olej na płótnie,
Obraz Łóżkownice 1,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Olej na płótnie,
Obraz Więzy,sztuka współczesna,

Karolina Jakubowska

, Technika mieszana,
Obraz Wizyta,sztuka współczesna,

Karolina Jakubowska

, Olej, karton,
Obraz Mała Babia Góra,sztuka współczesna,

Jan Świderski

, Olej na płótnie,
Obraz Zamek - Będzin,sztuka współczesna,

Jan Świderski

, Olej na płótnie,
Obraz Niebo i ziemia,sztuka współczesna,

Leszek Misiak

, Olej i tempera na płótnie,
Obraz Jesień,sztuka współczesna,

Leszek Misiak

, Olej i tempera na płótnie,
Obraz Kobieta i myśliciel,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Pejzaż, wiosna,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Kompozycja z drzewami,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Lato,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Kompozycja z bożkiem,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na płótnie,
Obraz Górnik,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Kompozycja,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Kompozycja z bananami,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Martwa natura z ananasem,sztuka współczesna,

Aurelia Furdzik

, Olej na dykcie,
Obraz Vrbnik - Chorwacja,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Pastel,
Obraz Teatralny II - Wariat i Zakonnica,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Pastel,
Obraz Słowacja,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Gwasz,
Obraz KRK 3,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Pastel,
Obraz Góry - powódź,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz KRK - wysepka,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz KRK - zatoka,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz KRK - zatoka, wieczór,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz Ogród,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż górski I,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż górski - góra I,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz Skały I,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz Za Elblągiem 1,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz Za Elblągiem 2,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz Za oknem I,sztuka współczesna,

Krzysztof Kuliś

, Olej na płótnie,
Obraz Niebieskie miasto,sztuka współczesna,

Krystyna Sieraczyńska

, Olej na płótnie,
Obraz Erotyk,sztuka współczesna,

Leszek Dutka

, Olej na płótnie,
Obraz Patrz jaka jestem,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z czerwienią,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z pasącymi się zwierzętami I,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z ptakami,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Poranek w pościeli,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Rozmowa na cztery ręce,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Spotkanie fal,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Tak daleko tak blisko,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Trzy róże,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Ulubiony fotel,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Z cyklu POLA III,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Z cyklu WYSPY IV,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Człowiek i przestrzeń,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Kolarze I,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, brąz, kamień,
Obraz Kompozycja kosmiczna,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Muzyka,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Narodziny planety,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Narodziny planety,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Paw I,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Paw II,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Paw III,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Pegaz III i Pegaz I,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Pieśniarka,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Pieśń oceanu,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Pięta II,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Pięta III,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Płomienie,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Projekt pomnika Kopernika I,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Projekt pomnika Kopernika II,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Projekt pomnika Kopernika III,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Projekt pomnika Kopernika IV,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Projekt pomnika Kopernika VI,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Przed orbitowaniem,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz,
Obraz Skalne nuty I,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Skalne nuty,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Skalne nuty,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Światła,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Akryl na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Leszek Dutka

, Olej na płótnie,
Obraz Z cyklu Bloki,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Droga,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Tektonit,sztuka współczesna,

Jacek Yerka

, Akryl na płótnie,
Obraz Martwa natura w bielach,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Odbicie,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Akt 6,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Pod stopami II,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Technika mieszana,płótno,
Obraz Pod stopami III,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Technika mieszana,płótno,
Obraz Ślad,sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Z cyklu "Bloki",sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Z cyklu "Bloki",sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Z cyklu "Okna",sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Technika mieszana,płótno,
Obraz Łódź,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Z cyklu "Ściana III",sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Technika mieszana,płótno,
Obraz Z cyklu "Ściana IV",sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Technika mieszana,płótno,
Obraz Z cyklu "Bloki",sztuka współczesna,

Katarzyna Bielec

, Olej na płótnie,
Obraz Akt,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na dykcie,
Obraz Ulica Dworcowa,sztuka współczesna,

Michał Kotula

, Akryl na płótnie,
Obraz Albarracin I,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Olej na płótnie,
Obraz Jagoda,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Olej na płótnie,
Obraz The Melancholy of Cambridge,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na płótnie,
Obraz Wniebowstąpienie,sztuka współczesna,

Jerzy Świecimski

, Olej na płótnie,
Obraz Żółta martwa natura,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Most na Sanie - DYPTYK,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Droga do Daniela I,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Fortepian,sztuka współczesna,

Marek Ałaszewski

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z czerwoną czapeczką,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Plaża,sztuka współczesna,

Teresa Wallis-Joniak

, Olej na płótnie,
Obraz San niebieski,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz San,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Wspomnienie znad Sanu,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z grejpfrutami i granatami,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Zielony skok,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Duża magnolia,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z astrami,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z dyniami i jabłkami,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Żurawie,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Kwiaty,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Kwiaty - martwa natura,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Morze,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Powiew,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Ptak,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Taniec,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Kogut,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Kozica,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Wyspa,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Sen,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Postać,sztuka współczesna,

Piotr Bukowski

, Olej na płótnie,
Obraz Portret ,sztuka współczesna,

Czesław Rzepiński

, Olej na płótnie,
Obraz Kąpiel,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Kruki,sztuka współczesna,

Anna Schumacher

, Olej na płótnie,
Obraz Tajemnica (UNIKAT),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,
Obraz Krzesło VIII z cyklu "Zatraceni" ( UNIKAT ),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,
Obraz Chłód mgły,sztuka współczesna,

Józef Gazda

, Olej na płótnie,
Obraz Drzewa i domy,sztuka współczesna,

Józef Gazda

, Olej na płótnie,
Obraz Kwiaty,sztuka współczesna,

Józef Gazda

, Olej na płótnie,
Obraz Motyw z dachami,sztuka współczesna,

Józef Gazda

, Olej na płótnie,
Obraz Okno,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Odległa zabudowa,sztuka współczesna,

Józef Gazda

, Olej na płótnie,
Obraz Owoce i kwiaty,sztuka współczesna,

Józef Gazda

, Olej na płótnie,
Obraz Piękne krzewy,sztuka współczesna,

Józef Gazda

, Olej na płótnie,
Obraz Preludium jesienne,sztuka współczesna,

Józef Gazda

, Olej na płótnie,
Obraz W otoczeniu drzew,sztuka współczesna,

Józef Gazda

, Olej na płótnie,
Obraz Zielone przedmieście,sztuka współczesna,

Józef Gazda

, Olej na płótnie,
Obraz Sama,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Akryl na płótnie,
Obraz Weronika,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Akryl na płótnie,
Obraz Brzeg,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Akryl, olej na płótnie,
Obraz Pejzaż Ardeche,sztuka współczesna,

Jerzy Nowakowski

, drewno, płótno, mosiądz,
Obraz Spotkanie II - z cyklu "Introwersje",sztuka współczesna,

Jerzy Nowakowski

, Brąz, marmur,
Obraz Autostrada,sztuka współczesna,

Piotr Bukowski

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Tadeusz Kantor

, Monotypia,
Obraz Bachantki 4,sztuka współczesna,

Piotr Bukowski

, Olej na płótnie,
Obraz Matka z dzieckiem,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Wyspy,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Jagoda z bukietem,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Olej na płótnie,
Obraz Citylight,sztuka współczesna,

Michał Kotula

, Akryl na płótnie,
Obraz Pejżaż - Mydlniki,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Olej na płótnie,
Obraz Podziemie,sztuka współczesna,

Piotr Bukowski

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z Harendy,sztuka współczesna,

Jan Szancenbach

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż popołudniowy,sztuka współczesna,

Beata Będkowska

, Akryl na płótnie,
Obraz Estació de França,sztuka współczesna,

Beata Będkowska

, Akryl na płótnie,
Obraz Ogień,sztuka współczesna,

Stanisław Puchalik

, Akryl na płótnie,
Obraz Postaci spór,sztuka współczesna,

Leszek Dutka

, Olej na płótnie,
Obraz Welcome at the Purgatory Mountain,sztuka współczesna,

Jacek Lipowczan

, Olej na desce,
Obraz Remembrance Time,sztuka współczesna,

Jacek Lipowczan

, Olej na desce,
Obraz Passing through,sztuka współczesna,

Jacek Lipowczan

, Olej na desce,
Obraz Dziewczynka z filodendronem,sztuka współczesna,

Władysław Ślewiński

, Olej na płótnie,
Obraz Zatoka w Cadaques,sztuka współczesna,

Teresa Wallis-Joniak

, Olej na płótnie,
Obraz Nad rzeką,sztuka współczesna,

Stanisław Puchalik

, Olej na płótnie,
Obraz Koza,sztuka współczesna,

Stanisław Puchalik

, Akryl na płótnie,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Z cyklu "Miasta",sztuka współczesna,

Małgorzata Maćkowiak

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Podróż,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Modelka 2,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Podróż - Oczekiwanie,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Żurawie,sztuka współczesna,

Bronisław Chromy

, Brąz, kamień,
Obraz Pejzaż,sztuka współczesna,

Katarzyna Matschay

, Olej na płótnie,
Obraz Ulica 3,sztuka współczesna,

Piotr Bukowski

, Olej na płótnie,
Obraz Ulica 7,sztuka współczesna,

Piotr Bukowski

, Olej na płótnie,
Obraz Ulica 8,sztuka współczesna,

Piotr Bukowski

, Olej na płótnie,
Obraz Pont de la Tournelle z cyklu "Widok z okna BPP",sztuka współczesna,

Anna Forycka

, Olej na płótnie,
Obraz Quai de la Tournelle z cyklu "Widok z okna BPP",sztuka współczesna,

Anna Forycka

, Olej na płótnie,
Obraz Quai de la Tournelle z cyklu "Widok z okna BPP",sztuka współczesna,

Anna Forycka

, Olej na płótnie,
Obraz Pont de la Tournelle z cyklu "Widok z okna BPP",sztuka współczesna,

Anna Forycka

, Olej na płótnie,
Obraz Panteon z cyklu "Widok z okna BPP",sztuka współczesna,

Anna Forycka

, Olej na płótnie,
Obraz Korsyka,sztuka współczesna,

Anna Forycka

, Olej na płótnie,
Obraz Szkocja,sztuka współczesna,

Anna Forycka

, Olej na płótnie,
Obraz Zachód,sztuka współczesna,

Anna Forycka

, Olej na płótnie,
Obraz Humayun's Thumb III,sztuka współczesna,

Julita Malinowska

, Olej na płótnie,
Obraz Pod ścianą płaczu,sztuka współczesna,

Krystyna Sieraczyńska

, Olej na płótnie,
Obraz VII,sztuka współczesna,

Julita Malinowska

, Olej na płótnie,
Obraz Cuenca przed burzą,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Olej na płótnie,
Obraz W słońcu,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Olej na płótnie,
Obraz Weronika - spacer,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Akryl na płótnie,
Obraz Widok z katedrą,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Olej na płótnie,
Obraz Sofa ( UNIKAT ),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,
Obraz Krzesło III ( UNIKAT ),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,
Obraz Podwójny fotel ( UNIKAT ),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,
Obraz Sferracavallo - naprawa sieci,sztuka współczesna,

Celina Oczkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Ustica - wieża saraceńska,sztuka współczesna,

Celina Oczkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Stromboli - miasteczko pod wulkanem,sztuka współczesna,

Celina Oczkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Isola delle Femmine,sztuka współczesna,

Celina Oczkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Stromboli - białe domy,sztuka współczesna,

Celina Oczkowska

, Tempera,
Obraz Favignana - kolorowy kuter,sztuka współczesna,

Celina Oczkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Punta Raisi,sztuka współczesna,

Celina Oczkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Stromboli - życie na skałach,sztuka współczesna,

Celina Oczkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Stromboli - miasteczko na skałach,sztuka współczesna,

Celina Oczkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Ustica - stare gospodarstwo,sztuka współczesna,

Celina Oczkowska

, Olej na płótnie,
Obraz Kazimierz,sztuka współczesna,

Katarzyna Kobylarz

, Olej na papierze,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Katarzyna Kobylarz

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Katarzyna Kobylarz

, Olej na sklejce,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Katarzyna Kobylarz

, Olej na płótnie,
Obraz Mój pokój w akademiku II,sztuka współczesna,

Katarzyna Kobylarz

, Akryl na płótnie,
Obraz Mój pokój w akademiku,sztuka współczesna,

Katarzyna Kobylarz

, Akryl na płótnie,
Obraz Mój pokój w akademiku,sztuka współczesna,

Katarzyna Kobylarz

, Akryl na płótnie,
Obraz Pejzaż mazurski,sztuka współczesna,

Katarzyna Kobylarz

, Akryl na płótnie,
Obraz Ucho igielne,sztuka współczesna,

Katarzyna Kobylarz

, Olej, ołówek na płótnie,
Obraz Z cyklu "Trawestacje" - Inspiracje Lorenzo Lotto,sztuka współczesna,

Katarzyna Kobylarz

, Olej na płótnie,
Obraz Klocki,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Olej na płótnie,
Obraz Łazienka,sztuka współczesna,

Jerzy Nowosielski

, Olej na płótnie,
Obraz Kilka sytuacji,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Zmartwychwstanie,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Jan Paweł II,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Matka Boska Ostrobramska,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz Różowy akt,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Trzy postacie,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Zapatrzona,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Żółty jeździec,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Zatoka,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Akryl na płótnie,
Obraz Dziewczynka z chlebem,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Akryl na płótnie,
Obraz Śpiąca,sztuka współczesna,

Ilona Herc

, Akryl na płótnie,
Obraz Martwa natura z dynią,sztuka współczesna,

Małgorzata Maćkowiak

, Olej na płótnie,
Obraz Akrobata,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Uskrzydlony II,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Na ławeczce,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Wojownik II,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Dziecięce zmagania,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, granit,
Obraz Cyklista,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Postać z wiewiórką,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Motocyklista I,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, granit,
Obraz Zaduma IX,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, granit,
Obraz Na podwórku,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, granit,
Obraz Malarz II,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, granit,
Obraz Poeta II,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Uczony z kubkiem,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, granit,
Obraz Zagubiony w sadzie,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Skarby morza,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Uczony,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz,
Obraz Sielskie granie,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Pasterz,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Para,sztuka współczesna,

Paweł Erazmus

, Brąz, marmur,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Dawid Czycz

, Olej na desce,
Obraz Retrospekcja,sztuka współczesna,

Dawid Czycz

, Akryl na płótnie,
Obraz Impresja,sztuka współczesna,

Dawid Czycz

, Olej na płótnie,
Obraz Autoportret,sztuka współczesna,

Dawid Czycz

, Akryl na płótnie,
Obraz Spawacz,sztuka współczesna,

Dawid Czycz

, Olej na płótnie,
Obraz Uliczka w Krotoszynie,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Olej na płótnie,
Obraz Tęsknica,sztuka współczesna,

Stanisław Puchalik

, Akryl na płótnie,
Obraz Nieobency,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Akryl na płótnie,
Obraz Kawałek raju,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Olej i akryl na płótnie,
Obraz Pięćdziesięcioletni podlotek,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Olej i akryl na płótnie,
Obraz Horoskop,sztuka współczesna,

Grzegorz Bienias

, Olej i akryl na płótnie,
Obraz Spacer,sztuka współczesna,

Eugeniusz Mucha

, Olej na płótnie,
Obraz Herbatka na dywanie,sztuka współczesna,

Marek Ałaszewski

, Olej na płótnie,
Obraz Relief jesienny,sztuka współczesna,

Marek Ałaszewski

, Olej na płótnie,
Obraz Akt 3,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Manewry 1,sztuka współczesna,

Dawid Czycz

, Olej na płótnie,
Obraz Manewry 2,sztuka współczesna,

Dawid Czycz

, Olej na płótnie,
Obraz Manewry 3,sztuka współczesna,

Dawid Czycz

, Olej na płótnie,
Obraz Molo,sztuka współczesna,

Jerzy Treit

, Olej na płótnie,
Obraz Nicea,sztuka współczesna,

Jerzy Treit

, Akryl na płycie,
Obraz O dwóch takich co ukradli księżyc,sztuka współczesna,

Jerzy Treit

, Olej na płycie,
Obraz Port,sztuka współczesna,

Krystyna Sieraczyńska

, Olej na płótnie,
Obraz Poranek,sztuka współczesna,

Jerzy Treit

, Olej na płótnie,
Obraz Zielony akt,sztuka współczesna,

Jerzy Treit

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Jerzy Treit

, Akryl i olej na płótnie,
Obraz W ogrodzie,sztuka współczesna,

Beata Będkowska

, Akryl na płótnie,
Obraz W stronę morza I,sztuka współczesna,

Beata Będkowska

, Akryl na płótnie,
Obraz Fabryka V,sztuka współczesna,

Paulina Karpowicz

, Olej na płótnie,
Obraz Morderca,sztuka współczesna,

Paulina Karpowicz

, Olej na płótnie,
Obraz Wieczny płomień,sztuka współczesna,

Paulina Karpowicz

, Olej na płótnie,
Obraz Niedziela,sztuka współczesna,

Paulina Karpowicz

, Olej na płótnie,
Obraz Fabryka,sztuka współczesna,

Paulina Karpowicz

, Olej na płótnie,
Obraz Wawel, wschód słońca,sztuka współczesna,

Izabela Delekta-Wicińska

, Olej na płótnie,
Obraz W stronę morza II,sztuka współczesna,

Beata Będkowska

, Akryl na płótnie,
Obraz Pejzaż Śródziemnomorski - łodzie,sztuka współczesna,

Anna Kostenko

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z Tatr,sztuka współczesna,

Anna Kostenko

, Olej na płótnie,
Obraz Plaża,sztuka współczesna,

Anna Kostenko

, Olej na płótnie,
Obraz Paryż II,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Olej na płótnie,
Obraz Kwiaty i owoce,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Olej na płótnie,
Obraz Wenecja,sztuka współczesna,

Józef Stachnik

, Olej na płótnie,
Obraz Dole,sztuka współczesna,

Teresa Wallis-Joniak

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura z jabłkami,sztuka współczesna,

Tomasz Karabowicz

, Olej na płótnie,
Obraz Kuchenny stół,sztuka współczesna,

Tomasz Karabowicz

, Olej na płótnie,
Obraz Martwa natura,sztuka współczesna,

Tomasz Karabowicz

, Olej na płótnie,
Obraz Aleja w Fonteveille,sztuka współczesna,

Teresa Wallis-Joniak

, Olej na płótnie,
Obraz Postać,sztuka współczesna,

Anna Kostenko

, Olej na płótnie,
Obraz Czas i przestrzeń,sztuka współczesna,

Robert Olszowski

, Akryl na płótnie,
Obraz Pejzaż śródziemnomorski z Marmarisu,sztuka współczesna,

Anna Kostenko

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z Dole,sztuka współczesna,

Juliusz Joniak

, Olej na płótnie,
Obraz Kompozycja różowa,sztuka współczesna,

Krystyna Sieraczyńska

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z Nawojowej,sztuka współczesna,

Krystyna Sieraczyńska

, Olej na płótnie,
Obraz Narożny dom,sztuka współczesna,

Krystyna Sieraczyńska

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z Chorwacji,sztuka współczesna,

Krystyna Sieraczyńska

, Olej na płótnie,
Obraz Miasto I,sztuka współczesna,

Krystyna Sieraczyńska

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z Dolnego Śląska,sztuka współczesna,

Krystyna Sieraczyńska

, Olej na płótnie,
Obraz Wędrowcy 1,sztuka współczesna,

Iwona Fischer-Zuziak

, Olej na płótnie,
Obraz Powrót z "R",sztuka współczesna,

Iwona Fischer-Zuziak

, Olej na płótnie,
Obraz Inni,sztuka współczesna,

Iwona Fischer-Zuziak

, Olej na płótnie,
Obraz Bez tytułu,sztuka współczesna,

Iwona Fischer-Zuziak

, Olej na płótnie,
Obraz Z cyklu "Monady",sztuka współczesna,

Iwona Fischer-Zuziak

, Olej na płótnie,
Obraz Odchodzenie III,sztuka współczesna,

Iwona Fischer-Zuziak

, Olej na płótnie,
Obraz Odchodzenie II,sztuka współczesna,

Iwona Fischer-Zuziak

, Olej na płótnie,
Obraz Odchodzenie I,sztuka współczesna,

Iwona Fischer-Zuziak

, Olej na płótnie,
Obraz Flrith Leisure Park,sztuka współczesna,

Michał Kotula

, Akryl na płótnie,
Obraz Wieża ciśnień,sztuka współczesna,

Michał Kotula

, Akryl na płótnie,
Obraz Akt 5,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Akt 7,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Anioł,sztuka współczesna,

Romuald Wiśniewski

, Brąz,
Obraz Pejzaż z wysokimi drzewami,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Pejzaż z drzewami,sztuka współczesna,

Jolanta Johnsson

, Olej na płótnie,
Obraz Przerwany sen (UNIKAT),sztuka współczesna,

Krystyna Nowakowska

, Brąz,


   W 1972 roku rozeszła się w Krakowie wieść, że Wisła Kłodzińska, krakowianka z urodzenia, świeżo upieczona absolwentka wydziału prawa UJ, koleżanka ze studiów mojej Małgosi, wychodzi za mąż za artystę malarza.
   Nas, jej współtowarzyszy picia kawy w RIO na ulicy św. Jana, żywo obchodził przyszły los Wisełki (bo tak ją nazywaliśmy), znanej z szybkości i zdecydowania „w poruszaniu się po mieście" u boku artysty. Później zaczęły rodzić się dzieci, u nas z końcem 1972 roku - Agnieszka, a u nich - Wisły i Staszka (wtedy już znałem jego imię) w 1974 - Andrzejek. Spacery z dziećmi po Plantach podtrzymywały studenckie przyjaźnie i ułatwiały przepływ informacji o artystycznych dokonaniach Staszka do nas, zainteresowanych sztuką przez duże S. Słyszało się o wystawach, zrazu krajowych: w warszawskiej Zachęcie, w BWA we Wrocławiu, w Zakładach Szadkowskiego w Krakowie, w Pałacu Sztuki... Później przyszły wystawy międzynarodowe: w Bayreuth, Darmstadt i Bonn (wystawa polsko-niemiecka), czy w Koszycach w ówczesnej Czechosłowacji. Lata osiemdziesiąte to plenery i poplenerowe wystawy w Mirabelle, Laville, Edienne we Francji, w Paryżu w galerii Mansarde. Jeszcze po drodze były Dusseldorf, Norymberga, Neustadt i Bielefeld w RFN, Gavorrno we Włoszech, Lilie we Francji oraz Ćsongrad i Szeged na Węgrzech...
   Mógłbym tymi wspomnieniami i wyliczankami zapełnić jeszcze kilka stron, ale nie to jest przecież celem tego wstępu. Chcę jedynie podkreślić, że artysta, mimo swej ogromnej aktywności zagranicznej, nie zapomniał o Polsce, o swoim ukochanym Krakowie, którego jest wedle przedwojennej miary obywatelem, bo posiada nieruchomość. I w którym były prezentowane jego obrazy na kilkudziesięciu wystawach indywidualnych i z zaproszonymi kolegami. Jedna z nich - wystawa "dwóch Stanisławów": Batrucha i Puchalika w krakowskim BWA, w 1989 roku zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Film wideo, który zrobiłem swoją prywatną kamerą, oglądałem kilkanaście razy. odkrywając coraz to nowe wartości w twórczości dzisiejszych profesorów krakowskiej ASP. Wystawą byłem zaskoczony i oczarowany tak jak inni wielbiciele jego malarstwa. Zamarzyłem wtedy o jego obrazach i te marzenia zaczęły się zwolna spełniać. Nasze kontakty towarzyskie rozwijały się dynamicznie, zwłaszcza po 1976 roku, kiedy to na wniosek ZPAP Wydział Lokalowy przydzielił artyście nową pracownię. Mieściła się ona na ulicy Szewskiej w świeżo odrestaurowanej kamienicy Pod Lewkiem. Był to jeden z najciekawszych okresów w jego twórczości i życiu osobistym. Dom otwarty. Tłumy gości. Marzenia z hasłem "bardziej być niż mieć". Entuzjazm. Zabawy.
   Los chciał, że od 1996 roku prezesuję najstarszemu w tej części Europy Towarzystwu Przyjaciół Sztuk Pięknych, w którego Pałacu Sztuki organizowane są od prawie stu lat wystawy znakomitych polskich artystów, do których niewątpliwie należy Stanisław Batruch. Gdy podczas trwania wystawy Juliusza Joniaka zaproponowałem mu zorganizowanie jego indywidualnej wystawy, odmówił, twierdząc, że nie jest jeszcze gotowy, ale w rok później wyraził zgodę i teraz w czerwcu 2000 roku prace tego znakomitego artysty możemy podziwiać w Pałacu Sztuki.
   Życzymy mu dalszych sukcesów, zarówno artystycznych jak i w życiu osobistym.

                                                                                                                                           Zbigniew Kazimierz Witek

,

   In 1972 a rumour that Wisła Kłodzińska. born in Kraków, a fresh graduate of the Department of Law at the Jagiellonian University, my Wife`s colleague from studies, was soon to be married to an artist-painter, ran through Krakow. We, who used to drink coffee with her at the Rio Cafe at St. John's Street, were extremely interested in Wisełka's (as we used to call her), known from her speed and determination in moving through the streets of the town, future with an artist husband. Then children were born, to us - Agnieszka in the end of 1972, to them - Wisła and Staszek (I had known his name by then) - little Andrzej in 1974. Walking with kids in the Planty was a good way to maintain student friendship and facilitate the flow of information about Staszek's artistic achievements to us, interested in art spelt with capital A. We heard about his exhibitions, first in Poland: in Zacheta in Warsaw, BWA in Wroclaw, Szadkowski's factory in Kraków, in the Palace of Art... Then came international exhibitions: in Bayreuth, Darmstadt and Bonn (a Polish-German exhibition), or in Kosice in the then Czechoslovakia. The eighties brought open air exhibitions and after-open air exhibitions in Mirabel, Lavilledieu, Edienne in France, in the Mansarde Gallery in Paris. Before that were exhibitions in Duesseldorf, Nuremberg, Neustadt and Bielefeld in Germany, Gavorrano in Italy, Lille in France and Csongrad and Szeged in Hungary...
   I could fill a few more pages with these memories and enumerations, but this is not the purpose of this introduction. I would just like to stress, that the artist, in spite of his extensive international activity, did not forget about Poland and his beloved Krakow, of which he is according to the pre-war laws, a proper citizen, because he owns some real property. An in which his paintings were shown on several individual exhibitions and together with invited colleagues. One of these exhibitions - ,,two Stanisławs' exhibition" - of Batruch and Puchalik, in BWA in Krakow in 1989, made a tremendous impression on me. The video film I made with my private camera I have watched since then several times, every time discovering new values in the art of these two present-day professors of the Academy of Fine Arts in Krakow. I was surprised and enchanted by that exhibition just like other enthusiasts of Batruch's painting. I dreamt then about his paintings and those dreams have slowly begun to fulfil. Our social contacts were developing dynamically, especially after 1976, when the artist, thanks to the motion made by ZPAP (the Association of Polish Writers and Artists) was given a new studio by the Housing Department. It was at Szewska Street in a newly renovated tenement house ,,Under The Little Lion". It was one of the most interesting periods in Batruch's work and personal life. An open house. Crowds of visitors. Dreams with the motto ,,rather to be than to have". Enthusiasm. Fun. The fate decided that since 1996 I have been the President of the oldest in this part of Europe Society of Friends of Fine Arts (Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych), where in The Palace of Art belonging to it exhibitions of numerous outstanding Polish artists, to which Stanisław Batruch undoubtedly belongs, have been organised. When during Juliusz Jonak's exhibition I suggested to Batruch to have his individual exhibition organised, he refused, saying he was not ready yet, but a year later he agreed and now, in June 2000, we can admire the works of this outstanding artist in The Palace of Art.
   We would like to wish him further success in his artistic and personal life.
                                                                                                                                             Zbigniew Kazimierz Witek
 


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Dorobek Wójcika, choć w ciągu lat ulegał naturalnym rozwojowym prawom doskonalenia i w miarę upływu czasu coraz to pełniejszą wytrawnością dzieł owocowała jego twórczość — w swym ogólnym obrazie ma charakter jednorodny. Jest bowiem rezultatem konsekwentnie wyznawanej i konkretnie określonej postawy estetycznej, podporządkowującej sobie formalno-warsztatowe środki artystycznego wyrazu. Całość jest imponująco obfita — płodność artysty zaiste jest zadziwiająca — i przy tym bogata w niewątpliwie indywidualne rozwiązania.
   Wójcik zatapia swoją wyobraźnię i instynkt twórczy w żywiole malarskiej materii, z której z wielką umiejętnością formuje obrazy o żywych, światłem nasyconych fakturach i drgającym na powierzchni. Światło — to cała gama chromatyczna barwności, układającej się w subtelnie wysmakowane, już to niepokojące harmonie. Nic dziwnego, jeśli się zważy, że muzyka dla Wójcika była zawsze bliska, a jej przeżycie nierzadko stanowiło bezpośredni bodziec twórczy. I to nie tylko w sensie inspiracji tematycznej, ile raczej szczególnej interpretacji i transpozycji wzruszeń w czysto malarską formę ekspresji. Znajduje to odbicie w dźwięcznych plamach barwnych akwareli, powstających od jednego i jedynego uderzenia czy dotknięcia pędzla, a nieomylna pewność ręki idzie w parze z delikatnością nieraz wręcz eteryczną i trafnością kolorystyczną. Odniesienia muzyczne w sztuce Wójcika są nader częste i świadome.
   Wraz z niewielką grupą obrazów z cyklu „Ptaki", obecną wystawę stanowią przede wszystkim pejzaże z plenerów z lat 1975 — 1987. Wszystkie malowane na żywo — olejno, akwarelą, gwaszem — wprost z natury, są jej radosną i rozkoszną kontemplacją i refleksją podziwu dla powabów tego niewyczerpanego źródła doznań i malarskich natchnień. Świetna kompozycja natury w każdym szczególe posiada zdecydowany charakter. Muzyczna melodyjność kształtów i barw oraz przestrzeń — kontrapunkt ciszy — to przeżycia malarskiej istoty krajobrazu. W pejzażach Wójcika występuje nie tylko wielość motywów topograficznych, ale także szeroka rozmaitość wartości artystycznego przekazu. Niektóre są wyraźnie „tematyczne", inne znów w skłonności ku wrażeniowej wykładni malarskiej stają się bardziej iluzoryczne. Jest to żywe malarstwo. Tym bardziej, że jest nader blisko, bezpośrednio związane z naturą. Przyroda krajobrazu pociąga artystę i ją do pewnego stopnia przedstawia, pozostawia na płótnie jej ślad, bowiem w gruncie rzeczy motyw realny, tak jak kiedy indziej wyobrażeniowy, podlega filozofii obrazu, jako wykwitu własnych konstatacji artysty.
   Takie malarstwo nasuwa w pewnym sensie więcej trudności do przezwyciężenia, niż malowanie kompozycji spontanicznych. Być „rzeczowym", czy „impresyjnym" malarzem, a więc tak czy inaczej swoistym realistą — pociąga za sobą nie lada jakie ryzyko: epigonizmu przede wszystkim. Dlatego dziś uprawianie sztuki pejzażowej budzi tyle obaw, wątpliwości i zastrzeżeń, ile — jakże paradoksalnie! — jest twórczo pociągające, a ponadto społecznie oczekiwane i z zainteresowaniem przyjmowane.
   Pieczołowita dbałość o strukturę malarską, wraz z szczególnym upodobaniem do świetlistej kompozycji kolorystycznej — stanowią charakterystycznie o odrębności formalnej obrazów Wójcika. Czynniki te w szlachetnym dążeniu do coraz wyższej doskonałości, mają wszakże służyć trafnemu i sugestywnemu przywoływaniu w obrazach osobistej wizji świata.
   
                                                                                                                                                              Ignacy Trybowski

,

   Wojcik's creative output, being subject to natural, evolutionary rules of improvement and,as time went by, being ruitful in fuller and fuller maturity of his works, is in its general representation of a very homogeneous nature. For it is a result of a constantly professed and specifically defined aesthetic attitude which subordinates formal-technical means of artistic expression. Taken as a whole, his work is impressively rich, the artist being amazingly prolific, and abounds in undoubtedly individual realizations.
   Wojcik submerges his imagination and creative instinct in an element of painters' material of which he forms with great skill the pictures of live facture treatment penetrated with light twinkling on their surfaces. The light in the painter's pictures makes the whole chromatic scale of colours forming the subtly sophisticated and somewhat disquieting harmonies. No wonder if one considers that music has always been very dear to him and its experience has often given him an immediate creative impulse, not only in the sense of thematic inspiration but rather that of specific interpretation and transposition of emotions into a purely painter's form of expression! All this finds its reflection in harmonious, colourful patches of the water-colour being made through the only one stroke of a paint-brush; this sureness of the hand goes along with a sometimes ethereal delicacy and accuracy of the colour scheme. Musical references in Wojcik's paintings are most frequent and consciously applied.
   The present exhibition shows in the first place the landscape paintings from the plein-airs from 1975-87, together with a small group of pictures making the cycle 'Birds'. All these pictures oil-paints, water-colours, gouaches having been painted directly from nature, are its gay and delightful contemplation, and reflect admiration for charms of this inexhaustible source of feelings and painter's inspiration. A splendid composition of nature is in every detail of determined character. Musical melodiousness of shapes and colours, as well as space  "a counterpoint of silence" make an experience of the painter's essence of a landscape.
   In Wojcik's landscape paintings there is not only a great number of topographic motifs but also a large variety of artistic massage values. Some of the latter are distinctly 'thematic', others that tend to sensual painter's interpretation become more illusive. It is a live painting, the more so as it is most closely and directly connected with nature. The nature of the landscape attracts the artist and he presents it to some extent by leaving its trace on the canvas.
   Such kind of painting presents in a sense more difficulties to be overcome than that of creating spontaneous compositions. To be 'a material' or 'an impressionistic' painter, i.e. a kind of a realist involves a real risk: epigonism in the first place. That is why to cultivate a landscape painting is to arouse as much fear, doubt and reservations as "what a paradox!" admiration for its creative values, being at the same time longed for by the society and received with interest. Great care over painting texture, together with a particular taste for bright colouristic composition, show the formal individuality of Wojcik's pictures. However, these factors in the painter's noble aiming at higher and higher perfection are to serve recalling in his pictures "in an accurate and suggestive way" his own vision of the world.

                                                                                                                                                                 Ignacy Trybowski


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

O malarstwie Stanisława Batrucha nie umiem pisać z pozycji mędrca, wyposażonego w „szkiełko i oko" oraz kunsztowny aparat terminów krytyki sztuki. Mnie wyposażono w uniwersytecie w aparat do wymądrzania się nad literaturą. Dlaczego więc zabieram się za coś, na czym oficjalnie się nie znam? Otóż usprawiedliwia mnie to, że żaden twórca nie maluje dla krytyków, lecz głównie dla tych, którzy z nim współczują. Terminu tego używam w pierwotnym, etymologicznym znaczeniu - czyli czują tak samo jak on, wspólnie z nim. Obserwuję malarstwo Stanisława Batrucha od trzech dekad z tej właśnie pozycji - odbiorcy współczującego.

    Droga Stanisława Batrucha do malarstwa nie była prosta. Urodził się w 1935 roku w Zagórzu, małym miasteczku u stóp Beskidu Niskiego. Liceum Ogólnokształcące ukończył w Sanoku. Potem imał się różnych prac. Był kolejarzem (jak Reymont), był... był... W tym czasie zaraził się malarstwem. Najpierw w Muzeum Okręgowym w Sanoku, gdzie znajduje się bogaty zbiór obrazów polskich postimpresjonistów, podarowany miastu przez malarza Franciszka Pronaszkę, związanego z Komitetem Paryskim. Kontemplacja malarstwa i własne doświadczenia malarskie skłoniły go do startu do krakowskiej ASP. Pierwsze podejście się nie powiodło. Żeby nie tracić kolejnego roku, zaczął naukę w Studium Nauczycielskim w Rzeszowie na kierunku wychowanie plastyczne. Takie dwa lata „przedstudiów" dobre są, by upewnić się w wyborze dalszej drogi życiowej, a ponadto dodają pewności siebie. Bo przecież ma się już w kieszeni jakiś dyplom. Dyplom wykwalifikowanego nauczyciela szkoły podstawowej. Tak jak życzyli sobie od początku rodzice. Ale Batruch postanowił spróbować kolejnego podejścia do prawdziwych studiów malarskich. Tym razem się powiodło. Miał już wtedy 25 lat. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w latach 1960-1966 u Hanny Rudzkiej-Cybisowej, do której przylgnął tytuł Wielkiej Damy Polskiego Malarstwa. Między innymi jej dzieła podziwiał wcześniej w sanockim muzeum. Po studiach został najpierw nauczycielem malarstwa w Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie - tak więc przydały się nauki pedagogiczne - przez jakiś czas był odpowiedzialny za studencką kulturę w Radzie Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich w Krakowie, potem został asystentem w ASP, gdzie obecnie jest profesorem i prowadzi pracownię malarstwa na wydziale grafiki. Ale zanim zaczął wystawiać w galeriach, wraz z grupą przyjaciół malarzy i rzeźbiarzy organizował akcje plenerowe, dziś powiedzielibyśmy raczej - instalacje, poświęcone sprawom zagrożenia naturalnego środowiska człowieka. Było to tuż po pierwszym apelu sekretarza generalnego ONZ, U Thanta w tej sprawie, a grubo wcześniej nim narodziły się jakiekolwiek mchy ekologiczne w Polsce. Działo się to w Krakowie na placu Hanki Sawickiej. Kto dziś pamięta Hankę Sawicką, a jej plac?

   Na początku malował - jak to pisał Stanisław Rodziński w szkicu poświęconym Batruchowi, opublikowanym przed laty w „Nowym Wyrazie" - „krajobrazy i kompozycje, poprawne w kolorze, zgrabnie budowane, w których doświadczenie malarstwa abstrakcyjnego porządkowało obserwację". Ale z czasem, jak konkluduje Rodziński, wyzbywa się Batruch „dziarskiej anonimowości, jaką grzeszy nieraz twórczość robiona bezpośrednio po studiach", natomiast zaczyna traktować sztukę jako formę rozmowy z człowiekiem i zadumy nad prawidłowością swego życia i działania. Tak sformułował Batruch swój wczesny program we wstępie do jednej ze swych prac. Potem zaczął poszukiwać znaku, symbolu, który by porządkował nasze otoczenie. Porządkował świat. Pitagorejczycy za symbol, w którym mieści się cały świat, uważali liczbę. Jest taki obraz z początku lat siedemdziesiątych zatytułowany Przejrzał. Składa się z liczb i symboli matematycznych: dodawania, odejmowania i równania, ale zza nich wyłania się człowiek Z wyciągniętą ręką. Batruch w poszukiwaniu symbolu, od liczb przez znaki drogowe doszedł wreszcie do sylwetki ludzkiej.

   Przed kilkunastu laty, gdy Staszek miał jeszcze pracownię przy ulicy Szewskiej - przechodząc ulicą, patrzyłem w okna jego pracowni — gdy świeciło się w nich światło, bądź uchylone było okno, przy którym stały sztalugi - wpadałem. Przez te otwarte okna przed kilkunastu laty pokazał mi Stanisław Batruch temat, który przeniósł właśnie na płótno. Ciemne sylwetki pod parasolkami w niebieskiej, mglistej poświacie krakowskiego deszczu. W tej prawie niemal jednolitej kolorystyce wyróżniała się jedna kobieca postać w bordowym kolorze. Gdy kilka lat później w Liście Schindlera Stevena Spielberga zobaczyłem czarno-białą scenę z dziewczynką w czerwonej sukience - jedynym kolorowym elemencie tej sceny, miałem wrażenie deja vii. Z tego samego okna zobaczyłem też temat innego obrazu Stanisława Batrucha, wzięty z krakowskiej ulicy. Przedstawiał szaroniebieskie sylwetki ludzi odwrócone od widza, stojące przed szybą nie do sforsowania. Obraz bardzo wieloznaczny, symboliczny, choć inspiracją dla niego była witryna dawnego Jubilera", przed którą wystawali ludzie, pragnąc w codziennej szarości popatrzeć na namiastki luksusu, bogactwa, na które nie było ich stać. Dziś w tym samym miejscu istnieje sklep z takim samym asortymentem, tyle że z bogatszym wyborem, bo prywatny, więc strzeżony pancerną szybą, za którą dawniej chowali się tylko najwyżsi na świeczniku. I ludzie nadal stoją przed nim, tak samo jak przed laty, by popatrzeć, bo nadal nie stać ich na to, co za pancerną szybą.

   Potem oglądałem inne wersje tego tematu. Raz był to człowiek wtaczający kamień na szczyt góry, innym razem grupa ludzi przed i za przeszkodą, skoczek wykonujący akrobatyczny skok nad biało-czerwoną tyczką, człowiek przytłoczony ciężarem krucyfiksu. Za każdym razem był to człowiek stojący przed wyzwaniem, barierą do pokonania. Jednym słowem Syzyf. Zawsze jednak widziałem w tych Syzyfach Stanisława Batrucha, Syzyfa Alberta Camusa, bohatera jego trudnego egzystencjalizmu humanistycznego. To znaczy takiego, który ma świadomość nieskuteczności swoich wysiłków, ale mimo to ciągle je podejmuje. Mało tego, podejmuje swój absurdalny trud z uśmiechem.

   W twórczości Stanisława Batrucha istnieje szereg obrazów układających się w cykl Procesje. Na jednym z nich, zatytułowanym W drzwiach grupa osób idzie w otwarte w głębi drzwi, z których bije mocne światło. Grupa uczniów jednego z krakowskich liceów pytana o wrażenia, jakie narzucają się po obejrzeniu tego obrazu, na pierwszym miejscu wymieniła optymizm. Podobnie określiła błękitne Parasolki. Bo nad postaciami idącymi w deszczu także rozwarła się szczelina ze światłem.

   Kiedyś zastałem Stanisława Batrucha w jego pracowni, malującego pysznego torreadora. Takiego, jakiego mógłby namalować El Greco. - Czy to nie za mało nowoczesne? - Zapytałem. - Nie lubię tego słowa. - Usłyszałem w odpowiedzi. - Bo za tym określeniem ukrywają się różni szarlatani. Wolę określenie „współczesne". Niektórzy na pytanie, jaka jest różnica między nowoczesnością a współczesnością, odpowiadają -- i ja się z nimi zgadzam - że nowoczesność starzeje się szybko i to brzydko, jak pisał Jerzy Stempowski, a współczesność towarzyszy swojemu czasowi. Więc się nie starzeje.

   Zostawmy zresztą etykietki, te starzeją się najszybciej. Malarstwo Stanisława Batrucha z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych korespondowało z wysoką temperaturą dyskusji tych czasów. Było "publicystyczne", bądź "społeczne", by użyć znowu słów-kluczy. Było antropocentryczne, bo zawsze w jego centrum był człowiek z jego uwikłaniami we współczesność. To wtedy powstały obrazy, w których ludzie stoją przed barierami, szlabanami, „próbują pokonać poprzeczki w skoku". I zawsze te symboliczne bariery do pokonania, malowane są w czerwono-biały wzór. Postaci ludzkie nie są ani abstrakcyjne, ani realistyczne. Są co prawda bez twarzy, ale często rozpoznawalne. Nie trzeba dużej wyobraźni, by zobaczyć w nich fizyczne podobieństwo do niektórych osobistości politycznych lub artystycznych tamtych czasów. Artysta zapytany, czy było to zamierzone, skrywa odpowiedź w uśmiechu pod siwym wąsem.

   Na jednym z obrazów Stanisława Batrucha ludzie stoją z tobołkami przed granicznym szlabanem. Jeden z nich niesie przekreślony na krzyż obraz-sztalugę. To pamięć exodusu z Polski setek tysięcy ludzi w początku lat osiemdziesiątych. Ludzi, którzy unosili ze sobą przekreślone marzenia. Wracając z winobrania w Prowansji parę tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego, widziałem nocą, w listopadzie 1981 roku, na granicy czesko-niemieckiej dramatyczny sznur polskich samochodów wypełnionych rodzinami uciekającymi z Polski, pozostawiającymi za sobą połamane marzenia. Nigdy widoku tego nie zapomnę. Nie znalazłem go w relacjach telewizyjnych. Ale jest na szczęście na obrazie Stanisława Batrucha. Nie znaczy to, że Stanisław Batruch jest dokumentalistą rzeczywistości. On wchodzi w dyskurs z rzeczywistością. A może nawet w spór. Bo na innym jego obrazie są ci, którzy zostali. To Przywiązani do ziemi. W swoim cyklu Bariery Stanisław Batruch stosunkowo prostymi malarskimi środkami potrafił oddać atmosferę końca lat siedemdziesiątych. Profesor Czesław Rzepiński powiedział po obejrzeniu tego cyklu, że w sensie ideowym malarstwo Batrucha przypomina mu twórczość Artura Grottgera.

   Bunt przeciwko ograniczeniu wolności, podmiotowości człowieka, walka z dyrygentami, gorycz porażki, wszystko to można znaleźć w cyklu dużych obrazów, zatytułowanym Dyrygent baletu. Na jego początku dyrygent jest monumentalny, a mimo to kilku uczestników baletu nawet nie może go widzieć, bo są zasłonięci wielką czerwoną płaszczyzną. Zaś w ostatnich obrazach tego cyklu dyrygent baletu jest już tylko strachem na wróble. Ale i ci, którymi on dyryguje, też skarleli ze strachu i kręcą się w chocholim chyba tańcu. Jedynym lirycznym elementem na tym obrazie jest ptak, który usiadł na podniesionej ręce, w której strach-dyrygent trzyma batutę.

   Ten ptak to zapowiedź lirycznego okresu malarstwa Stanisława Batrucha, który przyszedł jak wyciszenie po okresie "Sturm und Drang". Chyba ten okres głównie miał na myśli profesor Ryszard Hunger, gdy w związku z postępowaniem o nadanie Stanisławowi Batruchowi tytułu profesora sztuk plastycznych tak przedstawił jego dorobek artystyczny:

   „Malarstwo Stanisława Batrucha charakteryzuje się siłą wyrazu, która bierze się z głębokiej zgodności, jaka zachodzi między artystycznym powołaniem, a bezpośrednim kontaktem z rzeczywistością. Temat człowieka zagrożonego i prześladowanego, napięcie życia w tłumie, groźby zniszczenia ludzkich wartości - wszystko to możemy odnaleźć w obrazach Batrucha przetworzone w oryginalną formę, o której decyduje kolor i jego swoiste zmaterializowanie. Dostrzec możemy zbieżność między światem uczucia i abstrakcyjnym światem rozumu. Między malarską afirmacją rzeczywistości a zwątpieniem. Postaci zamknięte w sobie, głęboko ludzkie tworzą galerię, w której uczucie nigdy nie jest zdegradowane do banałów sentymentalizmu. Współczucie nie wystarcza za usprawiedliwienie, apel do sumienia nie pozostaje jedynie zwykłym protestem. To humanistyczne malarstwo, tworzone mądrze i ze wzruszeniem, wyrosłe z poetyki, dotyka jednocześnie współczesnych dramatów. Nie czerpie z nich jednak potrzeby negacji i destrukcji."

   W maju 1990 roku Stanisław Batruch otrzymał prestiżową nagrodę fundacji Volkera Heitlanda, przyznawaną w Niemczech corocznie od 1980 roku jednemu artyście w uznaniu wybitnych osiągnięć artystycznych. To ważna niemiecka nagroda. Kandydatów do niej typuje kilkuosobowe Protektorium, w skład którego wchodzą artyści i krytycy sztuki. Otrzymało ją dotąd wielu najwybitniejszych niemieckich malarzy, między innymi Hetty Krist i Rolf Bóchter. A Stanisław Batruch był czwartym zagranicznym artystą, któremu ją przyznano. Przed nim otrzymali ją: Leonard Lehner z USA, Roberto Antonio Matta Echaurren z Chile i Jean Ipoustegny z Francji. W uzasadnieniu jej przyznania czytamy między innymi: „Generacja artystów, do której należy Batruch, była szczególnie zagrożona przez oportunizm i konformizm. Mimo to potrafił on rozwinąć swój indywidualny język artystyczny.(...) To, co go wyróżnia z wydarzeń artystycznych Polski, to bezpośrednie zderzenie z rzeczywistością i mniej lub bardziej zakodowane wizje różnych sytuacji. Nikt tak przenikliwie nie oddał charakterystycznej atmosfery życia swojego kraju. Jego artystyczna rozprawa z aktualnością i przeszłością zaznacza się w kręgu takich tematów jak: osaczenie, poddanie obserwacji, stanie w kolejce itd., co podkreślają takie motywy jak: mur, granica, dyktator, zbiorowisko ludzi czy emigracja."

   Wręczenie nagrody fundacji Volkera Heilan-da, połączone z wystawą prac artysty, miało miejsce na zamku w Celle, północnoniemieckim miasteczku, które w owym właśnie roku obchodziło swoje 1000-lecie. Ta nagroda jednocześnie symbolicznie zamknęła „publicystyczny" okres w twórczości Stanisława Batrucha.

   Potem przyszedł nowy okres, pełen skupienia, ale i wyciszenia. Zwiastowały go pejzaże z Mirabel, gdzie od 1981 roku Stanisław Batruch jeździ z przyjaciółmi z grupy twórczej „Błękitna Róża" na wspólne plenery wraz z artystami z „Nowej Darmstadckiej Secesji". Jest w tych pejzażach czerwień ziemi południowej Francji, głęboka zieleń (ktoś nazwał Batrucha mistrzem głębokiej zieleni) prowansalskich winnic i cyprysów sadzonych wzdłuż dróg pamiętających jeszcze czasy Cezara, i zmętniałe zielonkawe niebo. Takie, jakie zobaczyć można tam na południu przez kilka godzin, zanim zacznie wiać mistral. Wiatr, który przyprawiał o szaleństwo Van Gogha. Patrząc na nie, przypominam sobie zapach tymianku i innych ziół porastających obrzeża winnic. Rwaliśmy je garściami, by przywieźć do domu, by zapach wypełniał cały dom. Mają też obrazy Batrucha z Mirabel szorstką strukturę powierzchni. Lubię ich dotykać. Tak jak lubiłem wziąć do ręki garść tej czerwonej, południowej ziemi i poczuć jej ciepło i życiodajną siłę.

   W nowym okresie malarskim Stanisława Batrucha dramaty Syzyfa zastąpił człowiek w kra-obrazie i krajobraz. Ale nie jest to krajobraz cyzelowany, sielski czy sentymentalny. Tyle że kształt, który dawniej dominował w obrazie, zastąpił teraz kolor. Zgaszone dawniej kolory - szarości, niebieskości, czerń, brązy i fiolety - zastąpiła żywa zieleń, ostra żółć, jaskrawy pomarańcz. Obrazy emanują jednak spokojem i ładem. Profesor Ryszard Hunger widzi jego źródło w wyjątkowym słuchu kolorystycznym Batrucha (bardzo podoba mi się to poetyckie określenie: słuch kolorystyczny), „który nawet w ryzykownych zestawieniach pozwala odczuć smak wyrafinowania, oraz w przyjętej dyscyplinie kompozycyjnej, która chroni przed wszelką przypadkowością". Tak jest na obrazie W polu, w którym dwie kobiety idą polem z zaznaczonymi gdzieś tam na horyzoncie drzewami. Lub w Siewcy uginającym się pod ciężarem ziarna czy w Oraczu. Nawiązują one wprawdzie stylistycznie do poprzedniego okresu, ale nie ma w nich dramatycznych napięć. Wprawdzie w Strachach jurajskich z 1991 roku znajdziemy ten sam motyw co w Dyrygencie sprzed lat dwudziestu, ale ze Strachów jurajskich, w przeciwieństwie do Dyrygenta emanuje spokój i ład. Wynika to z innego potraktowania człowieka. - Czy nie jest to jakiś nawrót? - Zapytałem ostatnio Batrucha. - Tak, jest to nawrót, ale w innej konstrukcji formalnej - mówi artysta. - Dawniej używałem brutalnych płaszczyzn i określonych symboli. Jak malowałem na przykład szlaban, to był on zdecydowany, zdefiniowany, i choć był biało-czerwony, to jednocześnie uniwersalny. Właśnie ten uniwersalizm ówczesnej symboliki mojego malarstwa podkreślono w uzasadnieniu nadania mi nagrody Heitlanda. Niemieccy odbiorcy mojego malarstwa nie byli zainteresowani ewentualnymi odniesieniami do polskiej sytuacji politycznej. Każdy z nich odnosił to do innej, ale uniwersalnej sytuacji. To zresztą dotyczy wszystkich artystów używających symbolu. My przecież, oglądając Okropności wojny - Goyi czy Guernikę - Picassa, nie widzimy w nich ilustracji konkretnej sytuacji historycznej, ale generalny symbol okropności wojny. Gdy teraz maluję obraz Walka o fotel, to niektórzy też to odniosą do pewnych współczesnych sytuacji, ale robię to inaczej, bardziej po malarsku. Używam takich zestawień, które muszą charakteryzować obraz. Przedtem było mi to obojętne, bo bardziej się zajmowałem ideą niż warsztatem. Tym warsztatem czysto malarskim. A teraz to się odwróciło i bardziej zwracam uwagę, że to musi być tak ustawione, a tamto inaczej, że musi być kontrast. Jednym słowem teraz więcej opowiadam po malarsku.

   Zupełnie inny charakter mają jeszcze późniejsze obrazy: Tajemniczy ogród, Harenda, Stary dom, czy cykl jesiennych krajobrazów z Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

   - Maluję coraz częściej krajobrazy - mówi Batruch. - Właściwie to malowałem je cały czas, ale w kontekście dawniejszego mojego malarstwa przedstawiającego Ideę - krajobraz wydawał mi się zbyt mało poważny, wręcz śmieszny. Wówczas krajobraz uprawiałem raczej jako ćwiczenie malarskie, a nie czystą wypowiedź. Ale widzę, że nie miałem powodu się wstydzić, bo to jest spora część mojej działalności malarskiej. Poza tym doszły nowe przeżycia w postaci wyjazdów za granicę - do Francji, do Włoch, i... powrót do moich rodzinnych, dziecinnych i młodzieńczych stron, w Beskid Niski. Pojawiły się cerkiewki łemkowskie. Powracam tam z sentymentem, bo to niebo mnie uczyło, te lasy mnie uczyły malarstwa. Ciągle napotykam tam na coś nowego, na co dawniej nie zwracałem uwagi - na błysk słońca na rzece, na błysk poruszającej się w strumieniu ryby. Teraz te rzeczy, na które dawniej nie zwracałem uwagi, bo były oczywiste, widzę mocniej. Zatem tematyka mojego malarstwa zatoczyła krąg, jestem znów jakby na początku, u moich korzeni. Ale to jest już inny początek. Tak jak na spirali. Patrzę na to samo miejsce, ale z wyższej pozycji.

   Pisząc przed kilku laty tekst do albumu obrazów Stanisława Batrucha, pytałem w konkluzji, czy malarstwo Stanisława Batrucha wyłamuje zamknięte dotąd drzwi, burzy mury i otwiera nowe perspektywy w malarstwie? Nie umiałem i nadal nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. I niech tak zostanie. Chciałbym powiedzieć, że tak. Ale jak i wtedy ponownie stwierdzę, że to jest jak u Norwida, który pisał o swojej poezji:

    Syn - minie pismo

    Lecz ty wspomnisz wnuku

   Więc na pytanie to, jak mniemam, odpowiedzą dopiero potomni.

 

                                                                                                                                                           Franciszek Palowski

,

   I cannot write about Stanislaw Batruch's painting from the position of a wise man, equipped with a magnifying glass and an eye and an elaborate apparatus of art criticism's terms. I was equipped at the university with an apparatus to act as a wise guy when literature was concerned. Why do I then get down to something I am not officially an expert on? I feel justified by the fact that no artist paints for critics, but mainly for those who feel like he does, who feel together with him. I have been watching Stanislaw Batruch's painting for three decades from this position - of the audience feeling alike.
   Stanisław Batruch's way to painting was not a straight one. He was born in 1935 in Zagórze, a small town at the foot of Beskid Niski. He finished Liceum Ogólnokształcące (a secondary school) in Sanok. Then he took up various jobs. He was a railwayman (like Reymont), he was..., he was... At that time he got infected with painting. First in the Regional Museum in Sanok, with a rich collection of paintings of Polish postimpressionists, a gift of a painter, Franciszek Pronaszko, connected with the Parisian Committee. The contemplation of art and Batruch's own painting interests made him try to get to the Academy of Fine Arts (Akademia Sztuk Pięknych, ASP) in Kraków. The first attempt was not successful. In order not to lose another year, he took up studies in the Teachers' School (Studium Nauczycielskie) in Rzeszow at the faculty of art education.
   These two years of such "pre-studying" are good if one wants to be sure of his choice of the future career, furthermore they give one more self-confidence. Because you already have a diploma. A diploma of a qualified teacher of a primary school. Just as his parents had wanted from the beginning. But Batruch decided to make another attempt at the real studies in painting. This time it was successful. He was then twenty-five years old. He studied at the Academy of Fine Arts in the years 1960-1966 in the class of Hanna Rudzka-Cybisowa, called the Grand Lady of Polish Painting. He had earlier admired her works among the works shown in the museum in Sanok.
   After graduating, he first became a teacher of painting in Liceum Sztuk Plastycznych (Secondary School of Graphic Arts) in Krakow - so he made good use of his pedagogical training - and for some time was responsible for the student culture in the Regional Council of the Association of Polish Students in Krakow; then he became an assistant teacher at the Academy of Fine Arts, where he now works as a professor and runs a painting workshop at the department of graphic art. But before he began showing his paintings in art galleries, together with a group of his friends, painters and sculptors, he had organised open air actions, which we would now call installations, devoted to the issues of environmental threats. It was just after the General Secretary of UNO, U Thant, made an appeal on environmental protection, and much earlier than any ecological movements arose in Poland. It took place in Krakow, in the Hanka Sawicka square. Does anybody remember Hanka Sawicka today?
   At first he painted - as Stanisław Rodziński wrote in a sketch on Batruch, published some time ago in "Nowy Wyraz" - "landscapes and compositions, correct in colour, nicely constructed, in which the experience of abstract painting ordered the observation", but with time, as Rodziński concluded, Batruch got rid of "sprightly anonymity, which is a popular sin of works made just after graduation", and started to treat art as a form of conversation with man and meditation on the righteousness of his life and work. That was how Batruch formulated his early programme in an introduction to one of his works. Then he began searching for a sign, a symbol, which would order our surroundings. He ordered the world. The phytagoreans thought that a number was a symbol encompassing the whole world. There is a picture from the seventies, entitled He saw (Przejrzał). It consists of numbers and mathematical symbols: adding, subtracting and equation, but behind them there is a man with a stretched out arm. In his search for the symbol, through numbers and road signs, Batruch finally reached the human figure.
   Several years ago, when he still had his studio at Szewska Street, passing by I used to look into Staszek's windows; whenever the light was on a window was open, I used to come by. Through these open windows several years ago Stanislaw Batruch showed me a topic which he was painting on the canvas. Dark silhouettes under umbrellas in a blue, foggy glow of rain in Krakow. There was one figure of a woman in maroon colour standing out from the plane of almost uniform colours. When a few years later in Schindler's List directed by Steven Spielberg I saw a black and white scene with a little girl in a red dress - the only colourful element, I had a deja vu feeling. From the same window I also saw a topic of another Batruch's painting, taken from the streets of Kraków. It showed blue and grey silhouettes of people standing with their backs to the audience, in front of a window not to be taken by force. It was a very ambiguous, symbolic picture, although its inspiration was a shop window of the old Jeweller's", in front of which people used to stop, wanting to look at the symbols of luxury, richness they could not afford, in their everyday dull life. Today, in the same place, there is the same kind of shop, only with much wider choice, privately owned, so protected with a bullet-proof window, formerly only attributed to the protection of VIPs. And still people are standing in front of it, just like they used to do years ago, to stare, because they cannot afford whatever hides behind the bullet-proof window.
   Then I have watched other versions of this theme. Once it was a man rolling a rock onto the top of the mountain, some other time a group of people in front of and behind a barrier, a jumper doing an acrobatic pole vault over the white and red vault, a man crushed with the weight of a crucifix. Every time it was a man confronting a challenge, a barrier to overcome. A Sisyphus. Yet I have always seen in Stanislaw Batruch's Sisyphuses a Sisyphus of Albert Camus, a hero of its difficult humanistic existentialism. That is someone who is aware of ineffectiveness of his efforts, but still makes them. Even more, he makes his absurd effort with a smile.
   In Stanisław Batruch's artistic activity there are some pictures constituting a series called Processions (Procesje). In one of them, entitled In the door (W drzwiach), a group of people is walking towards an open door seen in the background, with strong light showing from it. Some students of one of Cracow's secondary schools, when asked about their impressions after seeing this picture, mentioned optimism in the first place. They talked similarly about the blue Umbrellas (Parasolki). Because there is also a crack with light opening over the heads of people walking in the rain.
   Once I met Stanisław Batruch in his studio, painting a proud bullfighter. A bullfighter El Greco could have painted. "Isn't it not modern enough?," I asked. "I don't like that word," was the reply. "There are various charlatans using that word. I prefer the term . Some people, when asked about the difference between the modern and the contemporary, say - and I agree with them - that the modern grows old fast and in an ugly way, like Jerzy Stempowski wrote, and the contemporary is catching up with the times. So it does not grow old.
   Let us leave aside the labels, they are the ones to grow old first. Stanislaw Batruch's painting from the turn of the seventies and the eighties corresponded with the high temperature of the discourse of those times. It had this "publicist" or "social" character, to use again the key words. It was anthropocentric, because in its centre there was always a man with his complicated relations to the present time. It was the time of paintings with people standing in front of barriers, trying to overcome bars in a jump. And always these symbolic barriers to overcome are painted in a white and red pattern. People are neither abstract nor realistic. They are without faces, but often recognizable. You do not need to strain your imagination to see in them a physical resemblance to some political or artistic VIPs of those times. The artist, when asked whether this was intentional, hides his answer in a smile under white moustache.
   On one of Stanisław Batruch's paintings people are standing in front of a border barrier with bundles. One of them is carrying a crossed painting-easel. It is a commemoration of the exodus of hundreds of thousands of people from Poland in the beginning of the eighties. People who were carrying crossed dreams with them. Returning from grape picking in Provance a few weeks before the martial law was introduced, I saw at night, in November 1981, at the Czech-German border, a dramatic queue of Polish cars filled with families fleeing from Poland, leaving behind them their broken dreams. I shall never forget that sight. I did not see it in TV reports. But fortunately it is on Batruch's painting. It does not mean that Stanisław Batruch is a documentalist of the reality. He enters into a discourse with reality. Maybe into an argument, even. Because on another of his paintings there are those who remained. They are Bound to the Ground (Przywiązani do ziemi). Stanisław Batruch, in his series Barriers, with some simple means managed to portray the atmosphere of the late seventies. Professor Czesław Rzepiński said, after seeing this cycle, that in the ideological sense Batruch's painting reminded him of Artur Grottger's works.
   A rebellion against limitations of freedom, against the subjective treatment of man, a fight with conductors, a bitter taste of loss, all these can be found in a series of big paintings entitled The Conductor of Ballet (Dyrygent Baletu). At its beginning, the conductor is monumental, and still some participants of ballet cannot even see him, because they are covered with a huge red sheet. In the last pictures, the conductor is just a scarecrow. But also those he conducts have shrunk from fear and are going in circles in a "straw-cover dance". The only lyrical element is a bird sitting on a raised arm, in which the conductor holds his baton.
   This bird is a forerunner of the lyrical period in Stanislaw Batruch's painting, which came as calming down after "Sturm und Drang". I think Professor Ryszard Hunger had mainly this period in mind when, in connection with the process of giving Stanislaw Batruch a title of Professor of Graphic Arts, he presented Batruch's artistic activity in these words:
   "Stanisław Batruch's painting is characterised by strength, which comes from a deep conformity between the artistic vocation and the direct contact with reality. The theme of an endangered and persecuted man, the tension of living in a crowd, threats to the human values - all these can be found in Batruch's paintings, transformed in an original way, in which colour and its specific materialisation are decisive. We can see a convergence between the world of emotion and the abstract world of thought. Between the painter's affirmation of reality and his doubt. Closed figures, deeply human, constitute a gallery in which an emotion is never degraded to the banality of sentimentality. Compassion is never enough for a justification, the appeal to human conscience is not just a simple protest. This is humanistic painting, created wisely and with feeling, grown from poetics, at the same time touching contemporary dramas. It does not, however, draw from them the need to negate and destroy".
   In May 1990 Stanislaw Batruch received a prestigious award of the Volker Heitland foundation, awarded in Germany annually since 1980 to one artist in a recognition of his outstanding artistic achievements. It is an important German award. Candidates are put forward by a jury consisting of a few artists and art critics. Many outstanding German artists have received this award so far, including Hetty Krist and Rolf Bochter. Stanistaw Batruch was the fourth foreign artist to be awarded. Before him were Leonard Lehner from the USA, Roberto Antonio Matta Echaurren from Chile and Jean Ipoustegny from France. In the justification we read: "The generation of artists Batruch belongs to was specifically endangered by opportunism and conformism. Still he was able to develop his individual artistic language. (...) What distinguishes him from the artistic events in Poland is the direct collision with the reality and more or less coded visions of various situations. No other artist has so penetratingly reflect the characteristic atmosphere of living in one's country. His artistic getting even with the present and the past is visible in the circle of such topics as: feeling there is no escape, being under surveillance, standing in a line, etc, which is emphasised by such motifs as: a wall, a border, a dictator, a crowd of people or emigration."
   The ceremony of granting the award of Volker Heitland foundation, together with the artist's exhibition, took place in a castle in Celle, a north German town, which celebrated then its millennium anniversary. This award also symbolically closed the "publicistic" period in Stanisław Batruch's art.
   Then came a new period, full of concentration, but also of quietness. It was announced by landscapes from Mirabel, where Stanisław Batruch has been going with his friends from the creative group "Blue Rose" (Błękitna Róża) for open air painting together with artists from "New Darmstad Secession" since 1981. There is in these landscapes the red soil of southern France, deep green (someone has called Batruch a master of deep green) of Provance vineyards and cypresses planted alongside roads which remember the times of Caesar, and the cloudy greenish sky. The one you can see there in the south for a few hours before mistral begins to blow. The wind that drove Van Gogh crazy. Looking at those landscapes I recall the smell of thyme and other herbs growing on the edges of vineyards. We used to pick handfuls of them and to bring them home and let the smell fill the whole house. Batruch's paintings from Mirabel also have the rough surface of ground. I like touching them. Just as I liked taking a handful of this red, southern soil and feeling its warmth and life-giving force.
   In a new period of Stanisław Batruch's painting Sisyphus' dramas are replaced with a man in a landscape and a landscape itself. But it is not a smooth idyllic landscape, or a sentimental one. It is just that the shape which used to dominate in the picture is now replaced by colour. The place of old subdued colours - greys, blues, black, browns and purples is now taken by bright green, bright yellow, bright orange. Yet the paintings emanate with peace and order. Professor Ryszard Hunger sees its source in the exceptional ear for colours that Batruch has (I like this poetic description: "ear for colours" very much), "which even in risky juxtapositions lets you feel the refined taste and in the accepted composition discipline, which protects from any incidentality." It happens in the painting In the field (W polu), where two women are walking in the field, with some trees marked on the horizon. Or in The Sewer (Siewca) strained under the burden of seeds or in The Plougher (Oracz). Although they are stylistically connected to the previous period, there is no dramatic tension in them. Though in Jurassic Ghosts (Strachy jurajskie) from 1991 we find the same motif as in The Conductor, older by twenty years, but Jurassic Ghosts, contrary to The Conductor are full of peace and order. It is a result of a different treatment of man. Is it not a kind of comeback, I have recently asked Batruch, while looking at his latest paintings in his studio. Yes, it is a comeback, but in another formal construction, the artist says. Formerly I used crude planes and decided symbols. When I painted, say, a barrier, it was decided, defined, and though it was white and red, it was universal. The universalism of that symbolism in my painting was even emphasised in the justification of the Heitland award. The German audience was not interested in possible connotations to the Polish political situation. Each person related it to another, yet universal, situation. It concerns all artists who use symbols. When looking at The Disasters of War by Goya or Picasso's Guernica we do not see the illustration of the specific historic situation, but a general symbol of the atrocities of war. When I am now painting a picture entitled Fight for a Chair (Walka o fotel), some people will relate it to the contemporary situations, but I am doing it in a different way, more in a painter's way. I use such juxtapositions which must be characteristic of a painting. Earlier it did not matter to me, because I was more concerned with the idea than the technique. This purely painting technique. And now it has changed and I pay more attention to putting this here, that there, that there must be a contrast. To sum it up, now I tell stories more in a painter's way.
   But now, I paint landscapes more often, Batruch says. Actually I have been painting them all that time, but in the context of my painting showing the Idea - landscape seemed to me somewhat not serious, even funny. Then I painted landscapes as an exercise and not pure expression. But I see that it was no reason to be ashamed, because it is a large part of my painting activity. Besides there are new experiences - my foreign trips, to France, Italy, and... coming back to my home land, the land of my childhood and puberty, to Beskid Niski. There are Lemko's Orthodox churches. I come back there with some sentiment, because I was taught painting by that sky, by that woods. I always come across something new there, which would have escaped my attention earlier - a flash of sunshine on the river, a gleam of fish in the brook. Now these things I did not pay attention to before, because they were so obvious, are seen more clearly. Thus the topics of my painting have made a circle, I am almost at the beginning again, where my roots are. But this is another beginning. Just like in a spiral, I look at the same place, but from a higher position.
   His even later works: Secret Garden (Tajemniczy Ogród), Harenda, The Old House (Stary dom) or a series of autumn landscapes from Jura Krakowsko-Częstochowska are totally different in character.
   When writing a few years ago a text for Stanisław Batruch's painting album, I concluded with a question whether Stanislaw Batruch's painting was breaking the closed door, demolishing walls and opening new perspectives in painting? I could not then and cannot still answer that question. Let it be. I would like to answer yes. But I will just say like then that it is like with Norwid, who wrote about his poetry:
  
    My son - will pass by my writing
    But you will recall it, grandson
  
   So I guess that only our descendants will answer that question.
                                                                                    

                                                                                           Franciszek Palowski

 


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Dziś już wiemy: malarstwo przetrwa jako technika i odrębna dyscyplina artystyczna. I przetrwa piękno w jego najczystszej postaci, bo człowiek jest wizualistą, odbierającym aż 85% wrażeń oraz informacji za pomocą wzroku, i epikurejczykiem, lubiącym dogadzać wszystkim swoim zmysłom, zaczem jedynie globalna epidemia masochizmu mogłaby go skłonić do rezygnacji z dostarczania przyjemności najważniejszemu z nich.
   Nie sprawdziły się więc pesymistyczne prognozy najwybitniejszych nawet krytyków, poszukujących „ostatniego malarza" pośród wertepów „poszerzonego pola sztuki", na którym nie istnieje już nic. Nic, poza gruzami form, pojęć i ideałów, po których przetoczył się taran burzącej wszystko awangardy naszego stulecia. Malarstwo przetrwało jego uderzenia i pozostało umiejętnością pokrywania płaszczyzny barwami ułożonymi w pewnym porządku, i przetrwała rzeźba, pojmowana jako bryła w przestrzeni, a nade wszystko przetrwało piękno w swym filozoficznym pojęciu porządku uczuć, myśli i form, użytych do ich wyrażenia. Nie inne od starogreckiego odbicia ładu kosmosu, przeciwstawiającego się i przeciwstawnego brzydkiej magmie chaosu. Okazało się, że rację miał stary mistrz Kowarski, pouczając swych wychowanków słowami „ludzie nie zniosą brzydoty i odrzucą ją". Tym skwapliwiej, im większy będzie kontrast, im bardziej nachalna stanie się brzydota i silniejsza jej agresja. Również w subtelnej naturze sztuk pięknych, które nasz wiek uznał za stosowne uzupełnić i zrównoważyć sztukami brzydkimi.
   Lecz wtedy, w czasach młodości i artystycznego pokwitania Stanisława Batrucha, sytuacja nie przedstawiała się tak klarownie, ani nie była tak oczywista, bo podział na sztuki piękne i brzydkie dopiero się dokonywał, bo każdy, zwłaszcza zaś młody, więc ciekawy obrazoburczych nowinek artysta czuł się rozdarty na dwie lub więcej jeszcze części. I zawieszony pomiędzy tym, co lubił i cenił, lecz do czego często nie miał odwagi się przyznać przed sobą samym nawet, i tym, co nadbiegało we wrzawie jedynego objawienia i triumfalnych surm zdezorientowanej krytyki. Toż przecie właśnie w czasach studiów przyszłego koryfeusza naszego malarstwa ukazał się Biuletyn Informacyjny ZPAP, a w nim artykuły tuzów miary Jean Jacques Leveque'a, WAL Beerena i samego Allana Kaprowa, w których wymieniają oni dwadzieścia sześć działających równocześnie i równolegle nurtów, czy też może raczej ideologii i ruchów artystycznych. Było więc w czym wybierać. I więcej nawet - należało to uczynić, bo presja środowiska była ogromna, choć awangarda straciła już lub też właśnie traciła swą rolę wiodącą. Młodzi przestali już widzieć w mistrzach krakowskiej Grupy swych duchowych i formalnych przywódców, co utrudniało jeszcze ich wybór. Niebawem, nastał bowiem czas "romantycznej liryki bez szkół i kierunków", w którym liczyła się indywidualność i tylko ona, przy czym termin „romantyzm" nie oznaczał już wzniosłych stanów ducha jedynie, zaś pojęcie indywidualności było często jednakie z umiejętnością zadziwienia. A to polegało na błahym nieraz pomyśle i sile głosu, co w sztuce oznacza zdolność wywoływania szoku. Wyścig się zaczął.
   Trudne to były dla młodych czasy. W podwójnym rozumieniu tego słowa nawet, bo nie tylko możliwości wyboru środków wyrazu, lecz również artystów przybywało w lawinowym tempie, a sal wystawowych i galerii było tyle, co kot napłakał.
      Właśnie wtedy jednak, wśród ostrej, ba, morderczej nawet konkurencji, miasto, a później Polska dostrzegają Stanisława Batrucha i oceniają go jako enfant terrible sztuki, choć nie epatował okrucieństwem, ani nawet drastycznością scen i form, nie biegał nago, a jeśli nawet, to nie po wystawowych salach, bo i to się zdarzało. Nie obrażał też nikogo wzorem fin de sieciowej bohemy, do której zresztą duchem i szerokoskrzydłym kapeluszem należał, i do dziś gdzieś, w głębi serca czuje głęboki sentyment. Cóż więc różniło go od tylu, tylu innych o których nie mówiło się głośno, lub nie mówiło wcale i o których słuch zaginął, choć - podobnie jak oni - podejmował najrozmaitsze, często w diametralnie różne strony skierowane eksperymenty i wykonywał rozliczne „skoki", jak je dziś nazywa w „siłowej próbie bycia innym"? I zachwycał się sobą, jak to się młodym zdarza. Swoją odwagą, odrębnością, niebanalnym wyrazem dzieł, ich nowatorstwem i nieprzemijającymi wartościami nawet. Do czasu jednak, bo później przyszedł czas refleksji. Oceny otrzymały inny znak wartości: dzieła się zestarzały, nie wytrzymały próby niedługiego czasu. Nie wytrzymały ich wszystkie owe kolaże i objęty, obrazy-przedmioty, jak wówczas zwano dzieła „z pogranicza" artystycznych gatunków, które wszak miały zaniknąć i roztopić w swobodzie „sztuki interdyscyplinarnej", w której każdy artysta robi wszystko na raz, lub nawet „feralnej", w której każdy człowiek staje się twórcą, ponieważ umiejętności warsztatowe zostały zepchnięte do lamusa rzeczy minionych, ośmieszonych przez czas.
   Właśnie wtedy Batruch zrozumiał, że jego powołaniem jest malarstwo, właśnie owo kontestowane „pokrywanie płaszczyzny kolorami w określonym porządku", a jego celem jest dyscyplina myślowa i formalna, zwana niekiedy „myśleniem barwą", przekładaniem pojęć na kolory i ich zestawienia oraz ciężar. Poczuł się ogniwem długiego łańcucha malarzy tym łatwiej, że nigdy nie zerwał doszczętnie więzi, łączącej go z tradycją, która w tamtych latach była niejednokrotnie utożsamiana z zacofaniem. Tym samym ujawni siłę charakteru, a mianowicie samokrytycyzm i dobry smak. Oraz odwagę, bo wówczas jawne posługiwanie się pędzlami wymagało niejakiej odwagi. To przecież właśnie wówczas któryś z młodych - i podobnie jak Batruch myślących - malarzy odparł na pytanie zadane przez jednego z mistrzów awangardy - „A co pan tu niesie, panie kolego? - To? Proszę sobie wyobrazić, że to są pędzle, panie profesorze..."
   Bo wówczas prawdziwie nowoczesny obraz wykonywało się przy pomocy młotka i obcęgów. No, choćby kleju tylko. Lecz pędzla?
   Mówiąc - malarstwo, lub szerzej - sztuka, rozumiana jako teren formułowania prawd i sposób ich przekazywania, myślimy w istocie o inspiracji. Co, jakie czynniki zewnętrznej i wewnętrznej natury pobudziły umysł i wrażliwość artysty dla nadania im kształtu i skąd, z jakich regionów nadszedł impuls decydujący o formie przekazu i jego treści? W tej kwestii zdania mogą być podzielone i zwykle nimi bywają, choć badania pani Margitt Wheeler sporo wyjaśniły w tym względzie, dowodząc, że sztuka czerpie swe soki w blisko 80% z samej sztuki, z jej dawnych i współczesnych osiągnięć, dzieląc pozostałe 20% pomiędzy naukę i naturę, grającą w tym wypadku rolę Kopciuszka. W wypadku Stanisława Batrucha kwestia ta przedstawia się nieco inaczej: i owszem, inspiruje się sztuką, bo trudno tego nie czynić z tej choćby racji, że nikt nie rodzi się bez przodków i wszyscy ulegają takim czy innym fascynacjom. Lecz w sposób ograniczony, a w każdym razie nie tak znaczny, jak się to niekiedy sądzi. Drogą automatyzmu myślowego po części i wygody przypisano go do nurtu postimpresjonizmu. Z tej zapewne przyczyny, że studiował w pracowni wielkiej damy naszego koloryzmu, Hanny Rudzkiej-Cybisowej.
   Otóż nic podobnego. Batruch nie należy do tego nurtu i nigdy do niego nie należał, choć, istotnie, w niektórych jego obrazach brzmią echa „gry barwnej na płaszczyźnie". Lecz właśnie echa tylko z tej choćby przyczyny, że estetyczna jedynie formuła malarstwa nigdy Batruchowi nie wystarczyła, że należał do zgoła innej formacji twórców emocjonalnie zaangażowanych i żywo reagujących na świat, na zdarzenia, na klimat czasów, na ich atmosferę, na problematykę społeczną w końcu, prowadzącą go w stronę publicystyki plastycznej. A ta lubi krzyk i dosadność sformułowań.
   Przed krzykiem chroniła jednak Batrucha osobista i malarska kultura, a inteligencja, połączona z pewnymi skłonnościami introwertywnymi - wiodła go w stronę refleksji. A przecież właśnie w tamtych latach nasze malarstwo nowoczesne przechodziło ze świata abstrakcji geometrycznej i informelu w regiony Nowej figuracji o metaforycznym na ogół charakterze. Sztuka odzyskiwała głos i umiejętności precyzyjnego formułowania myśli. Schodziła z wyżyn pojęć lub ich pozorów na ziemię, w realny i bliski świat po to, by zacząć mówić o nim i jego problemach, a to właśnie Batruchowi bardzo odpowiadało.
   Połączył więc w swej sztuce wszystkie owe elementy, wzbogacając je jeszcze o dramatyzm iście barokowego światłocienia i młodopolski w genezie romantyzm, skutkiem czego stał się artystą bardzo krakowskim, czyli twórcą o wyraźnie zaznaczonym „tu i teraz". Artystą, który żyje w określonych warunkach, który wyrósł z określonych tradycji i rozwija je na własny już i bardzo indywidualny sposób. Artystą konsekwentnym, bowiem to enfant terrible młodej krakowskiej sztuki jest w swej istocie bardzo zdyscyplinowane. I pracowite, bo rację miał Picasso, mówiąc do Genevieve Laporte: „Młodzi artyści uważają, że wystarczy robić to, co ja robiłem w ich wieku: gawędzić, pić. palić, chodzić do kawiarni i ... czekać, kiedy nadejdzie sukces. - Po czym wydmuchał kłąb dymu i dodał z pół przymkniętymi oczyma - To nieprawda. Musisz pracować..."
   Batruch pracował. Dużo i z sensem tudzież z wrażliwością i dociekliwością na dodatek, a to oznacza pracę cyklami, w których dojrzewa i krystalizuje się myśl i kształt, jaki przybiera. Stopniowo i krok po kroku. Tyle że kroki Batrucha były szybkie i długie.
   Pierwszym większym cyklem byli Sportowcy, w czym nic dziwnego, zważywszy, że również Batruch był nim, i to nie lada jakim na dodatek. Lecz sport różne ma oblicza i wiele w nim znaleźć można. Triumf i walkę, wysiłek, klęskę... Batruch dostrzegł ruch brył modelowanych światłem i kolorem. Oraz geometrię zapaśniczych mat i barierki płotkarzy, lecz bodaj czy nie w rzędzie pierwszym michelangelowską „terribilita", straszliwość, przekraczającą znacznie sportowe zmagania, bo w baconowskim wręcz wymiarze, jako że również Bacon z Michała Anioła czerpał pełnymi garściami.
   Po nich przyszły Bariery. Był rok 1980, rok pierwszej Solidarności. Polska wrzała. W obrazach Batrucha pojawiają się poprzeczki i szlabany w czerwonych lub biało-czerwonych barwach, wszystko to, co ogranicza, co krepuje wolność ludzi z zamazanymi twarzami, anonimowego tłumu rodaków oprymowanych przez reżim. Zapewne. Tak było. Obrazy Batrucha były protestem lub manifestem, wyrażały uczucia olbrzymiej większości.
   Z malarskiego jednak, równie jak społeczny, ważnego kontekstu, a może odeń ważniejszego nawet punktu widzenia, Bariery były połączeniem geometrii z plamą ekspresyjnej figury, nadrzędnego, idealnego, wręcz vantongerloowskiego porządku "plastyki matematycznej" z ludzką spontanicznością. Batruch po swojemu opiewa czasy buntu i przemocy, co skądinąd właściwie ocenili celnicy NRD, nie przepuszczając jego obrazów przez granicę. Dostrzegli w nich mocną reakcję na współczesność, na czerwony strach dyrygujący społeczeństwem i oczywistą symbolikę w postaci ptaka nadziei, siedzącego na ramieniu jednego z robotników, bo status społeczny malowanych postaci nie budził niczyich wątpliwości. Nie dostrzegli malarstwa. A to było już znakomite i bardziej od Sportowców zdecydowane, silniejsze w dramatycznych kontrastach wszystkiego, co zestawić ze sobą na antagonistycznych zasadach można. Lecz jednocześnie pieczołowicie uporządkowane.
   Czasy się zmieniają. Bariery odchodzą w przeszłość lub zanikają. Nadchodzi czas wyzwolonej emocji. Geometria ucieka w głąb, kryje się pod plamami barwy, lecz poddaje je swym rygorom. Podskórnym, lecz wyczuwalnym. W tych też obrazach swe apogeum osiąga epickość Batrucha, jej rozmach i rozległość traktowania tematu wiodącego. Kontrasty znikają lub łagodnieją tylko, ograniczając się do zestawień światła i cienia, barw i plam, lub ściślej - stosunku plam barwnych wobec siebie. Obrazy Batrucha potężnieją, stają się coraz bardziej zwarte i monumentalne, i w tym właśnie leży ich siła. Coraz większa i coraz bardziej skupiona, zwarta i nieco posępna lub wręcz groźna niekiedy.
   A jeszcze później jakaś nowa i nieznana dotychczas nuta pojawia się w jego malarstwie: nuta optymizmu i radości istnienia, przechodząca niekiedy w żart. Podniosłe symbole odchodzą w przeszłość wraz z barierami i robotnikami, ustępując miejsca jasnym dziewczynom o długich nogach tudzież innych niewątpliwych przymiotach ciała. I również ducha, zapewne, bo koloryt obrazów staje się lekki i świetlisty, a blask ma w naszej kulturze jednoznaczną wymowę.
   Stanisław Batruch jest - jako się rzekło - epikiem. Opowiada zatem o ludziach, o sobie, o innych, o nas, o naszych uczuciach i relacjach tudzież swoim stosunku do ludzi. Jako epik nie unika też osądów, a nawet oskarżeń. Wielkich i całkiem malutkich w rodzaju Plotkarek czy Żądzy pieniądza, choć nie wspina się na wyżyny sumienia i moralności świata. A jeśli to nawet czyni - to sporadycznie, gdyż wrodzone poczucie humoru broni go przed drapowaniem się w togę Katona. Czegokolwiek by też nie malował - jest zawsze życzliwy. Coraz życzliwszy jakby w miarę upływu lat, boć przecie tout comprendre c'est tout pardonner. Zawsze więc gdzieś, nawet na dnie jego epickiej drapieżności, kryła się kropla liryki.
   Właśnie z niej czerpią soki jego pejzaże, bliskie nam i romantyczne, lub też bliskie bo romantyczne może. Malowane zdecydowanymi uderzeniami pędzla, o mocnej, modernistycznej strukturze, nader odległe więc od „krajowidokowej" słodyczy, lecz właśnie przez to przekonywujące. Bo rację miał Zola, pisząc, że dobry krajobraz jest „naturą widzianą poprzez temperament", podobnie jak Villon, twierdzący, że jest on „krystalizacją emocji".
   Nade wszystko jednak krajobraz jest portretem wewnętrznym swego twórcy. Równie wymownym, jak ostatnie, malowane na Węgrzech AD 2000 wizerunki ludzi - jasne, pogodne, lecz bez twarzy, z jednym tylko figlarnym oczkiem patrzącym...
   Właśnie, na co? Na nas, czy może błahość wszystkich naszych poczynań, na solenną powagę, z jaką traktujemy świat zasługujący w istocie na drwinę?
 

,

   Today we know: painting as a technique and a separate artistic discipline is going to survive. And beauty in its purest form is also going to survive, because man depends on the visuality, perceiving as much as 85 per cent of sensations and information through the sense of sight, and man is an Epicurean, who likes pleasing all his senses, thus only a global epidemic of masochism could make him stop supplying pleasure to the most important of his senses.
   So the pessimistic forecasts of even the most outstanding critics did not come true, of critics searching for the "last painter" among the pathless tracts of the "extended field of art", beyond which there is nothing else. Nothing but the ruins of forms, ideas and ideals battered with a battering ram of all-destroying avant-garde of our century. Painting has survived its attacks and remained an ability to cover the sheet with organised colours, just as sculpture has survived, meant as a solid in the space; and most importantly, beauty in its philosophical concept of emotions, thoughts and forms used to express them, has survived. No different than the Grecian reflection of the cosmic order, opposing and contrasting with the ugly magma of chaos. It turned out that the old master Kowarski was right when he lectured his students with the words: "people will not be able to tolerate the ugliness and will reject it". The bigger the contrast is and the more pushy and aggressive the ugliness becomes, the more eagerly people will reject it. Also in the subtle nature of the fine arts, which our century deemed proper to complete and balance with "the ugly arts".
   But back then, in the times of youth and artistic puberty of Stanisław Batruch, the situation did not look so clear, and was not so obvious, as the division into the fine and the ugly arts was just beginning to draw, as everyone, especially every young, meaning: curious about iconoclastic novelties artist felt torn to two or more pieces. And he felt suspended between what he liked and valued, but did not dare to admit it to himself, and what was coming in the ado of the only revelation and triumphant cries of the disorientated critics. It was in the student years of the future coryphaeus of the Polish painting that the Information Bulletin of ZPAP (Związek Pisarzy i Artystow Polskich - the Association of Writers and Artists of Poland) was issued, including the articles of such celebrities as Jean Jacques Leveque, WAL Beeren and the Allan Kaprow, in which they enumerated twenty six simultaneous and parallel trends, or rather ideologies and artistic movements. There were plenty of them to choose from. Even more - you were supposed to make the choice, as the environmental pressure was huge, though the avant-garde had just lost or was just losing the lead. The young ceased looking at the masters of the Cracow Group as at their formal and spiritual leaders, which made the choice even more difficult. Soon there came the time of "romantic lyrics with no schools and directions," when the individuality only was important, and the term "romantic" did not mean just the elevated spirituality, and the concept of individualism was often equal to the ability to shock. And it often meant a banal idea and a strong voice, which in art is the ability to shock. The race had begun. It was a hard time for young artists. In both meanings of the word, not only for the lack of choice of media, but also because there was an avalanche of artists, and exhibition places and galleries were mighty little. However, it was just then, among the tough, well, even murderous competition, that Stani-slaw Batruch was noticed, first by Krakow, then the whole Poland, and labelled an enfant terrible of art, even though he did not shock with cruelty, nor with drastic scenes and forms, he did not run naked, or if he did, it was not through the exhibition halls (as some others did). Neither did he insult anyone like the fin de siecle bohe-me, to which he belonged due to his spirit and the wide-brimmed hat, and for which he has remained some warm feelings at the bottom of his heart until today. What was it then that made him different than so many others about whom you did not talk aloud, or talk at all, and who were soon forgotten, even though - just like them - Batruch undertook various, often being poles asunder, experiments, and made numerous "jumps", as he now calls them in "a forcible attempt of being different"? And he marvelled at himself, as young artists often do. He marvelled at his courage, distinction, not commonplace character of his works, at their innovatory character and even their perennial values. But it was for a while only, because then came the time for reflection. The opinions gained a different value: the works had grown old, did not pass the test of time. Nor did all those collages, all those ob-jet, paintings-objects, as the works from "the borderland" of artistic genres were then called, which were to disappear and dissolve in the freedom of "interdisciplinary art", in which every artist does everything simultaneously, or even "the formal art", in which every man becomes a creator, because technical abilities were discarded as bygones, ridiculed by time.
   It was right then that Batruch understood that he had a vocation for painting, just this opposed "covering the sheet with colours in a given order", that he would aim at the discipline of thought and formal discipline, sometimes called "thinking in colours", translating concepts into colours and colour combinations and their load. He felt to be a link in the long chain of painters, even more easily, as he had never completely broken the bond with the tradition which was in those years often equal to backwardness. By doing so, he showed the strength of his character - his self-criticism and good taste. And his courage, because open use of paintbrushes was an act of courage then. It was at that time that one of the young and similarly to Batruch thinking artists to the question of an avant-garde master, "What are you carrying here, dear colleague?", answered, "These? You wouldn't say, these are paintbrushes, Professor ...." Because a truly modern painting was then done with a hammer and pincers. Or at least some glue. But a brush?
   When we say "painting", or "art", meant as the area of formulating truths and the method of expressing them, we think in fact about inspiration. What exactly, what external and internal factors stimulated the mind and sensitivity of the artist and from where did the impulse deciding on the form of the message and its contents come? There could be and usually are various opinions on this matter, though Margitt Wheeler's research explained a lot in this respect, proving that art draws in almost 80 per cent from art itself, and the remaining 20 per cent from science and nature, a Cinderella in this case. In the case of Stanisław Batruch, the situation looks a little different: yes, he is inspired by art, as it is hard not to be, just because no one is born without ancestors and everyone has some fascination. But this inspiration is limited, or at least not that important as some think. He was labelled a "postimpressionist", partly due to some automatism in thinking and laziness. Probably because he studied in the studio of the grand lady of our colourism, Hanna Rudzka-Cybisowa. Nothing of the sort. Batruch has never been a part of that movement, although you could see echoes of "the colour play on the sheet" in some of his pictures. But they are only echoes just because the aesthetic formula of painting has never been enough for Batruch, because he belonged to a totally different group of emotionally committed artists, strongly reacting to the world, to the events, to the atmosphere of their times, last but not least to the social issues, which led Batruch in the direction of graphic journalism, which likes shouting and blunt expression.
   Batruch was protected against shouting by his personal and artistic culture, and his intelligence together with some introvert inclinations, led him to reflection. Yet in that time the Polish modern painting was in the process of transformation from the world of geometrical abstraction and informel to the regions of New figuration, usually metaphorical in character. Art was regaining its voice and the ability of precise formulating its thoughts. It was coming down from the heights of concepts or their appearances to the down-to-earth, close and real world, in order to start talking about this world and its problems, which was exactly what suited Batruch. So he combined all these elements in his art, enriching them with the dramatism of baroque light-and--shade and the romanticism of Young Poland, as a result of which he became a very Cracow type of artist, an artist with distinctly visible "now and here". An artist who lives in specific conditions, who has arisen from the specific tradition and is now continuing it in its own individual way. A very consistent artist, because this enfant terrible of the young Cracow art is in fact a very disciplined person. And a hard-working artist, because Picasso was right, when he said to Ge-nevieve Laporte, "Young artists think it is enough to do what I did when I was their age: to chat, drink, smoke, go to cafes and... wait for the success." Then he blew out a cloud of smoke and added with half-shut eyes, "It is not true. You have to work..."
   Batruch did work. He worked a lot, with sense and sensitivity and with inquiring mind, which means working in cycles, in which thoughts and their shapes crystallise and mature. Gradually, step by step. Yet Batruch's steps were quick and long.
   The first cycle was Sportsmen (Sportowcy), which is nothing strange if you consider the fact Batruch was not a bad sportsman himself. But sport has many faces and a lot to explore. You can find triumph and defeat, efforts and fight... Batruch saw in it the movement of solids modelled by light and colour. And he saw geometry in wrestling mats and hurdles, but probably first and foremost he saw a terribilita of Michelangelo, vastly exceeding sport fight, in a Bacon-like manner.
   Then came Barriers. It was 1980, the year of the first Solidarity. Poland was in turmoil. In Batruch's paintings there are cross-bars and barriers in red or white and red, everything which constrains, hinders the freedom of people with blurred faces, the anonymous crowd of fellow countrymen oppressed by the regime. Undoubtedly. It was like that. Batruch's works were a protest or a manifesto, they expressed the feelings of the majority.
   From the artistic, just as important, or even more important, point of view, Barriers were a combination of geometry with a spot of expressive figure, a superior, ideal, even Vanton-gerloo's order of "mathematical graphics" with human spontaneity. Batruch in his way praises the times of rebellion and violence, which was by the way properly evaluated by East German customs officers, who did not let his pictures through the border. They saw in them a strong reaction to the contemporary world, to the "red" fear ruling the society and they saw the obvious symbolism of the bird of hope, sitting on the shoulder of one of factory workers, because the social status of painted people was unambiguous. And it was really fine and more decisive than in Sportsmen, stronger in the dramatic contrasts of everything which can be antagonistic. Yet scrupulously put in order at the same time.
   The times have changed. Barriers have become the past or disappeared. A time of liberated emotion has come. Geometry has run deep inside, hidden under the spots of colour, but exercising its discipline on them. This discipline is hidden but palpable. In these paintings the Batruch's epic nature reaches its apogee, with the force and vastness of treating the leitmotif. Contrasts disappear or just begin to soften, limited to the juxtaposition of light and shade, spots and colours, or more accurately - to the relation of colour spots to each other. Batruch's paintings gain force, become more and more compact and monumental, and this is their force. Getting bigger and more compact, dense and a little gloomy or even sinister sometimes.
   And later still a new and unknown note starts to show in his painting: a note of optimism and joie de vivre, sometimes transforming into a joke. Solemn symbols become the past together with barriers and factory workers, giving place to fair-coloured girls with long legs and other beautiful attributes of body. Probably also with beautiful attributes of soul, because the colours of paintings become light and luminous, and light is unambiguously symbolic in our culture.
   Stanislaw Batruch is, as we have already said, an epic. He tells stories about people, about himself, about others, about us, about our emotions and relations as well as about his relation to people. As an epic he does not avoid judgements or even accusations. The big and the petty ones, like Gossiping Women (Plotkarki) or Lust of Money (Zadza pieniądza), though he does not ascend to the peak of conscience and morals of the world. And even when he does, it is sporadically, because his inbred sense of humour prevents him from putting on Cato's toga. Whatever he paints, he's always warm-hearted. Even more and more warm-hearted with the passing time, as lout comprendre c'est tout pardonner. Thus always, even at the bottom of his epic predatory character there is a drop of lyricism hidden.
   It is from his lyricism that all his landscapes, those close to us and romantic ones, perhaps close because of their romantic nature, draw. They are painted with decisive strokes of the brush, they have a strong, modernistic structure, therefore are very remote from the "picturesque" sweetness, but because of that -- convincing. Zola was right when he wrote that a good landscape is "nature seen through the temperament", just as Villon was, saying that it is a "crystallisation of emotion".
   First of all a landscape is an inner portrait of the artist, just as telling as the latest, painted in Hungary in 2000, portraits of people - light, bright, but with no faces, except for one playful eye looking at...
   Precisely, at what are they looking? Us, or maybe the banality of all our deeds, at the dead earnest with which we treat the world deserving just a sneer?


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Tak zwana sztuka stała się głupia, bezmyślna, wulgarna, epatująca tandetą warsztatu. Nie mam nic przeciwko temu, że jakiś zbieracz fekaliów kupił na aukcji puszkę z "Merda d'artista" za 42 tysiące funtów, ale mnie to nie interesuje, mnie to również nie szokuje, mnie to nudzi.
   I dlatego przestałem bywać na wystawach, na których przeważnie pokazuje się odpadki, spermę w bułce, czy brudne mydło po babci... Podobnie nie mam ochoty oglądać tysięcznego czarnego kwadratu i nieudolnych kopii dzieł dawnych mistrzów nazywanych przez krytykę sztuką postmodernistyczną.
   Czasami z podziwem, częściej z zażenowaniem czytam ekwilibrystykę moich niegdysiejszych kolegów, którzy wytężają erudycję, aby nadać sens temu bełkotowi ubliżającemu ludzkiej inteligencji. Genesis z puszki Manzoniego !!!
   Malarstwo jest tym, czym było od zawsze: "powierzchnią płaską pokrytą farbami w określonym porządku".
   Obserwowałem niejednokrotnie malarzy zwiedzających muzea. Przechodzili od obrazu do obrazu rzucając nań pobieżne jedynie spojrzenie i nagle przed jednym stawali. Nie interesowało ich nazwisko autora, epoka, ani temat, ale ów porządek farb, o którym pisał Maurice Denis, dukt pędzla, gra barw, czyli to, co jest w malarstwie rudymentarne. Oczywiście porządki się zmieniały. Co jakiś czas podnoszą się głosy, że "koloryt jest sprawą biegłości naśladowczej i praktyki, nie zaś wiedzy i reguł", ale zawsze zwiastowały pogardę dla warsztatu. Zgubną, gdyż historia malarstwa uczy, że nową jakość osiąga się wówczas gdy przekracza się reguły świadomie. Wierzę, gdy Renata Bonczar mówi, że jej obrazy powstają w sposób niezamierzony przez nią z góry, ponieważ wierzę w impuls twórczy, imperatyw kategoryczny i podświadomość, ale nie uwierzę, że Renata malowałaby tak jak maluje, gdyby nie miała ciekawości świata i ludzi, a nade wszystko tak znakomitej erudycji malarskiej. Te walory sprawiają, że tworzy ona obrazy oryginalne, niepokojące, poruszające widza i tajemnicze. Obrazy, które zmuszają inteligentnego odbiorcę do zadawania pytań i prowokują odpowiedzi. Czy tam gdzie brak rysunku, brak wartości ? Taką tezę postawił w 1607 roku prezes Akademii świętego Łukasza w Rzymie, niejaki Federigo Zuccaro. Otworzył tym samym puszkę Pandory, ponieważ od tego czasu raz po raz wypuszczone pytanie powoduje zacięty spór. Po obrazach Renaty widać, że jest jego świadoma, ale nie daje jednoznacznej odpowiedzi.
   Można postawić tezę, że na pierwszych obrazach rysunek był bardziej widoczny (może pod wpływem Jerzego Dudy-Gracza, u którego robiła dyplom), później dostrzegamy go wyraźnie na pierwszym planie, jak to widać na obrazie z dwoma sugestywnie narysowanymi kamieniami. Przez jakiś czas wydaje się być wierna tej zasadzie, ale na obrazach z cyklu "W poszukiwaniu zaginionych miast" zarysy domów i całych uliczek dostrzegamy na dalszym planie, gdy pierwszy wypełnia fascynująca gra kolorów. Kolorem posługuje się Renata po mistrzowsku. To on organizuje przestrzeń obrazów, koncentruje uwagę, rozłożony po diagonali wprowadza ruch, niepokoi mocnymi akcentami. W "Purpurowej bramie", która przypomina raczej zasłony Christo, czerwień jest tak agresywna, że dominuje nad całością. Odbija się w wodzie (co jest naturalne), ale również strzępami zasnuwa horyzont (co stanowi kreację malarki).
   "Czerwień cynobru można porównać do dźwięku tuby mosiężnej, niekiedy zaś do ogłuszającego bicia w bęben" - pisał Kandinsky. Renata doskonale czyta lekcje Kandinsky'ego, nie lekceważy psychologicznych właściwości barw. Wie, że żółcień bywa nieznośnie natarczywa, a błękit ciągnie człowieka w nieskończoność i budzi pragnienia metafizyczne. Często używa tych barw. Dostrzega spokój zieleni, ale również jej możliwości witalne. Czasami, aby przydać czerwieni szlachetności nakłada nań czarny laserunek. Organizuje Wielkie Kontrasty.
   Renata maluje pejzaże, które ukrywa pod różnymi tytułami. Nie należy się nimi sugerować. To nie są pejzaże malowane z natury. "Nie maluj zbyt dużo z natury - radził przyjacielowi Gauguin. Sztuka jest abstrakcją, wydobądź tę abstrakcję z natury, kiedy ją kontemplujesz, i myśl więcej o kreacji niż o naturze".
   Pejzaże Renaty Bonczar stanowią świat wyimaginowany, w który czasami wkradają się elementy zapamiętane, jak charakterystyczne polskie wierzby, chałupy, elementy egzotycznej architektury, przydrożne kamienie, ale również reminiscencje katedr Moneta, czy wysp umarłych Böcklina.
   Kiedy Renata maluje gniazda z jajem, kamienie, wodę niewątpliwie podświadomie zdaje sobie sprawę, że niosą one stygmaty symboli, ale nie wydaje mi się, żeby malowała z założenia obrazy symboliczne. Oczywiście, że jajo jest symbolem życia, ale w słownikach symboli odnajdujemy ponad dwadzieścia różnych, często odmiennych jego znaczeń. A kamień? Jest symbolem praprzyczyny, ale również męczeństwa, śmierci i nieczułości. Które znaczenie dostrzegła w nim malarka?! A woda? Symbolizuje niestałość, gdy tymczasem na obrazach Renaty jest właściwie nieruchoma, martwa, jak lustro.
   Wydaje mi się, że owe gniazda, kamienie, wody pozwalają artystce organizować przestrzeń kolorystyczną obrazu, a jedynie pośrednio przemawiać językiem symboli. Obrazy Renaty bowiem przemawiają do widza nie poprzez anegdotę, czy symbole, ale poprzez niesamowitą, fascynującą ekspresję formy i koloru, czyli tym, co stanowi samą istotę malarstwa.

                                                                                                                                         Andrzej Matynia

,

   The so-called art has become stupid, thoughtless, vulgar, assaulting us with shoddy workmanship. Personally, I have nothing against the fact that some faeces fan bought a tin of "Merda d'artista" for 42 thousand pounds in an auction sale, but I don't care about it, it doesn't shock me, it's just boring.
   That is why I have stopped going to exhibitions, where the most common display includes left-overs, sperm in a roll or grandma's dirty soap. In a similar fashion, I don't feel like looking at the thousandth black square or at inefficient copies of the works of the ancient masters, which the critics call post-modern art. It is more often with embarrassment than with admiration that I read the acrobatic essays of my former friends, mustering up all their erudition in order to bestow some sense on that jabber which is an offence to human intelligence. Genesis out of Manzoni box!!! Painting is what it has always been: "a flat surface covered with paints in a definite order."
   Many a time I have been watching painters visiting museums. They were going from one picture to another, hardly giving them a glimpse, only to stop suddenly in front of the one. They did not care about the author's name, the epoch or the topic, but about the order of paints, which Maurice Denis was writing about, the vista of the paintbrush, the play of colours; in short, the rudimentary features of painting. Of course, the rules were changing. From time to time one could hear voices saying that "the colouring is the matter of imitative skill and practice, not of knowledge and rules", but they were always announcing contempt for workmanship. Fatal contempt, for the history of painting teaches us that a new quality is achieved when one breaks the rules in a conscious way.
   I believe Renata Bonczar when she says that her paintings are created without a deliberate design, because I believe in the creative impulse, categorical imperative and subconsciousness, but I refuse to believe that Renata would paint the way she does were it not for her curiosity about the world and the people, and above all her excellent painting erudition. Thanks to these values she creates original, disquieting, mysterious paintings which move the spectator. Paintings which force the intelligent recipient to asl< questions and which provoke answers. Are there no values where there is no drawing? This was the hypothesis brought forward in 1607 by the President of St. Luke Academy in Rome, a Federigo Zuccaro. By saying that he opened Pandora's box, because the disturbing question has started a chain of fierce arguments flaring up every now and then. Renata's paintings reveal the fact that she's aware of the question, to which she gives no definite answer. It could be postulated that the drawing was more evident in her early paintings (probably under the influence of Jerzy Duda-Gracz, who was her diploma work supervisor), later we can see it clearly in the foreground, as in the picture with two suggestively outlined stones. For some time she seems to be faithful to this principle, but in the paintings from the series "In search of missing towns" the outlines of houses and whole streets remain in the background, whereas the foreground is filled with a fascinating play of colours.
   Renata uses colour in a masterly manner. It is colour that organises the space of the paintings, fixes our attention, when arranged diagonally it introduces movement, disturbs us with strong tones.
   In "Purple gate", which is more like Christo's curtains, the red is so aggressive that it dominates over the whole composition. It is reflected in the water (which is natural), but it also envelops the horizon in smudges (which is the painter's creation).
   "Vermilion red can be compared to the sound of a brass tuba, on occasions also to ear-splitting drum-beat" wrote Kandinsky. Renata grasps his lesson perfectly, she doesn't ignore psychological properties of colours. She knows that yellow is sometimes intolerably obtrusive, blue draws us towards infinity and evokes metaphysical craving. She often uses these colours. She recognises the tranquillity of green, but also its vital potential.
   Renata Bonczar's landscapes constitute an imaginary world, sometimes penetrated by remembered elements, such as characteristic Polish willows, villagers' cottages, components of exotic architecture, roadside stones, but also reminiscences of Monet's cathedrals or Bocklin's islands of the dead.
   When Renata paints nests with an egg inside, stones or water, she undoubtedly realises subconsciously that they carry the stigmata of symbols, but I don't think that her painting is purposefully symbolic. Of course, an egg is a symbol of life, but in dictionaries of symbols we can find more than twenty distinct, sometimes very dissimilar meanings of that symbol. What about a stone? It is a symbol of the first cause, but also of martyrdom, death and heartlessness. Which of them has been distinguished by the painter? And what about water? It symbolises instability, but in Renata's paintings it is motionless, stock-still like a mirror.
   It seems to me that the main function of those nests, stones and water is to let the artist organise the colour scheme of the painting, only indirectly do they speak the language of symbols. It is not through an anecdote or a symbol that Renata's paintings speak to the spectator, they impress us with their indescribable, fascinating expression of form and colour, which is the very essence of painting.

                                                                                                                                         Andrzej Matynia


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   O twórczości Renaty Bonczar nie powinienem pisać przynajmniej z trzech powodów: jest moją byłą studentką, aktualną sąsiadką, nie podzielam jej punktu widzenia na sztukę.
   Jest jeszcze czwarty powód, ten mianowicie, że im dłużej człowiek żyje tym częściej wątpi i mimo zdobytej wiedzy praktycznej staje się coraz mniej pewny swego, a przez to coraz bardziej uparty, arbitralny i ortodoksyjny. Jeśli dodatkowo próbuje dzielić się z innymi skarbnicą swoich życiowych mądrości, ryzykuje miano zrzędy i nudziarza.
   Przekonała mnie przez te lata, że nie tylko wykonuje zawód, lecz maluje bo musi, czyli z pasją i obsesyjnie. Nie znajduję w jej malarstwie odpowiedzi na uniwersalne pytania dotyczące problemów tryumfu życia nad śmiercią lub odwrotnie; nie jestem nawet pewien czyje stawia. Pewien jestem za to konstatacji faktów z którymi ona nie polemizuje, lecz próbuje znaleźć właściwą formę dla wyrażenia swoich emocji wobec ich istnienia.
   Wydaje mi się również, że Renata każdy obraz traktuje jako etap przejściowy, jak początek następnego obrazu, który powstanie dzięki poprzedniemu i w ten sposób dokona się zapis jej osobistego udziału w upływie czasu.
   To jest takie powiedziałbym, malowanie zgodne z logiką Natury; z rytmem życia, przemijania i śmierci. Ziarno-korzeń-kwiat-owoc-ziarno. Wiosna-lato-jesień-zima-wiosna. Zaryzykuję w związku z tym uwagę, że malarstwo Renaty jest biologiczne. Nie ze względu na to co "przedstawia", lecz w jaki sposób powstaje; że za każdym razem jest cząstką autorki, nie jest dziełem obok którego stoi, ale właśnie cząstką, którą ona z siebie daje. (Powinienem nawet powiedzieć: rodzi, tak byłoby precyzyjniej, ale jednocześnie zbyt grafomańsko i niezbyt elegancko).
   Obrazy Renaty oprócz swej biologiczności są również w najzwyklejszym, ludzkim wymiarze, obrazami tęsknoty za tym co jest, lecz odchodzi. Są malarską próbą wyrażenia niemożliwego, czyli tego co bezpowrotne choć jeszcze obecne. Są uzewnętrznieniem niepokojów i szukania światła w ciemności, ciepła w przestrzeni, czy samej siebie w smutku i radości.
   Jest coś jeszcze za czym, jak sądzę, Renata tęskni, czego się lęka, czego szuka i ku czemu, Bogu dzięki zmierza.
   Spójrzmy na obrazy. Mimo konsekwencji, mimo, że jeden obraz rodził następne, upływające lata odciskały się na nich dzień po dniu swoimi znakami. Pierwsze prace mające "korzenie" i rodowód w naturze (ogień, woda, kamień, jajo, fallus, etc) były odchodzeniem od źródła, czyli obrazami nie przedstawiającymi.
   Były znakiem rozpoznawczym Renaty sytuującym jej malarstwo w obszarze abstrakcji nie geometrycznej lub ekspresyjnej, jak kto woli. Z upływem czasu powstały przedziwne "krajobrazy" duszy i "pejzaże" wyobraźni. Pojawił się, wspomniany już problem przemijania, tajemnicze przeszkody, dramaty z pozorami spokoju lub pewności siebie, napięcia, osaczenia i coraz częstsze próby wyrażenia tego czego wyrazić nie sposób, bo jest nieuchwytnym złudzeniem.
   Lecz jeśli porządnie przeanalizować te obrazy nie trudno dostrzec, że to co rzekomo nie możliwe coraz częściej układało się w zupełnie prawdopodobną, nie wyimaginowaną rzeczywistość.
   Jeszcze rzeczywistość "duszy", jeszcze "wyobraźni", ale przecież bez udawania, tam widać zarysy horyzontów, nieboskłonów i Ziemi.
   W ostatnim okresie ta tendencja się nasiliła, czego dowodzą np. takie cykle, jak: "W poszukiwaniu zaginionych miejsc, czasów i miast" malowanych wręcz ze wskazaniem lokalizacji: Prilep, Benaresl.
   Renata coraz częściej, jak sądzę, rezygnuje z możliwości warsztatowych i uroków pikturalnych swojego malarstwa, najwyraźniej tęskniąc za tym co istniejące, fizyczne, realne. (I kto wie, może, nawet, kiedyś, w przyszłości-figuratywne?).
   Podejmuje coraz częstsze próby materializowania owych tęsknot na obrazie. Wyłaniają się coraz realniej, jak wykopaliska: domy, pałace, wieże; odsłaniają pejzaże z jeziorami, morzem, zarysem drzew (albo żagli?), rozsuwają się "purpurowe bramy" za którymi na pewno widać dobrze znaną, rodzinną ltakę. A więc powroty, proszę Państwa. Po prostu kto dojrzewa, ten powraca. Sama autorka tak o tym mówi: "(...) Wracam do sytuacji i miejsc, które dają mi energię, które są moją inspiracją".
   Czy tylko? Mam wrażenie, że po 20 latach Renata Bonczar podejmuje ryzyko konsekwentnego, ale jednak, rozwodu w tym, co było jej znakiem identyfikacyjnym. Nie jest to żadne zatrzymanie się, zawrócenie, regres, ślepa uliczka. To świadectwo rozwoju i odwagi. Historia sztuki, również polskiej, zna wiele takich przypadków np. u J. Lebensteina. Wczesne, geometryczne, niezgrabne i płaskie "figury osiowe" z upływem lat zmieniają się w klasyczne, urzekające maestrią i finezją wyrazu, Bestiarium.
   Nie zamierzam dokonywać jakościowej oceny tej metamorfozy, gdyż jak wspomniałem wyżej byłem belfrem Renaty, ale dawno i moje opinie dzisiaj nie mają żadnego znaczenia. Nie mogę jednak powstrzymać się od wyrażenia satysfakcji i radości, że mój sceptycyzm topnieje, kiedy widzę dojrzewanie, czyli powrót do źródeł tym cenniejszy, że dokonany drogą daleką i okrężną.
   Pozostaje mi już tylko, nim zamknę usta i drzwi, wyrazić wiarę w dalszy rozwój sztuki Renaty Bonczar, bo chociaż stuknęło jej 20 wiosen, jest wciąż młoda.
 

                                                                                                                                                Jerzy Duda-Gracz

,

   There are at least three reasons why I should not write about the artistic output of Renata Bonczar: she is my ex-student, present neighbour and I do not share her point of view on art. There still is a fourth reason, and that is, the longer one lives the more doubtful one becomes and in spite of acquired practical knowledge one is less and less convinced of being in the right and because of this more and more stubborn, highhanded and orthodox. If, in addition to this, one tries to share one's repository of practical wisdom with others then one risks being called a grumbler and a bore.
   But I have no choice, because having signed my name 20 years ago under the diploma of Renata Bonczar I am somehow obliged to testify to her work, irrespective of the circumstances. The reflection on boring talk came to my head when I was reading someone else's statements as well as my own on the subject of Renata Bonczar's artistic output, where the authors were occupied in eloquent descriptions of the charms of her painting, that is of something which everyone can see without anyone else's help.
   I shall therefore try to do something a little different. I shall try to tell about that which cannot be seen. As I mentioned earlier, I do not share Renata's point of view on art, therefore with the kind-heartedness of a former schoolteacher but also with the scepticism of a colleague - painter, I have been observing her creative production for 20 years. She has convinced me during these years that not only is she performing her profession but she is painting because she must, that is with passion and obsessively. I do not find in her painting the answer to the universal question concerning the problems of life's triumph over death or vice versa; I am not even sure whether she poses such questions. Instead, I am certain of her ascertainment of facts, which she does not argue with but tries to find a suitable form for expressing her emotions towards their existence. It also seems to me that Renata treats each painting as a interim stage, as the beginning of the next painting which will come into being as the result of the previous one and thus the recording of her personal participation in the passing of time will be accomplished.
   I would say that this is painting done in conformity with the consistency of Nature; with the rhythm of life, passing away and death. Seed-root-flower-fruit-seed. Spring-summer-autumn-winter-spring. Therefore, I shall risk the remark that Renata's painting is biological. Not on account of what it "presents" but how it comes into being; that each time it forms a small part of its author, not a work of art next to which the author stands, but precisely a small part which she gives of herself. (I should even say: that she gives birth to, that would be more accurate, but at the same time it would sound too much like graphomania and not very elegant).
   I think there is still something else that Renata longs for, what she fears, looks for and, thank God, what she aims for. Let us look at her paintings. In spite of their consistency, in spite of the fact that one painting generates another, the passing years, day after day, have left their impression on them.
   The first works with their "roots" and origin in nature (fire, water, stone, egg, phallus, etc.) were a departure from the source, that is to say paintings that did not present anything. They were Renata's recognition signal which placed her painting in the field of non-geometric or expressive abstraction, if you like. With the passing of time strange "landscapes" of the soul and of the imagination were being created. There appeared the already mentioned problem of passing, mysterious obstacles, drama with illusions of tranquillity or self-assertion, tension, encirclement and more and more frequent attempts at expressing something inexpressible, because it is but an evasive illusion.
   However, if one were to analyse these paintings properly, then it is not hard to notice that what was supposedly impossible, was more and more often assuming the shape of a fully probable, non-imaginary reality.
   It is still the reality of the "soul", still the reality of "imagination" but after all, without pretending, one can see in them the outline of horizons, and of the Earth.
   During recent years this tandency has been growing more intense, what can be seen, for example, in such cycles as: "In search of lost places, times and cities" painted with the outright indication of location: Prilep, Benares!
   I think that Renata more and more often is giving up workshop possibilities and the pictorial charms of her painting, most evidently longing for something that exists, that is physical, real. (And who knows, maybe at some time in the future - figurative?).
   She is making more and more frequent attempts at meterializingthis nostalgia in her painting. It emerges more and more realistically, like excavations: houses, palaces, towers; revealing landscapes with lakes, sea, outline of trees (or sails?), "purple gates" open, revealing to us the well-known, native Ithaki.
   And thus we have returns. Because who matures, returns. The author herself says this:"(...) I return to situations and places which give me energy, which are my inspiration".
   Merely that? I have the impression that after 20 years Renata Bonczar takes on the risk of consistent divorce with what had once been her identification sign. This is no pause, no return, regression or blind alley. This is the testimony of development and courage. The history of art, also Polish art, knows of numerous such cases, for example J. Lebenstein. The early, geometric, clumsy and flat "axial figures" with the passing of years have changed into classical ones, enchanting with their masterly skill and fineness of expression, a Bestiary.
   It is not my intention to make a qualitative assessment of this metamorphosis, because as I have mentioned earlier, I was Renata's school teacher, but it was long ago and my opinions today bear no significance. However, I cannot refrain from expressing my satisfaction and joy, that my scepticism melts when I see maturation, in other words the return to origins, being all the more precious because accomplished in a long and roundabout way.
   All that is left to me, before I shut my mouth and the door, is to express my trust in the further development of Renata Bonczar's art, because although she is a maiden of 20 summers, she is still young.

                                                                                                                                              Jerzy Duda-Gracz


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Klasyczna koncepcja sztuki, której dzieje sięgają co najmniej 2500 lat, a której zadziwiająca atrakcyjność ujawnia się jeszcze dzisiaj, sprowadzała fenomen ludzkiej potrzeby wyrażania się za pośrednictwem artystycznych działań, do harmonicznych, niezmiennych reguł. Za pierwszego i bodaj najważniejszego nauczyciela tychże właśnie zasad uznawano Naturę. To ona objawiała człowiekowi wszystkie tajemnice egzystencji, a także prawidła budowy Wszechświata. Natura więc, jej odwzorowywanie: "mimesis", stawało się celem sztuki. Niezależnie od tego, jak proces owego odwzorowywania traktowali artyści i filozofowie, spierając się o kategorie interpretacji, czy kanoniczne zasady, które dyktowała natura, przez ponad 20 stuleci, ani owe prawidła harmonii, tkwiące w naturze, ani też rola natury jako wielkiego nauczyciela artystów, nie byty kwestionowane. Od III wieku po Chrystusie uznawano też, iż to Bóg - Absolut jest sprawczą siłą owego porządku Wszechrzeczy, a więc dawcą owych reguł. Zwolna jednak wyczerpywały się zasoby interpretowania natury w ramach tej doktryny, a naśladowanie natury zaczęło artystom ciążyć bardziej, niż stanowić drogę do doskonałości! Stąd już w wieku XIX pojawiać się zaczęły postulaty, aby artystę uwolnić od tradycyjnego zobowiązania naśladowania natury.
   Wkrótce stało się to faktem. Jednak mimo to i pomimo, iż "Dadaizm" poczynając "przypadek" stał się równoprawnym czynnikiem generującym sztukę, natura dla wielu artystów tym pierwszym nauczycielem pozostała, dla innych przynajmniej inspiracją i źródłem osobistych interpretacji. Rzecz w tym bowiem, że doświadczenie świata jest ciągiem nieskończonym powtarzających się dotknięć tego samego, co za każdym razem jawi się nam jako "nowe", niepowtarzalne, całkowicie jednostkowe. Uważny obserwator analizując ten fenomen, mógłby z przekąsem powiedzieć, że "wszystko już było", iż wszelkie te odkrycia, w gruncie rzeczy, dadzą się sprowadzić do podstawowych i znanych już starożytnym sposobów traktowania natury: realistycznego lub werystycznego, ekspresyjnego, lub wreszcie strukturalnego, objawiającego nam prawidła budowy i motoryki kosmosu. Racjonalna kultura artystyczna (zbudowana na tradycji śródziemnomorskiej) upośledzała jednak i zapewne nie bez powodu, jeszcze jeden przyrodzony człowiekowi - sposób interpretacji otaczającego go świata, mianowicie magiczno-symboliczny, przepełniony wewnętrznymi interpretacjami, symbolami i znakami.
   Ów sposób interpretacji natury, w stosunku do niej autonomiczny, naturalny w stopniu nie mniejszym niż racjonalistyczny (kulturowy), wydaje się dzisiaj, pod koniec nie tylko wieku, ale i tysiąclecia, a być może całej epoki, dominować w wielu kręgach artystycznych. Trzeba jednak przyznać, że mimo dojmującego poczucia, iż racjonalne wytłumaczenia fenomenów natury są niewystarczające, całe to myślenie, cały ten sposób traktowania kosmosu, jest silnie obarczony bagażem niekwestionowanej przecież wiedzy współczesnego człowieka o świecie.
   Sądzę, iż w kręgu takich właśnie interpretacji natury powstaje i rozwija się interesująca sztuka Renaty Bonczar. Artystka, po studiach w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (filia w Katowicach, pracownia Jerzego Dudy Gracza), przez kilka lat poszukiwała własnej konwencji malarskiej. Szczęśliwie zaczęła od restytucji tradycji warsztatu malarskiego, co wkrótce przyniosło zdumiewające rezultaty. Powrót i opanowanie dawnych, zarzuconych technologii malarskich, dbałość o wykonanie, wszystko to stało się bazą dla dalszych poszukiwań twórczych naszej malarki, w których szczególnie zdolność odczuwania stanów materii otaczającego świata przywołuje osobistą refleksję, dotyczącą kardynalnych wartości egzystencji, wszelkich uwikłań człowieka w tajemnicze zrządzenia losu.
   Po studiach maluje więc Renata Bonczar kolejne cykle obrazów: "Wiry", "Matnie", "Drogi", "Mchy", "Kamienie Prilepu" i inne. We wszystkich tych cyklach rzetelna obserwacja natury stanowi początek procederu pozostawiania śladu, jakim jest dla Renaty Bonczar malowanie. W jego trakcie cały ten świat poznany, zanotowany, ulega przetworzeniom w symbol, metaforę, magiczne zaklęcia. Wolą artystki, ciężkie materie ziemi, skał, unoszone są w powietrze, wirują, kłębią się, eksplodują w zderzeniach, destruują realność pierwszego oglądu. Kształtują obraz innej, metaforycznej, wizyjnej realności świata, będącej w gruncie rzeczy światem wyobraźni malarki. Kamienie, ważne i symboliczne dla malarki, zdają się zatrzymywać tajemnice ukrytej energii a może nawet samego życia. Podobnie umieszczone w mrocznych matecznikach wilgotnych szczelin, trudne do zidentyfikowania kokony, mówią nie tylko o potocznych uwikłaniach człowieka, ale obiecują ukazanie tajemnicy życia, stając się symbolami wszechobecnej kobiecości, życiodajnej pramaterii. Obrazy Renaty Bonczar nie są więc odtworzeniem natury, są natomiast "wewnętrznymi pejzażami", zapisanymi formą, świadectwami zachwytu naturą i życiem, a zarazem notacją lęków, obsesji, przedziwnych wyobrażeń, trudnych do zracjonalizowania. Są wypadkową bacznej obserwacji symptomów życia intuicyjnego wyczucia ich magicznych i symbolicznych znaczeń.
   Tak więc pejzaż, w którym da się zidentyfikować elementy przyrody czy architektury, zamienia się nagle w baśniową, nierealną scenerię "teatru świata", gdzie biologiczne formy, jakby gigantycznych pająków, strachem oblatujących człowieka, nagle zamieniają się w ogrody fantazji, pełne egzotycznych i przychylnych człowiekowi roślin i stworów. Rozżarzony, wewnętrznym światłem do czerwoności kamień z Prilepu, z kolei zamiast objawiać przeistoczenie w szlachetną materię rubinu, przywołuje przygnębiające poczucie nadciągającej katastrofy. Wszystkie te przetworzenia, w obrazach Renaty Bonczar nieco surrealne, dalekie od jednoznaczności, przywołują formę finezyjną a zarazem swobodną, dynamiczną, a równocześnie budowaną według klasycznych reguł, w gruncie rzeczy nawet nie tyle nowoczesną, co dojmującą. Obrazy te, także i ostatnia seria zatytułowana "W poszukiwaniu zaginionych miejsc, czasów...” są nie tylko zadumą nad stanem kultury, przemijaniem idei, lecz także świadectwem zadumy nad utraconym rajem dzieciństwa, tym co niespełnione, zgubionymi po drodze szansami i odczuciami, stanowią więc swoisty pamiętnik, zapis skomplikowanych stanów psychiki artystki, zapis kunsztowny, pełen estetycznych walorów, intrygujący, poruszający naszą wyobraźnię i refleksję.
   
                                                                                                                                            Andrzej Pollo

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Znikomość chwili i ulotność wrażeń stanowią jedną z przyczyn zajmowania się sztuką. Z tej właśnie przyczyny, by zatrzymać w kadrze to co wydaje się niepowtarzalne, bierzemy do ręki aparat fotograficzny. Bo z braku umiejętności, którą posiada artysta nie próbujemy tej chwili przedstawić narzędziem tak, jak przeżywamy ją w sobie. Aparat w rękach przeciętnie uwrażliwionego człowieka stanowi rodzaj protezy.
   Ulotność jednak nadal nosimy w sobie. Pozostaje w nas chwila, która w miarę upływu czasu blednie jak obraz zapisany na kliszy, coraz to bardziej wyblakły zanim zupełnie nie zapadnie się w niepamięć.
   Czy sztuka lepiej radzi sobie z przemijaniem. Zawsze to jednak zapis wewnętrznego doświadczenia, przenoszony poprzez rękę na coś, co można by nazwać ekranem duszy: papier, płótno. Artysta ma świadomość, czasami tragiczną, bo wie, że jeśli to wewnętrzne doświadczenie jest warte utrwalenia, to już nie będzie to jego troską lecz troską konserwatora i historyka sztuki, by przeżycie artysty tak utrwalać, by mogły w nim uczestniczyć także przyszłe pokolenia. Renata Bonczar jako autorka cykli malarskich, o których pisze Jerzy Duda Gracz, że są wynikiem dyskursu malarskiego, gdzie jeden obraz ewokuje kolejny, opracowała cykl, który opatruje tytułem „Papierowe miasta". Autorka, która wcześniej szukała tematów w zaginionych cywilizacjach, przedstawiając historyczne miasta pochłonięte przez dżunglę i destrukcję czasu, za obiekt swoich nowych odniesień przyjmuje absolutną imaginację. Tych miast, papierowych nigdy nie było. Artystka modelowała wprawdzie papierowe formy, które pozwalały na lepsze funkcjonowanie wyobraźni plastycznej. Od początku jednak nosiła w sobie uświadomione doświadczenie, które przed nami czasami tylko się pojawia: albo jako krótkotrwałe olśnienie pięknem, albo w formie nagłego doświadczenia tragicznej nieuchronności. Renata Bonczar, patrząc dzisiaj na nietrwałe konstrukcje górnośląskich osiedli mieszkaniowych nie musiała by konstruować swoich papierowych modeli, by przywołać ową znikomość, którą łączymy z ludzkimi materialnymi konstrukcjami. Nie musiała by także modelować ulotności, która bardziej wydaje się pięknem duchowym, eterycznym. Jej życie bowiem wydaje się osadzone w takich realiach, że chciałoby się powiedzieć: „chwilo trwaj!". To imaginacja artystki, jej wewnętrzna dążność do lapidarnych sformułowań - bo tak pojmuję jej malarstwo - powodują, że to co za chwilę ma spłonąć, jak kartka papieru, przez moment, jarzy się zdumiewająco różnorodnym blaskiem. Renata Bonczar nie ożywia swoich miast jednostkowymi bytami. Miasta te są tworem ludzkim, lecz ludzi tam nie ma. Lapidarność wypowiedzi artystycznej polega właśnie na tym, że jej miasta stanowią ślad po człowieku. Nie są to jednak miasta kopalne. Być może jest w tym malarstwie jakaś synteza podróży artystki do zamieszkałych zakątków Europy. Zaznaczmy: zamieszkałych, a może właśnie dopiero co opuszczonych przez ludzi, skutkiem jakiegoś przełomowego wydarzenia. Każda z realizacji cyklu posiada własną dynamikę, wynikającą z kompozycji i kolorystyki obrazu. Każda też płonie własną temperaturą. Jest to temperatura, którą naznaczone jest każde ludzkie dzieło. Pisał o tym Stanisław Wyspiański w swoim dramacie „Meleager" następująco:
   
   "Każde włókno z osobna dowiaduje się o swym istnieniu i ginie zżarte gorącem jadu płomiennego".
   
   Z miłości do wszystkich pędów życia, co zanikają gdzieś w mgłach, powstały te obrazy.
   
                                                                                                                                                          Ks. Henryk Pyka

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Franciszek Bunsch. Malarz, grafik i teoretyk sztuki niepośledniej bystrości i rzadkiej już dziś wśród artystów biegłości posługiwania się słowem. Owa, powszechna kiedyś umiejętność zanikła bowiem stopniowo i powoli wraz z właściwym dla sztuki XX wieku odchodzeniem od anegdoty, od przekładalnej na słowa literackiej narracji obrazu, tłumaczącej myśli i intencje artysty. We wszystkich dyscyplinach, wyjąwszy grafikę, a zwłaszcza „krakowską szkołę metalu" jak zwano w latach 60. i 70. ubiegłego już stulecia mistrzowskie miedzioryty, akwaforty i akwatinty, powstające pod auspicjami naszej Akademii Sztuk Pięknych i jej luminarzy w osobach Srzednickiego i Wejmana. Oraz ich następców, wśród których Bunsch zajmuje niepoślednie miejsce. Gdyż „krakowska szkoła metalu" lubi opowiadać, tak, jak lubi to czynić każda dyscyplina artystyczna zdolna do posługiwania się jubilerską precyzją formy, pozwalająca odtworzyć każdy szczegół i zachwycić się zarówno nim, jak doskonałością plastycznej roboty. Gdyż zachwyt twórców naszej „szkoły metalu" ma nieco narcystyczną naturę i lubi wpatrywać się w doskonałość swego warsztatu i jego zdolność wyczarowywania wszystkich zamierzonych przez artystę form. I czerpie stąd radość nie inną od tej, która doprowadziła do malarskiego pojedynku pomiędzy Zeuksisem a Parazjosem, zaś młodemu Giotto kazała domalować muchę na mokrej jeszcze powierzchni obrazu jego nauczyciela Cimabuego, którą ów starał się bezskutecznie spędzić. Gdyż sztuka iluzyjna, sztuka myląca oko, ma swe źródło nie tylko w chęci poznania i odtworzenia świata, lecz również w poczuciu humoru: lubi budzić radość zaskoczeniem i niespodzianką, którą w sobie kryje. To prawda. Prawdą jest jednak również, iż nic nie jest tak poważne, jak śmiech mądrego człowieka. A Franciszek Bunsch lubi niespodzianki i lubi nas zaskakiwać jakimś głęboko ukrytym i nieistotnym z narracyjnego punktu widzenia szczegółem, jakimś psim pyskiem wyzierającym spod stołu, czy okiem, spoglądającym z rogu błazeńskiej czapki, w które zmienił się tradycyjny i oczekiwany w tym miejscu dzwoneczek.
   Franciszek Bunsch urodził się w 1926 roku. A był to świetny dla naszych artystów rocznik, dla tej być może przyczyny, że los skazał go na ciężkie i niespokojne życie oraz niesioną przez nie, a trudną do pojęcia przez następne generacje, sumę przeżyć, które kształtują duszę i charakter artystów. I nie tylko ich zresztą, co stwierdził nie mniej przez życie doświadczony Lucjusz Anneusz Seneka pisząc „nieprzerwane powodzenie nie wytrzyma żadnego ciosu, lecz kto nieustannie zmaga się ze swoją niedolą, ten cierpieniom zawdzięcza hart i nie ustąpi przed żadnym złem, a nawet jeśli upadnie - będzie walczył jeszcze na klęczkach..."
   Pokolenie Bunscha było szczególnie uprzywilejowane pod tym względem, jeśli do przywilejów można zaliczyć sypiące się ze wszystkich stron gromy, o czym wiem, bo sam do niego należę. Lecz wiem również, że właśnie ta generacja wydała największą liczbę twórców tworzących nasz tzw. „kanon muzealny", czyli tych, bez których żadne szanujące się zbiory obejść się nie mogą i nawet nie wypada im tego czynić, oczywiście proporcjonalnie do ogółu działających w owym czasie artystów, których było nieporównywalnie mniej niż obecnie.
   Wojna, socrealizm, żelazna kurtyna, odcięcie od wielkich centrów kulturalnych Europy, skazanie na własne tylko dociekania, na chyłkiem poznawane osiągnięcia awangardowej sztuki lat międzywojennych, wertowanie „Głosu plastyków" i „Arkad" z ich czarno-białymi reprodukcjami, wypraszanie w bibliotekach prohibitów, a potem, po 1956 roku, uchylenie drzwi na Zachód, przez które wlała się lawina nowości. Na ogół „z drugiej ręki", bo na wyjazd mało kogo było stać, a stypendia otrzymywali nieliczni i zwykle nie ci, którzy na to zasługiwali i którym były one potrzebne dla osobistego rozwoju, bo wyjazd - do Paryża zwłaszcza - nobilitował artystę i stawiał go na świeczniku, więc chętnych nie brakowało. Wtedy, w tamtych latach, wszyscy tęsknili do nowoczesności i wszyscy ją ochoczo przyjmowali. Choćby nawet była niepierwszej świeżości. I - rzecz ciekawa - w tej nienormalnej lub nawet chorej sytuacji naszej sztuki właśnie kryła się jej siła i przyczyna przyszłych sukcesów. Po pierwsze bowiem nasi artyści otrzymywali - za sprawą przedwojennych wydawnictw i akcji pism w rodzaju „Przekroju" propagującego międzywojenną klasykę awangardy w rodzaju Picassa, Legera lub Klee - sztukę już sprawdzoną i wspartą na prawdziwie mocnych podstawach teoretycznych. Tą więc, którą ukształtowała świadomość artystów drugiej i trzeciej ćwierci stulecia i do dziś jest fundamentem artystycznych poszukiwań, a mianowicie kubizm, nadrealizm i postimpresjonizm z niewielką domieszką futuryzmu i mocno z nim związanego formizmu. Efemerydy do Polski nie docierały. A jeśli się to im nawet w latach międzywojennych zdarzyło, to ich żywot był krótki i błahy, więc niewart odnotowania we wspomnianych już periodykach, będących biblią pauperum tamtych, zgrzebnych lat. Kubizmem zachwycali się wszyscy. I futuryzmem z jego formistycznym odchyleniem w stronę ostrych cięć ludowego drzeworytu szkoły Skoczylasa wraz z ich bijącym w oczy kontrastem głębokiej czerni z oślepiającą bielą. W tej atmosferze dojrzewał Franciszek Bunsch i takie były początki jego sztuki: malarstwo pod silnym i wyraźnym wpływem postimpresjonizmu, lecz również skłonnościami do geometrii i kubizowania, do logicznego porządkowania świata zatem i poszukiwania proporcji, w których od starożytności ukrywa się piękno i doskonałość. Lub może inaczej nieco - doskonałość, do której zmierza każdy artysta i piękno, które jest jej ucieleśnieniem i najwyższą nagrodą.
   Mocna, geometryczna konstrukcja pojawia się więc w dziełach Bunscha. I trwa w nich, bardziej lub mniej widoczna, lecz zawsze jasna, racjonalna, niewymagająca tłumaczenia, bo oczywista dzięki swej nieubłaganej, gdyż wymiernej logice. Obok niej pojawiają się jednak kształty wyraziste co prawda, lecz o niejasnej i trudnej do zdefiniowania naturze. Zjawiają się i niepokoją skrytą w sobie tajemnicą. W sposób najzupełniej dosłowny, gdyż przybierają często postać draperii lub zasłony, kryjącej... Właśnie, co? Sacrum, tak, jak to czyniły kotary rozpięte za plecami karolińskich i ottońskich władców, czy może odwrotnie, wstydliwe profanum naszych uczynków i marzeń? Dobro, czy zło, przyszłość, czy przeszłość? A może kryją to, co najgorsze - nicość i pustkę, przed którą wzdraga się dusza ludzka? Franciszka Bunscha okrzyknięto więc nadrealistą, gdyż to właśnie lęk i niepewność buduje fascynujący klimat tego prądu. I niedopowiedzenia, w których rodzą się pytania. Te, których lękamy się choćby tylko sformułować i dopuścić do naszej świadomości.
   Czy jednak Bunsch jest istotnie nadrealistą i czy prąd ów, lub raczej - światopogląd i fagon d'etre może w ogóle wejść w komeraże ze swym zaprzeczeniem, jakim jest kubizm i jego pochodne? Ależ oczywiście, może. Przecież sam Picasso, papież i twórca kubizmu, czego się zresztą zrazu wypierał, współpracował z pismem surrealistów „Minotaur" i projektował nawet jego okładki, bo nadrealny świat rządzi się prawami identycznymi do reguł obowiązujących w świecie rzeczywistości empirycznej. Bunsch nie stosuje jednak automatycznej zbitki przedmiotów, a jego ambicją nie jest radykalna zmiana ludzkiej świadomości, do której dążyli przedstawiciele tego nurtu. Podobnie jak wyzbycie się pragmatycznego nastawienia do świata i bierne poddanie się swobodnemu prądowi przebiegających przez umysł obrazów, gdyż taka postawa jest sprzeczna ze żmudnym warsztatem i tym samym sposobem myślenia grafika. Z twórczością, wymagającą nieustannych korekt i długotrwałego cyzelowania każdej formy, a te czynności wręcz wymuszają refleksję i krytycyzm w działaniu i podejmowaniu decyzji. W jednym tylko Bunsch zgadza się z nadrealistami, a mianowicie w ich poglądach estetycznych, o których pisał Breton w pierwszym manifeście grupy: „cudowność jest zawsze piękna, wszelka cudowność jest piękna, tylko cudowność jest piękna". I warsztat, chciałoby się dodać i rygor kompozycji i uroda roboty plastycznej i biegłość kształtowania. Oraz to, co najtrudniejsze do uzyskania: owa, trudna do zdefiniowania, lecz wyczuwalna lekkość koncepcji i wykonania, sprawiająca wrażenie, jakoby dzieło powstawało samo z siebie, jakby czerni oddzieliły się spontanicznie od bieli i skupiły w mniej lub bardziej zagęszczone plamy, jakby więc wszystko, cała kompozycja, pozostawała jeszcze in statu nascendi, w trakcie formowania się na prawach natury. Nie można więc mówić w tym wypadku o „procesie wytyczonym realnemu światu", ani o „stopieniu się snu i jawy w rzeczywistość absolutną, jak kto woli - w nad rzeczywistość". W przeciwieństwie do oniryzmu, pojmowanego jako organiczne przekształcanie się form. W sztuce Bunscha drzewo przybiera antropomorficzne kształty, włosy zmieniają się w nagie lub pokryte liśćmi gałęzie, a skrzydlate skały upodabniają się do męskich torsów, formy organiczne mieszają się z geometrią. Wszystko może się pojawić i wydarzyć. Wszystko, poza chaosem, bo sztuka Bunscha jest ujęta w żelazny rygor kompozycji, tym trudniejszej, że dynamicznej, że pełnej krzyżujących się sił o diagonalnych na ogół wektorach, choć klasyczny pion i poziom złączone kątem prostym również się w nich niekiedy ukazują.
   Tym samym sztuki Franciszka Bunscha nie można jednoznacznie zakwalifikować i włożyć do stosownej szufladki. Poza jedną może: jest nią sztuka swojego czasu. Sztuka jego i tylko jego pokolenia, w której w różnych proporcjach odbijają się wszystkie tendencje artystyczne jakimiśmy się podówczas pasjonowali, i typowa dla tamtych dni bezinteresowna pasja tworzenia i dzielenia się swymi odkryciami: i Młoda Polska więc ze swym symbolicznym romantyzmem i zachłyśnięcie się logiką kubizmu i dominująca w latach 60. zwłaszcza sztuka metafory i szacunek dla warsztatu „krakowskiej szkoły metalu" i postimpresjonizm ze swą kolorystyczną kulturą i uwielbieniem światła, które w dziełach Bunscha pełni ogromną rolę. Bądź to dramatycznego chiaroscuro, ostrego kontrastu świateł i cieni budujące głębię i skomplikowane perspektywy jego grafik, bądź też łagodnego blasku modelującego miękkie krzywizny i wypukłości przedmiotów. Najczęściej jednak światło ma w dziełach Bunscha czysto emocjonalną rolę do spełnienia: puste, białe obszary papieru stają się - na wzór dalekowschodniej sztuki - dominantą kompozycji, jej najważniejszym i koncentrującym uwagę fragmentem, „momentem kontemplacyjnym", miejsce dla naszej już wyobraźni. Nie przypadkowo Franciszek Bunsch wygłosił wykład inauguracyjny pt. „Związki polskiego drzeworytu współczesnego z tradycją drzeworytu japońskiego", w którym cytował słowa Cze Tao (Chiny, ok. 1670 r.): „Ludzie sądzą, że malarstwo i rysunek polegają na oddawaniu form i podobieństwa. Otóż nie! Pędzel służy do tego, by wydobywać rzeczy z chaosu". I Bunsch je wydobywa. Nie tylko rzeczy zresztą. W większej mierze wydobywa swe myśli i uczucia. Niekiedy pokazuje je wprost, posługując się przejrzystą anegdotą bądź równie oczywistą metaforą. Częściej jednak pozostawia nam swobodę komentarza. Już w 1975 r. napisał przecież: „Czy odbiorcy należy udostępnić wszystkie elementy towarzyszące procesowi realizacji plastycznej, jeśli tylko to jest możliwe? Z jednej strony ułatwiając, jednocześnie ograniczałoby się aktywność i głębię odbioru. Obraz posiada strefy domyślne, często przez samego autora nawet nie w pełni uświadomione, jedynie zasygnalizowane poprzez daleką aluzję. Czy mamy prawo kłaść tamę wyobraźni, powstawaniu dalszych skojarzeń, które autor zapoczątkował, a widz winien rozwijać? Może odbiorca rozpoczynając tę drogę dojdzie do innej, lecz swojej Arkadii?"
   Tak, Bunsch jest nieodrodnym przedstawicielem swojego, świetnego pokolenia, nie stara się rzucić widza na kolana, nie chce go zakrzyczeć ani oszołomić. Nie pragnie wstrząsnąć jego sumieniem ani przerazić straszliwością stawianych przed oczy wyobrażeń, nie aspiruje do roli sumienia i moralności świata. Chce nas oczarować i - może - zaczarować wyobraźnią i urodą swych dzieł, ich nastrojem i wytwornością plastycznej roboty, precyzją kreski, subtelnością oszczędnie kładzionej barwy. I to mu się udaje. Z pewnym naddatkiem nawet - dzieła artysty, obojętne, drzeworyty, techniki metalowe czy obrazy, budzą w nas szacunek należny Meisterstuckom, rzeczom na mistrzowskim poziomie wykonania.
   Przed wielu już laty, pisząc o sztuce Bunscha, zaliczyłem go do „nurtu sztuki emocjonalnej, gdyż jego prace, niezależnie od stopnia deformacji oraz innych plastycznych zabiegów, zachowują ten sam klimat - właśnie dramatyzm, bo osobowość artysty, a nie motyw ma w dziele sztuki decydujące znaczenia..." i - jak zwykle w wypadku wybitnych artystów - nie muszę zmieniać swej opinii, choć mogę ją uzupełnić: otóż sztuka Bunscha jest znacznie głębsza, piękniejsza i bardziej inspirująca wyobraźnię, niż mi się to wówczas wydawało. Zaś przede wszystkim znacznie bogatsza w podteksty i możliwości odczytania.
   Dla tej właśnie przyczyny nie wolno jej oglądać w pośpiechu, pobieżnie i mimochodem, w niestosownym po temu nastroju. Te prace, podobnie, jak dzieła dawnych mistrzów sztuki powielanej, winny być przechowywane w tekach i oglądane w skupieniu. Po to, by nie uronić żadnego szczegółu, by je właściwie odczytać, by wejść w zawartą w nich poezję, odkryć związki łączące poszczególne ich elementy, rozłożyć je na czynniki pierwsze i znów złożyć w całość. A potem zadumać się. Głęboko.

,

   Franciszek Bunsch is a distinguished painter, an unusually astute graphic artist and theoretician of art, and an expert at narration.
   This ability to "tell stories", which once used to be common, gradually and slowly disappeared from 20th century art parallel to the departure from the theme and the literary narration of painting that could be expressed in words explaining the artist's idea and intentions. The phenomenon affected all fields of art except graphic art, and particularly the so-called "Cracow school of metal work" which term in the 1960s and 1970s applied to masterly copperplates, etchings and aquatints created under the auspices of the Academy of Fine Arts by such eminent artists as Srzednicki and Wejman and their followers, including Franciszek Bunsch who ranks among the best. The "Cracow school of metalwork" likes to tell stories like any other branch of art which strives to achieve the form with jeweller's precision, to recreate each detail and admire it and its craftsmanship. The rapture of artists who belong to the "school of metalwork" is of somewhat narcissistic nature and relies on pondering upon the perfection of the craftsmanship and its ability to conjure up any forms that the artist may desire. It is the same type of joy which once resulted in an "artistic duel" between two painters, Zeuksis and Parazjos and made young Giotto paint a fly on a still wet surface of the canvas of his teacher Cimabuo when he unsuccessfully tried to get rid of the insect. Illusionary art, the art misleading the eye springs not only from the desire to know and reproduce but from the sense of humour as well because it likes to give joy with the surprise and wonder that it conceals. It is true that nothing is as serious as the laughter of a wise man. Franciszek Bunsch likes to surprise spectators and enjoys astonishing them with some deeply hidden and insignificant details, with a dog's muzzle peeping out from under the table, or an eye staring from the corner of a jester's cap in place of a traditional and common little bell that can be expected at this spot.
   Franciszek Bunsch was born in 1926. This was a lucky year for our artists because they were doomed to live hard and turbulent lives and fated to gather experiences, difficult for next generations to comprehend, which in the end moulded their souls and characters. Lucius Seneka, who was not less severely tried, stated: " uninterrupted success will not bear any blow. But he who constantly struggles against his misery owes endurance to his suffering and will not relent to any evil, and even when he falls he will fight on his knees..." Bunsch's generation was particularly privileged in this respect. Obviously if we can include among privileges the pouring disasters known personally to me too because I belong to this generation. This generation is famous for the largest number of artists who created the so-called "museum canon" and whose works are in the collections of all respectable museums.
   The war, social realism, the Iron Curtain, separation from the great cultural centres in Western Europe condemned this generation to its individual search for the avant-garde in the art of the interwar period, to flipping through magazines like "The Artists' Voice" (Głos plastykow) and "Arkady", which contained only black and white reproductions, and to begging for prohibited publications in libraries until after 1956 the window to the West and all its novelties was finally opened. The novelties were usually "second hand" because only few artists could afford to travel. In most cases scholarships were not granted to those who deserved them most or needed them to develop themselves as artists. A travel abroad particularly to Paris used to ennoble and promote an artist that is why there were many who craved for it.
   In those years everybody missed modernity and everybody accepted it readily even when it was not first-quality. Paradoxically this abnormal or unfortunate circumstances of Polish art was a source of its power and the reason for success. Firstly, our artists had access through the interwar publications and such ambitious magazines as "Przekrój" which propagated the classicists of the avant-garde like Picasso, Leger and Klee, to art which already had truly strong theoretical bases. It was the art which shaped the consciousness of artists in the second and third quarters of the 20th century and has been the foundation of all artistic quests until today. The most influential trends were Cubism, Surrealism and Post-Impressionism as well as some elements of Futurism and Formism. Ephemeral phenomena did not reach Poland. And even when some of them did during the interwar period they were so short-lived that they passed unnoticed.
   Cubism was widely admired. Futurism with its formist-like sharp cuts likewise as is visible in folk woodcuts typical of Skoczylas's school characterized also by striking contrasts between profound black and dazzling white. Franciszek Bunsch grew up in such an atmosphere and such were the beginnings of his art. Namely, his was the painting influenced strongly by Post-Impressionism but inclined to geometry and Cubism, tending to organize the surrounding according to logic and searching for proportions, which since ancient times have stood for beauty and perfection. Obviously it was a quest for perfection which is the goal of every artist and for beauty which personifies it and is the ultimate reward. A strong geometric construction is a feature of Franciszek Bunsch's works. It is sometimes more and at times less visible but it is always clear, rational and comprehensible due to its impeccable logic.
   However side by side with logic there appear shapes which on the one hand are realistic but on the other unclear and hard to define. They are disturbing as they seem to conceal some mystery. They sometimes take the form of a drapery or a curtain which hide... What is it that they hide? Perhaps the sacrum, like the draperies hanging behind the backs of rulers in the past, or just on the contrary the profanum of our times and dreams? Good or evil, the future or the past? Or perhaps they conceal the worst - nothingness and emptiness - which the human soul fears most? Franciszek Bunsch was voted a Surrealist because it is this fear and hesitation that construct the fascinating climate of this trend. Also hints which give rise to questions which we are afraid to form and even admit into our consciousness. Is Franciszek Bunsch really a Surrealist and can Surrealism or rather its philosophy of life and the fagon d'etre get involved in the tittle-tattle with its contradiction, that is with Cubism and its derivatives? Yes, of course, this is possible. Even Picasso himself, who is the author and the highest authority on Cubism, cooperated with a Surrealistic magazine "The Minotaur" and designed covers for it. The surreal world is governed by laws identical with the laws binding in the empirical reality. Bunsch, however, does not create clusters of objects nor does he aim at a radical alteration of human consciousness like the true Surrealists did. He does not mean to renounce a pragmatic attitude to the world or submit passively to an unrestrained string of images produced by the brain because such an attitude is inconsistent with an arduous work and thinking process of a graphic artist. The work which requires continuous corrections and long elaborating of the form to perfection forces reflection and criticism in action and in the process of making decisions. Bunsch shares the Surrealists' view that was best expressed in the manifesto written by Breton: "marvellous nature is always beautiful, any marvellous nature is beautiful, only marvellous nature is beautiful". One would like to add that also the work, the discipline of the composition, the charm of labour, and the mastery of forming shapes, and on top of that the quality which is most difficult to achieve, namely the lightness of composition and effortlessness of the execution as if the work came into being by itself, as if black separated spontaneously from white and concentrated in darker of lighter spots, as if the whole composition was still in the process of formation according to the laws of nature. In this case we cannot speak of "the process that the real world undergoes" or of "the merger of dream and reality into the absolute reality that is surreality". In Bunsch's works the trees assume anthropomorphic shapes, hair changes into branches, naked or covered with leaves, the winged rocks resemble men's busts and the organic forms are mixed with geometric ones. Everything may appear and happen. Everything but the chaos because Bunsch's art is subjected to the iron rigour of composition, the order of which is more intricate because it is dynamic, full of vectors crossing diagonally and occasional classical vertical and horizontal planes joined at the right angle. Franciszek Bunsch cannot be categorized univocally. The only unmistaken fact that defines his art is that it is representative of its times and the artist's generation, and that it reflects all the artistic tendencies that fascinated his contemporaries. It is typified by a characteristic passion for creation and for sharing discoveries with others, including the enchantment with Mtoda Polska (Young Poland) with its symbolic romanticism, the logic of Cubism, the art of metaphor which dominated in the 1960s, the "Cracow school of metalwork" and Postimpressionism, characterized by its colouristic culture and admiration for the light playing such an important role in Bunsch's works. In his prints it takes the form of a dramatic chiaroscuro based on a sharp contrast between light and shade which builds depth and a complicated perspective, or a gentle radiance which models soft curves and swellings of objects. However, most frequently light plays a purely emotional role in Bunsch's works. Empty white planes, like in the art of the Far East, become the dominant element of the composition, its most important part, "the contemplative moment" and a space for imagination. It was not a coincidence that Franciszek Bunsch once gave a lecture entitled: "The links between contemporary Polish and traditional Japanese wood engraving" during which he quoted Cze Tao (China c. 1670): "People believe that painting and drawing rely on reproducing forms and similarities. That just is not true! A brush serves to get objects out of chaos". Franciszek Bunsch manages to reveal not only objects but also thoughts and feelings. Sometimes he shows them in direct way using a comprehensible anecdote or an obvious metaphor. More frequently though he gives viewers the freedom of interpretation. In 1975 he wrote: " Should one make accessible to a viewer all the elements that accompanied the process of creation of a particular piece of work? On the one hand this would make comprehension easier for the viewer but on the other would limit his perception. A picture possesses conjectural spheres of which even its author is not fully aware, and which are only hinted at in distant allusions. Do we have the right to stem imagination and the process of developing associations that the artist begins and a viewer should continue? Maybe in this way a viewer will reach his own Arcady? Bunsch is a true member of his generation. He does not try either to impress or dominate or bewilder the viewer. He does not intend to shock the viewer's conscience or horrify him with terrible images. It is clear that the artist does not aspire to the role of the world's conscience and the teacher of morality. What he wishes is to enchant the audience with his imagination and the beauty of his works, their atmosphere and the elegance of artistic effect, the precision of every line and the subtlety of colour. All his works, both wood engravings, prints and paintings arouse admiration and respect like all masterpieces of art and objects executed with absolute artistry.
   Many years ago I included Franciszek Bunsch among representatives of the "emotional trend in art because his works, regardless of the degree of deformation or other artistic measures, uphold the same climate, namely the drama. This is because it is the artist's personality and not the motif that are most important in a work of art...". I do not have to change my opinion today. I can only add that his art is more acute, more beautiful and more imaginative than I once thought. First of all its implications leave more space for interpretations. For that very reason Bunsch's works must not be viewed hurriedly, superficially or casually, or at an unseemly time. Just on the contrary, we should study them carefully and attentively so as not to miss any detail or meaning and in order to perceive their poetic climate, discover the relationships between their different components, dissect them into basic elements and put them together again. And then we should stop to muse upon them.


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   35 lat temu, w rok po objęciu pracowni drzeworytu na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie po profesorze Ludwiku Gardowskim, miała miejsce pierwsza - i jak dotąd jedyna - wystawa grafiki Franciszka Bunscha w krakowskim Pałacu Sztuki Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Nim jednak osiągnął samodzielność ukończył malarstwo i grafikę w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowniach profesorów: Eugeniusza Eibischa, Konrada Srzednickiego i Ludwika Gardowskiego, którego był asystentem od 1952 r. oraz odbył dwuletni staż w Pradze w tamtejszej Akademie Výtvarných Uméni. Począwszy od 1951 r. brał udział w 15 międzynarodowych wystawach od Japonii poprzez Australię, Holandię, Hiszpanię, Kanadę aż po ZSRR i Szwajcarię oraz MTG w Polsce. W Akademii Sztuk Pięknych, z tytułem profesora zwyczajnego od 1990 r., pełnił przez dwie kadencje funkcję prorektora w latach 1972-75, 1984-87.
   Współuczestniczył w organizowaniu ponad 22 swoich indywidualnych wystaw krajowych i zagranicznych. Odbył wiele zagranicznych podróży stypendialnych i służbowych po Europie. Dwanaście razy otrzymywał nagrody i wyróżnienia - pierwszą w 1951 r., a ostatnią w 1999 r. na Międzynarodowym Biennale Grafiki Cuprum VIII w Lubinie.
   Nazwisko i pozycja artystyczna pana profesora Franciszka Bunscha były mi znane od wczesnych lat 80., z pamiętnych rozmów z moim przyjacielem prof. Jackiem Gajem, w jego pracowni na Lenartowicza, ale los zetknął nas dopiero w drugiej połowie 2000 r. Wówczas obaj braliśmy udział jako „Członkowie Założyciele" w pracach założycielskiego Komitetu Stowarzyszenia Przyjaciół Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, od pierwszego do ostatniego zebrania w dniu 20 listopada 2000 r.
   Pan profesor był zawsze znakomicie, bodaj najlepiej z nas wszystkich, przygotowany do rozmów, dociekliwy, konsekwentny, precyzyjny, ale gotowy do uzasadnionych kompromisów, elegancki, kulturalny. Spotkania i rozmowy z profesorem Franciszkiem Bunschem należały do tych, co to się pamięta latami.
   Podczas jednego z pierwszych zebrań w Sali Senackiej ASP, zaproponowałem Profesorowi zorganizowanie retrospektywnej wystawy jego prac w Pałacu Sztuki w III tysiącleciu, na 100-lecie Pałacu, w maju 2001 r. Zgodził się bez wahania, a w kilka dni później, podczas spotkania w Pałacu Sztuki ustaliliśmy termin, zakres projektu i „machina ruszyła"...
   Dzisiaj, 11 maja 2001 r., o 13:30 odbył się wernisaż wystawy grafiki profesora Franciszka Bunscha, jednej z pięciu na 100-lecie Pałacu Sztuki, ale jedynej z udziałem twórcy, znakomitego artysty, którego prace są w muzeach Polski i Europy.
   Dziękuję panu panie profesorze za uświetnienie naszego jubileuszu swoją retrospektywną wystawą grafiki w Pałacu Sztuki Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie.
   Życzę zdrowia i dalszych sukcesów artystycznych profesorowi Franciszkowi Bunschowi, znakomitemu przedstawicielowi rodzinnego, artystycznego klanu rodziny B.

                                                                                                                                          Zbigniew Kazimierz Witek

,

   It is 35 years since Pałac Sztuki (Palace of Art) hosted an exhibition of Franciszek Bunsch's prints for the first and only time. This happened a year after he took over the studio of wood engraving at the Department of Graphic Art at the Academy of Fine Arts in Cracow following Profesor Ludwik Gardowski's retirement.
   Before Franciszek Bunsch became a full-fledged artist he completed his studies of graphic art under the guidance of Prof. Eugeniusz Eibisch, Prof. Konrad Srzednicki and Prof. Ludwik Gardowski (whose assistant he became in 1952) at the Academy of Fine Arts in Cracow. Then, he underwent two-year training at the Akademie Výtvarných Uméni in Prague.
   Since 1951 he has taken part in 15 international art exhibitions in different countries including Japan, Australia, Holland, Spain, Canada, the Soviet Union, Switzerland and Poland. In 1990 Franciszek Bunsch was conferred on the title of full professor. He held the post of the Rector of the Academy of Fine Arts in Cracow for two terms of office in the years 1972-1975 and 1984-1987.
   Franciszek Bunsch's works were presented at his 22 individual exhibitions in the country and abroad. He also took many journeys around Europe both as a holder of scholarships and an independent tourist. He received 12 prizes and awards in all. He won his first prize in 1951 and the most recent one at the International Print Biennial Cuprum VIII in Lubin 1999.
   I have known Prof. Franciszek Bunsch's name and artistic standing from the early 1980s. At that time I used to visit Prof. Jacek Gaj, my friend of many years, and enjoy long talks with him at his studio in Lenartowicza Street. I finally met Prof. Bunsch only in the second half of the year 2000. We took part, as members-founders, in the gatherings of the Founding Committee of the Society of the Friends of Fine Arts in Cracow, the last of which was held on 20 November 2000. I remember how Professor Bunsch was always well-prepared for our discussions, and how impressed I was with his precision, inquiring disposition, and consistency but also his readiness for compromise, elegance of arguments and gentlemanliness. Meetings and talks with Prof. Bunsch belong to memorable experiences.
   During one of the initial gatherings at the Senate Hall at the Academy of Fine Arts I suggested that we prepare a retrospective exhibition of Franciszek Bunsch's works at Pałac Sztuki (Palace of Art) at the outset of the third millennium and on the occasion of the 100th anniversary of the Palace in May 2001. He agreed willingly and a few days later we discussed in details the date and the scope of the project.
   Today on 11 May, 2001 at 1:30 p.m. an exhibition of Prof. Franciszek Bunsch's prints was opened. And although four other exhibitions are scheduled to commemorate the 100th anniversary of Pałac Sztuki (Palace of Art), today's show is the only one personally attended by the author of the displayed prints, an outstanding artist whose works are in the museum collections in the country and abroad. In the name of the Society of the Friends of Fine Arts I would like to thank Professor Bunsch for honouring the occasion of our jubilee by his participation. I wish this distinguished representative of the Bunsch artistic clan further artistic achievements, health and the best of luck.

                                                                                                                                           Zbigniew Kazimierz Witek


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Bunsch jest rozmiłowany w walorach warsztatu graficznego. Sięga po coraz to nowy materiał, eksperymentuje, obdarza kultem to tworzywo, które w danej chwili najdoskonalej go wyraża, którego przymioty są bardziej istotne dla jego odczuwania. Kult ten otwiera Bunschowi szeroką drogę eksperymentowania; narastające zaś doświadczenia techniczne tworzą grafikę, zdolną bez ograniczeń wyrażać koncepcję artysty.
   Halina Chrostowska, z recenzji, 1966
   
   Wydaje mi się, że właśnie poezja jakby „pisana" grafiką jest cechą twórczości Bunscha i czynnikiem inspirującym rozwiązania formalne. Nie łączyłbym jednak tych poszukiwań ani z surrealizmem (chociaż jednak tak postąpić można w myśl najogólniejszych, schematycznych zaszeregowań) ani z jego popularną w Polsce odmianą nazywaną „sztuką metaforyczną", pod które to pojęcie wszystko przecież można podciągnąć i dlatego straciło swój sens wyróżniający. Wolę więc po prostu mówić o poezji prac Bunscha zawartej w przedstawianiu faktów, przypadków, roślin, owadów itd. (podpowiadają to tytuły poszczególnych grafik lub całych serii).
   Stefan Gierowski, z recenzji, 1981
   
   Treścią prac Bunscha jest przede wszystkim człowiek, bardzo często w sytuacji nacechowanej wewnętrznym dramatem, nosicielem dramatu bywa zarówno postać ludzka, jak i to co znajduje się w jej bezpośrednim zasięgu: rzeczy, przedmioty, rekwizyty codzienności. Dramaturgia ta układa się w pracach Bunscha wg reguł swoistego teatru: jego aktorzy nie tylko przybierają maskę, wkładają kostium, sięgają po rekwizyt, ile sami stają się maską, kostiumem, rekwizytem. Dzieje się tak za sprawą deformacji podporządkowanej metaforycznemu wyrażeniu treści.
   Andrzej Pietsch, z recenzji, 1981
   
   Ryciny Bunscha to jakby przypowieści, zawierające osobistą wymowę filozoficzną. Nie są to li tylko spontanicznie narzucające się wizje; są one bowiem przemyślanym wyborem i kompozycją motywów i kształtów, realnych i imaginowanych, obdarzonych szczególną funkcją znaczeń. Bywają dla niewtajemniczonych zagadką intelektualną, grą przekory artysty przymuszającego do odgadywania utajonego sensu. Przemawiają do naszej wrażliwości zjednującym językiem kunsztownej formy, ta zaś nigdy nie pobrzmiewa fałszem, w którym sprawy zwykłe i irracjonalne mogłyby stać się pospolitym komunałem.
   Ignacy Trybowski, Krakowskie Rozmaitości Kulturalne KRAK, Nr 14, 1987
   
   ...bliższe prawdy byłoby chyba zaliczenie - jeśli jakakolwiek klasyfikacja wybitnych artystów ma sens - Bunscha do nurtu sztuki emocjonalnej, gdyż jego prace, niezależnie od stopnia deformacji oraz innych plastycznych zabiegów, zachowują ten sam klimat: właśnie dramatyczny, bo osobowość artysty, a nie motyw ma w dziele sztuki decydujące znaczenie.
   Jerzy Madeyski, Życie Literackie, Nr 51-52, 1987   
   Twórczość Franciszka Bunscha jest typowa dla twórczości jego pokolenia. Urodzeni w latach dwudziestych świadomie już przeżyli wojnę i przeobrażenia światopoglądowe, które przyspieszyły rozwój intelektualny i duchowy. Refleksje nad światem, akceptacja siebie samego, swojej „samotności", potrzeba zostawienia po sobie „śladu", rozmowy wewnętrznej - wpłynęły na twórczość. Poetycka natura Bunscha spowodowała, że najbliższe są mu wartości duchowe człowieka niż intelektualne dywagacje nad formą. Oczywiście wpłynęło na tę postawę również otoczenie, szkoła, ludzie, aura Akademii. Bunsch jest typowym przedstawicielem krakowskiej szkoły graficznej, która preferuje wypowiedź nie wprost, operując symboliką znaków, metaforą, swoistą ekspresją i filozofią...
   Leszek Rózga, z recenzji, 1989,    Bunsch is an ardent enthusiast of the possibilities that graphic art affords. He constantly exploits new materials, makes experiments, worships the material which at a given moment he finds the most perfect medium of expression and most essential for his artistic sensitivity. This worship opens for Bunsch many experimental paths and the experience acquired on the way result in works of art which express unrestrainedly the artist's concepts.
   Halina Chrostowska, review, 1966
   
   "It seems to me that poetry as if "written" with graphics is a characteristic feature of Bunsch's art and a factor which inspires formal solutions. However I would not link the artist's search either with Surrealism (although it would not be incorrect according to the most general and schematic definitions) or with its variety called "metaphoric art", which is so popular in Poland, because this notion includes so many different phenomena that it has lost its distinguishable characteristics. That is why I prefer to speak about the poetic character of Bunsch's works which is expressed by the way of presenting facts, events, plants, insects, etc. (titles of particular prints and whole series indicate it).
   Stefan Gierowski, review, 1981
   
   Man is the essence of Bunsch's works. He is frequently the hero of situations permeated with drama. The medium of drama can be a human body but also objects which surround it. The dramaturgy of Bunsch's works follows the rules of a specific theatre; his actors do not only put on masks, costumes and use props but they themselves become masks, costumes and props. Deformation serves as a metaphoric expression of the essence.
   Andrzej Pietsch, review, 1981
   
   Bunsch's plates resemble parables containing the artist's philosophy. They are not solely spontaneous visions. They result from conscious choices. They constitute deliberate compositions of real and imaginary motifs and shapes, which have special meanings. They may be intellectual riddles for the uninitiated whom the artist forces perversely to guess the meaning hidden in them. They appeal to our sensitivity with their masterly form which is never false due to which neither common nor irrational subjects it expresses are ever banal.
   Ignacy Trybowski, Krakowskie Rozmaitosci Kulturalne KRAK, No 14, 1987
   
   ... it would be more true to classify Bunsch - if any classification of outstanding artists is reasonable at all - as a representative of emotional trend in art because his works, irrespective of the degree of deformation or other artistic measures by which they are typified, have such dramatic climate. It is the artist's personality but not the motif which defines a work of art best.
   Jerzy Madeyski, Zycie Literackie Nos 51, 52, 1987
   
   Franciszek Bunsch's artistic output is typical of his generation. His contemporaries were born in the twenties, lived through the hardship of the 2nd World War, and experienced transformations of their outlooks on life which stimulated their intellectual and spiritual development. Bunsch's works are influenced by the artist's reflection on the world, the acceptance of himself and his "loneliness", the need to leave a "trace" behind and the necessity to carry on an internal dialogue. Bunsch's poetic nature focused on spiritual values of man rather than on an intellectual discussion on the form. Obviously his attitude was also modified by his background, school, people, and the aura of the Academy. Bunsch is a typical representative of the Cracow school of graphic art which prefers indirect communication, and makes use of symbolism, metaphor, special expression and philosophy...
   Leszek Rozga, review, 1989
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Największy polski rzeźbiarz, a jednocześnie nauczyciel Bronisława Chromego, Xawery Dunikowski zwykł mawiać, że rzeźba "zrobiona na uczucie" może olśnić, natomiast rzeźba zrobiona "na rozum" trwa.
   Młody Chromy zrozumiał prawdziwy sens przesłania starego Mistrza. Ten, że dobra, czyli ponadczasowa rzeźba, musi łączyć w sobie wiele różnorakich czynników, że sama emocja, samo drgnienie serca, inspiracja, obojętnie zresztą jak owo zjawisko nazwiemy, nie wystarcza na stworzenie dzieła pisanego z dużej litery, że każdy emocjonalny impuls musi być okiełzany, lecz i wzmocniony myślą poprzez wprowadzenie logicznego ładu w gorącą zapewne, ale również chaotyczną burzę doznań.
   I rację miał sędziwy mistrz, bo czyż sztuka nie jest w pierwszym rzędzie porządkiem myśli, uczuć i form użytych do ich wyrażenia?
   I czyż jeszcze w starogoreckiej filozofii uporządkowany kosmos nie był przeciwstawiany bezładnemu chaosowi i czyż to nie kosmos był piękny właśnie dzięki swemu porządkowi?
   A Chromy od początku swej drogi twórczej dąży do piękna. Tego specyficznego rodzaju piękna, dla którego genialny w swej precyzji język grecki ukuł termin kalokagathia, łączący w sobie piękno prawdy i prawdę piękna zarazem.
   Od niepamiętnych czasów też sztuka jest językiem międzyludzkiego porozumienia. Zaś porozumienie -to system kodów, to słownik, z którego można budować pełne zdania. To zarazem zdolność przekonywania, zainteresowania odbiorcy i udowadniania swych racji wszelkimi dostępnymi artyście i godnymi go metodami.
   Z bogatego i wciąż bogatszego wokabularza sztuki Chromy wybrał dwie zasadnicze metody: świeżość odkrywczego skojarzenia i piękno, o którym już była mowa. Giętkość myśli zatem, wspartą o szerokie pole penetracji intelektualnej i wrażliwość, płynącą z emocjonalnych kręgów percepcji rzeczywistości oraz pewną intymność przekazu.
   Chromy nie stara się rzucić odbiorcy na kolana, oszołomić go monumentalną skalą i ciężarem swych dzieł. Woli spokojną perswazję, woli przekonywać i budzić sympatię, niż przytłaczać, szokować i przerażać. Te i tylko te czynniki pozostają w sztuce Chromego niezmienione od trzydziestu już lat.
   Zmienia się natomiast cała reszta: stosunek do przestrzeni, to zatem, co determinuje pojmowanie rzeźby, koloryt, i -przede wszystkim -wymiar, oscylujący od niewielkich medali, poprzez toreutykę, czyli rzeźbę miniaturową, rzeźbę galeryjną wszelkich formatów, aż po kompozycje pomnikowe.
   Zaś rozmiar jest równie ważnym i autonomicznym środkiem wyrazu jak kształt, układ działających w rzeźbie sił, faktura powierzchni i na koniec barwa, jako że rzeźby nie można dowolnie zmniejszać lub powiększać bez dokonania uszczerbku w jej najbardziej elementarnych założeniach formalnych i wyrazowych.
   We wszystkich tych zaś, nader sobie odległych, poczynaniach artysta czuje równie swobodnie i więcej nawet -potrafi przerzucać się bezpośrednio z myślenia i odczuwania kategoriami płaskiego, intymnego medalu w przestrzenny układ syntetycznego z natury rzeczy pomnika. Rutyna zawodowa, czy instynkt rasowego rzeźbiarza? Jedno i drugie zarazem, bo czyż to nie ćwiczenie tworzy mistrza?
   „Profesor Bronisław Chromy -pisze p. Barbara Skałbania w rozdziale rozprawy naukowej pt. „Inspiracje twórcze profesora Bronisława Chromego” -poszukuje inspiracji analizując naturalny kształt rzecznych otoczaków. Sama natura podsuwa mu temat pracy... zróżnicowane fakturalnie fragmenty różnych skał, oblane metalem, przeistaczają się w osobliwe bibeloty, baranki, pawie, kaczki, kosmiczne kukułki i inne.
   Innym źródłem inspiracji profesora są problemy kosmologiczne, konstelacje, układy gwiezdne, przedstawienia ruchu, zawirowań światła. Efektem tych zainteresowań są takie rzeźby, jak „The birth of the green planet”, „The cosmic turmoil” i in.
   Ascetyczny rysunek gotyckich przedstawień Chrystusa na krzyżu, cierpiących kobiet o charakterystycznych, długich palcach, wysokich czołach, jest kolejnym źródłem inspiracji artysty... W rzeźbach Bronisława Chromego często pojawiają się postacie uskrzydlone -anioły. Ikar, Chopin oraz liczne orły, ptaki itp.”
   Ponadto autorka wymienia gotycki łuk, jako inspirację podziału gotyckich w rysunku medali czy drzwi i parę jeszcze innych „zawidzeń”, czy też -używając terminologii Strzemińskiego – „powidoków”.
   Być może. Być może istotnie Chromego inspirują kamienie i gotyk i kosmiczna próżnia i skrzydła i ruch ciał niebieskich. Lecz mimo to mniemać należy, że to raczej inspiracje poszukują Chromego, dla którego wszystko jest inspiracją. W pierwszym zaś rzędzie, własne wnętrze, własna osobowość oraz jej materialny obraz w dziełach, bo własne dzieła inspirują go do dalszych poszukiwań, czy też raczej nowych komentarzy do myśli zamkniętej już w twardym materiale. Stad bierze początek olbrzymia rozpiętość motywów i treści -od podniosłych i wielkich, po drobne, od grozy po uśmiech. Bo czyż w myśl popularnego powiedzenia artysta nie jest człowiekiem, który „robi coś z niczego”?
   U Chromego wszystko zaczyna się od skojarzenia, od znalezienia sposobu na wyrażanie treści, od poszukiwania drogi do zamknięcia swych myśli i uczuć w możliwie prostym i najbardziej przekonywującym znaku o wszelkich znamionach oczywistego symbolu. Tym samym Chromy wymyka się klasyfikacji Margit Rowell, która podzieliła inspiracje rzeźby nowoczesnej na płynące z natury, wiedzy i samej sztuki, przy czym owo ostatnie źródło wysunęło się w badaniach Rowell na miejsce pierwsze.
   Inspiracje Chromego są bowiem niejednorodne i powstają w nader sobie odległych, bądź nawet przeciwstawnych sobie regionach. Niekiedy, jak w przemienionych w miękkie i ciepłe korpusy zwierząt rzecznych otoczakach, skojarzenie to jest czysto zmysłowej i formalnej natury; istotnie, chropawy i porowaty granit przypomina nieco skłębioną wełnę owiec, a nawet spłukane erozją wieków główki kamiennych aniołów, zaś wir rozpędzonych okręgów będzie się zawsze kojarzył z ruchem, z potęgą materii, obojętne czy będą nią krążące po orbitach globy, czy dążący ku nieodległej już mecie kolarze.
   Niekiedy jednak skojarzenia Chromego wymagają od widza pewnego zasobu wąskiej, specjalistycznej niejako wiedzy, jak w owym sławnym medalu, w którym dłoń Boga Ojca daje pędzel wznoszącej się w błagalnym geście dłoni artysty. Tylko ten bowiem, kto zna scenę stworzenia Adama w Sykstyńskiej kaplicy -i to zna ją w drobnych nawet szczegółach -potrafi zrozumieć i ocenić niezawodną precyzję myślenia artysty; to że talent jest darem równym życiu i że został on, jak życie, człowiekowi dany oraz to, że jest on równie cenny jak życie i podobnie jak życia nie można go zmarnować ani mu szkodzić.. Nie trzeba chyba dodawać, że Chromy nie zmarnował swego talentu.
   Ten jego medal czcił jubileusz 150 lecia macierzystej uczelni, czyli krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, zaś pierwowzór jego „Owieczek” pasie się na gazonie Wyższej Szkoły Rolniczej. I tak można dojść do kolejnej cechy charakterystycznej Chromego -do jego wyczucia odbiorcy, do umiejętności wejścia w jego psychikę i zrozumienia jego zdolności percepcyjnych.
   Być może z tej właśnie przyczyny Chromy nigdy nie wszedł w ramy któregoś z jakże licznych, awangardowych nurtów artystycznych, gdyż te niejako apriorycznie zakładały niezrozumienie ich przez masowego odbiorcę, bo czymże innym było przeświadczenie o „wyprzedzaniu epoki”, o wyprzedzaniu jej gustów i świadomości?
   Chromy jest twórcą swojej epoki tak właśnie, jak byli nimi wielcy nowatorzy renesansu czy baroku, czyli czasów, w których pojęcie "awangardy" jeszcze nie istniało. Tym samym Chromy, jak jego poprzednicy, korzysta z wiedzy i doświadczeń wszystkich minionych epok, czerpiąc z arsenału sztuki wszystkich okresów jej trwania i wszystkich kontynentów, na równi z własną wyobraźnią, zaś jego sztuka jest funkcją i logiczną wypadkową wszystkich owych uwarunkowań.
   Że zaś Chromy jest twórcą wolnym i niczym, żadnymi uwarunkowaniami nieograniczonym -robi tylko to, co mu rozum, serce i dobry smak nakazują.
   I - przedziwnym paradoksem sztuki - czas przyznał rację jego przekonaniom. Coraz bardziej obrazoburcze i hermetyczne poczynania awangardy zawisły w próżni. Gwałtownej weryfikacji zostały poddane hasła „należy oddzielić pojęcie obrazu (sztuki) od pojęcia piękna”, podobnie, jak „jedna maszynowa śrubka jest dla nas cenniejsza od wszystkich soborów Kremla”, „spalić Louvre”, a nawet postulat Duchampa, że to artysta decyduje o tym, co jest dziełem sztuki. Upadła teza desakralizacji istoty sztuki poprzez podniesienie do jej rangi całej sfery profanum, całej brzydkiej i trywialnej ikonosfery i ikonostrefy naszej codzienności.
   Gwałtowny bunt transawangardy zwanej u nas Nowymi Dzikimi przewartościował wszelkie teorie awangardy. A może inaczej -pozostawił je na uboczu i poszedł dalej. Scalił to co zostało rozbite, sięgnął, może aż nazbyt śmiało, po spuściznę wieków. Sztuka jęła w przyspieszonym tempie powtarzać swój własny rozwój, a piękno jako jej niezbędny atrybut, bądź nawet istota, powróciło w chwale na swe filozoficzne i estetyczne miejsce. Sztukę opanował postmodernizm, nadzwyczaj obszerne pojęcie, w którym pomieścić się może i mieści się wszystko. Jednocześnie został znów nawiązany kontakt i dyskurs z masowym odbiorca, co poświadczają trudne zarówno do podważenia, jak wiarygodne, lub raczej - niewyobrażalne, choć prawdziwe liczby; na Manhattanie, owym centrum sztuki światowej, ilość galerii, wystaw, a także dzieł pokazywanych wzrosła w latach 1970-1990 aż ośmiokrotnie. W całych Stanach Zjednoczonych było w latach 60 tych i 70 tych 600 000 ludzi deklarujących się jako artyści, zaś na początku lat 80 tych liczba ta wzrosła do miliona.
   A Chromy jest jeden i natychmiast rozpoznawalny, obojętnie czy rzecz dotyczy medalu czy pomnika. Czemu? Krytyk i historyk sztuki może tylko bezradnie rozłożyć ręce lub uciec w świat filozoficznych dysertacji, których sens można zawrzeć w kilku banałach: bo jest niepowtarzalny, jedyny w swoim talencie, niemożliwy do podrobienia. Lecz czy słowo „banał” nie oznacza również - a może nawet w pierwszym rzędzie -powszechnie znany, oczywisty, nie wymagający dowodu?
   Dziwna i zaskakująca jest ewolucja, gdyż tylko o doskonalącej arsenał środków wyrazu ewolucji w rozwoju jego sztuki można mówić, choć niekiedy nagłość jej przemian sprawia wrażenie rewolucyjnych zmian. Zatem dziwna i zaskakująca wydawać się może ewolucja twórczości Bronisława Chromego. Od rzeźb powstałych pod okiem Dunikowskiego, mistrza secesyjnej, płynnej formy i postkubistycznego spiętrzenia brył, przeszedł jednym krokiem do surowej grafiki statycznego Cyklu oświęcimskiego, do odmaterializowanych w swej srebrzystej poświacie znaków cierpienia, by drugim krokiem wejść w organiczne kształty swych kapitalnych w ruchu zwierzaków.
   Kolejny krok zaprowadził Chromego ku postrzępionym krawędziom kosmicznych torów, lecz i podobnych im ptasich piór zarazem, by po drodze niejako zahaczyć o delikatny relief malarskich medali oraz ich monumentalną odmianę w postaci brązowych drzwi kościelnych.
   Chromy bez widocznego trudu przechodzi od ascezy do bogactwa, od skrótu myślowego do narracji, od monochromu nieprzetworzonego materiału do gamy barwy zielonej.
   Normalnym więc wydaje się sięgnięcie po farby i pędzel, bo Chromy nie jest w najgłębszych pokładach swej wrażliwości wyłącznie rzeźbiarzem, jest artystą, poszukującym wizualnego kształtu dla swych odczuć i myśli. Zresztą przed laty, gdy wstępował na ASP, proponowano mu wydział malarstwa. Chromy nie posłuchał rad, gdyż malarstwo nie zgadzało się jakby z jego wyobrażeniem o twórczości. „Wielki i silny chłop – powiedział -machający jak panienka leciutkim pędzlem? Jak by to wyglądało?”
   Lecz od początku, od delikatnej, srebrzysto szarej tonacji i zjawiskowych postaci oświęcimskiego cyklu poprzez ciepły róż i ugry łączonego z metalem granitu i patynowane brązy -barwa odgrywa w jego sztuce rolę ważną i szczególną. Rolę emocjonalnego dopowiedzenia treści, boć przecież barwa jest w pierwszym rzędzie nośnikiem uczucia.
   Nie powinno więc dziwić zainteresowanie artysty malarstwem, traktowanym nie tylko jako dyscyplina dopełniająca, czy uzupełniająca więc niejako drugorzędna. Malarstwo jest dla Chromego światem samoistnym i autonomicznym, czyli rządzącym się swoimi własnymi prawami. Nie przenosi na płaszczyznę reguł rzeźbiarskiej gry, w tym zwłaszcza jakże dla sztuki trójwymiarowej właściwych mocnych podziałów i ciążeń.
   Przeciwnie, jego obrazy operują wyłącznie światłem wewnętrznym i jednakim z nim lekkim, jakby z pod płaszczyzny obrazu emanującym kolorem.
   Bo Chromy z całą świadomością nawiązuje do nurtu panującego w jego akademickiej młodości, do bonnardowskiego postimpresjonizmu jakiemu hołdowali wszyscy niemal nasi wybitni malarze tamtych lat i który po dziś determinuje nasze malarstwo, narzucając mu jakże typową kulturę zestawień barwnych i pewną wytworną powściągliwość w wyrażaniu uczuć, zaś w każdym razie niechęć do wszelkich brutalizmów. Czyż zresztą nie były malarskimi od początku medale artysty lub nawet szerzej -cała nasza szkoła lanego medalu, której Chromy był ważnym współtwórcą? Gdyż lany i patynowany medal nie jest w sensie dosłownym malarski i zwłaszcza do niego odnosi się termin „relief pictural”.
   O Bronisławie Chromym można pisać bez końca. Można cytować jego kapitalne wypowiedzi, jak choćby tą o polskim medalu właśnie, w którym „osiągnęliśmy sukces dzięki brakowi tradycji w tym względzie, jako że tradycja, choćby i najszczytniejsza, hamuje inwencję i krępuje swobodę młodych twórców. A nasi medalierzy bez oporów i lęków, na wzór ucznia czarnoksiężnika, wypuszczali niszczycielskie siły. Efektem ich działania były niespotykane gdzie indziej przeprucia lub przechodzenie obrazowej narracji na drugą stronę medalu.”
   Można mnożyć przykłady artystycznej i cywilnej -co zresztą się ze sobą często pokrywa -odwagi w podejmowaniu ryzyka, pisać o nieustępliwości, nonkonformiźmie i wielkiej pracowitości Chromego. Można przytoczyć zdanie naukowca, udowadniającego przy pomocy całego aparatu badawczego psychologii tezę, że Chromy jest człowiekiem niejako „skazanym na sukces”. Można. Lecz po co, skoro to co najważniejsze i tak umknie słowom i najbardziej nawet intelektualnie wysublimowanym analizom.
   A jest nim jakże rzadko dziś w sztuce spotykany optymizm i życzliwość, jakimi emanują wszystkie dzieła artysty. Nawet tam, gdzie Chromy oskarża, nawet tam, gdzie mówi o cierpieniu i zbrodni -wierzy w dobro i jego zwycięstwo, wierzy w zwycięstwo dobrego człowieka nad mrocznymi siłami zła. Jego sztuka jest ciepła i ciepłem swym budzi otuchę, że nie wszystko stracone, że mylą się katastrofiści wieszczący koniec sztuki i świata i nie mają racji posępni sędziowie naszej rzeczywistości.
   Wierzę Chromemu i jego sztuce.
   

                                                                                                                                                  

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Bronisław Chromy jest twórcą uniwersalnym. Bez widocznego trudu przechodzi od ogromnych pomników do rzeźby parkowej i galeryjnej, a od niej do niewielkich medali. Od syntezy myśli i formy więc, będącej istotą wszelkiego monumentalizmu do intymności medalu i jego metafory oraz narracji, bo medal lubi opowiadać, lubi być odczytywany i lubi zaskakiwać niespodziewaną pointą lub niby to od niechcenia wtrąconym szczegółem. To prawda tak oczywista, że aż banalna, no bo któż nie zna Chromego i kto nie widział jego rzeźb w całym ich bogactwie i fantazji rozwiązań?
   Chyba najbardziej jednak zarówno przez artystę jak odbiorców lubianym motywem jego twórczości są zwierzęta, choć najchętniej użyłbym w stosunku do nich terminu „zwierzaki” dla ich wręcz domowej swojskości. Bogata w gatunki fauna Chromego nie należy bowiem do dzikiej i nieokiełznanej, więc przez to nieco obcej natury, lecz naszego najbliższego otoczenia. Jej przedstawiciele nie plasują się zatem pośród krwiożerczych lwów, tygrysów lub krokodyli, lecz życzliwych światu i ludziom psów i kotów, wśród naszych domowników, żyjących obok nas i wraz z nami na prawach członków rodziny. Niekiedy bardzo ważnych w domowej hierarchii lub najważniejszych nawet.
   Lubimy je więc i rozpoznajemy na pierwszy rzut oka, choć uczony zoolog dopatrzyłby się w nich wielu odstępstw od naukowego wzorca, gdyż Chromy deformuje swoje modele z pasją rzeźbiarza, acz również życzliwością człowieka kochającego wszak to, co biega, lata, łazi, skacze, macha ogonem i ociera się miękko o nogi lub trąca wilgotnym nosem dłoń z prośbą, ba, kategorycznym żądaniem należnej mu przecież pieszczoty.
   Lecz różne odcienie deformacja przybrać może. Może idealizować bądź zohydzać, może powiększać lub pomniejszać, zmieniać proporcje, może wszystko w zależności od rodzaju wyobraźni artysty i jego stosunku do modela zarazem.
   Chromy deformuje na ogół w dwojaki sposób: pierwszym jest idealizujące podkreślenie urody wziętego na rzeźbiarski warsztat stworzenia, a drugim jego antropomorfizacja, co nie wyklucza jednoczesnego wstępowania obu metod w jednym dziele. Prawdziwy, żywy bażant może a nawet powinien pozazdrościć swemu rzeźbionemu wizerunkowi splendoru jego ogona, podobnie rzecz się ma z pawiem czy rybą o niespotykanej w naturze gibkości i urodzie ruchu; koty Chromego są po kociemu miękko -nadęte, lecz jakby nieco wdzięcznej od żywych oryginałów, a sowy i inny latający drobiazg bardziej pierzasty i piękniej ustrojony.
   Tym jednak, co nas chyba najbardziej w zwierzakach Chromego pociąga jest nadanie im przez artystę cech ludzkich, czyli wspomniana już antropomorfizacja właśnie. Żaby Chromego są kokieteryjne jak nasze panie i jak one uwodzicielskie, a pawie pysznią się swoją urodą jak ekranowi amanci i herosi, psy kroczą z godnością dyplomatów, którymi skądinąd bywają, a bataliony są zadzierzyste jak mali chłopcy z ich rytualnym "chcesz się bić?!"
   Chromy jest rzeźbiarzem, a rzeźba -to pion, poziom i ciążenie konkretnej materii: chropowatego granitu i gładkiego lub ostrego jak kolce brązu, to ascetyczna tonacja monochromów i niemal wyczuwalne wektory działających w bryle sił. Lecz Chromy jest również malarzem i to malarzem szczególnego rodzaju. Tym, który potrafi przemienić kolor w barwną mgłę i odebrać za jej pomocą malowanemu fragmentowi rzeczywistości jego przedmiotowość po to, by przemienić ją w ulotną feerię świateł. Znów więc Chromy sięgnął krańca, podobnie, jak to uczynił w rozmiarach rzeźb i znów mu się udało, bo udaje mu się wszystko. Z tej, być może, przyczyny, że robi wyłącznie to co lubi. Lecz to, podobnie, jak kwestia jego talentu i wyobraźni dalece wykracza poza ramy tego króciutkiego tekstu, w którym można już tylko na zakończenie stwierdzić, że zarówno konkretne i namacalne, bo rzeźbione zwierzaki, jak ich ulotne, malowane rodzeństwo żyją pełnym życiem. Oraz -że to właśnie w ich oczywistym biologiźmie leży łączące je podobieństwo.
   Lecz proszę nie oczekiwać odpowiedzi na pytanie -jak? W jaki sposób i jakim zabiegiem udało się artyście tchnąć w nie życie, bo właśnie w tym leży tajemnica sztuki.

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Potężne pomniki i medale, oficjalne portrety i intymne zwierzaki. Kosmate psy, pyszne ze swej urody ptaki, uwodzicielskie żaby, krągłe koty, smukłe węże i owieczki pośród żubrów, bizonów oraz innej grubej, lecz nagle zmalałej zwierzyny. Bardzo więc różne, lecz przy tym podobne i sobie bliskie, gdyż złączone indywidualnością ich stwórcy. Bronisław Chromy jest bowiem rzeźbiarzem uniwersalnym i jedynym w swoim rodzaju zarazem: dzieła jego rąk i wyobraźni, bądź też przeciwnie - wyobraźni i posłusznym jej dłoniom nie mają analogii na żadnym kontynencie, a on sam nie ma naśladowców, bo ich mieć nie może: tak czuć, myśleć i tworzyć potrafi tylko on. Gdzie jednak, w jakich regionach szukać genezy tej niezwykłej sztuki?
   Najłatwiejszym jest pochodzenie: Chromy jest góralem. Wychował się na wsi, wśród toczonych wodą rwących potoków, granitowych głazów i ubogiej, lecz jakże przy tym pięknej roślinności nieskażonej natury. Całkiem bezwiednie też poznał rządzące nią prawa i w sposób równie odruchowy bądź też naturalny właśnie zastosował je w swych dziełach, w których obłość rzecznych otoczaków łączy się z subtelnym rysunkiem traw i fantazyjnie wygiętych gałęzi, a te z miękkością pulsujących życiem organizmów. Rzeźby Chromego rosną i rozkwitają jak żywe organizmy właśnie, lecz nigdy nie obumierają. Śmierć i zniszczenie nie mają do nich dostępu, uczucie bezradnej niemocy jest im obce, podobnie jak ich autorowi. Człowiekowi Sukcesu, któremu sama myśl o porażce wydaje się niedorzeczna. To pierwsza i druga przyczyna niezwykłości jego sztuki w naszym zmechanizowanym i przeżartym pesymizmem świecie.
   Trzecią jest nieomylna zdolność kojarzenia, lunatyczna wprost pewność trafiania w sedno zagadnienia, lapidarny, lecz celny skrót myślowy. Oraz równie trafny dobór formy, gdyż rzeźby artysty są tylko z pozoru oparte na jednym kanonie estetycznym. W rzeczywistości ogarniają wszystkie dostępne temu gatunkowi sposoby kształtowania i korzystają z ich bogactwa. Od subtelnych ażurów graficznej kompozycji poczynając, poprzez płaszczyznę medali i plakietek oraz budowanych na kształt liści wyobrażeń o antropomorficznych lub zoomorficznych odniesieniach, po masywne bryły i przestrzenne układy, w których pustka, ograniczona i organizowana rzeźbiarskim materiałem przestrzeń wewnętrzna i zewnętrzna dzieła, traktowana jest jak konkretne tworzywo całej, jakże w istocie skomplikowanej rzeźbiarskiej struktury.
   Równie bogata jest materia. Chromy stosuje najchętniej surowe bądź też sprawiające takie wrażenie tworzywa, jak patynowany na kolor zielony, barwę życia i wegetacji, brąz, lecz nie tylko. Zwłaszcza ostatnio sięga po jubilersko szlifowane półszlachetne kamienie, wtapiając je jednak w swe rzeźby jako substytut barwnego światła raczej i jego refleksów, niż czczą ozdobę. Ów zwrot, bądź też przynajmniej - novum ma zapewne równie naturalną genezę: otóż Chromy para się od lat już kilkunastu malarstwem, w którym światło i jednaka z nim barwa gra przecież rolę naczelną.
   Cechą czwartą jest jakże bliska wyobraźni i płynącym z niej skojarzeniom poezja jego kapitalnych zwierzaków zwłaszcza, w której nie trudno odnaleźć klimat dobrej, dziecinnej baśni o idealnym świecie piękna, dobra, harmonii, zgody i powszechnej szczęśliwości. Oraz, bodaj czy nie w rzędzie pierwszym, poczucie nader specyficznego, gdyż prężnego i dynamicznego trwania jako przeciwieństwa i zaprzeczenia martwego bezruchu śmierci i jej rozpadu, z jakimi artysta również się nie godzi i odrzuca ich istnienie ze swych myśli i motywów rzeźb, stając tym samym w ostrej opozycji wobec zarażonej śmiercią i jej szpetotą sztuki naszych dni.
   Więcej jeszcze - Chromy przywraca życie dawno umarłym istotom, używając kopalnych muszli oraz innych prehistorycznych reliktów w rodzaju zębów mamuta do stworzenia nowych organizmów, łącząc, swoim sposobem, dwa elementy - realny i imaginacyjny w jeden o nowych walorach wyrazowych i intelektualnych zarazem.
   Ożywia skamienieliny... Pradawne sercówki otrzymują łby brodatych żubrów, nad spiralami amonitów zawisły w tanecznym ruchu podobne im w skręceniu ciała koniki morskie, obok których tokują głuszce i cietrzewie z pysznie rozpostartymi ogonami i stoją w zadumie smukłe flamingi. Najwięcej jednak ślimaków, niosących na sobie muszle swych odległych przodków. Kamienne już tylko lub połyskujące gdzieniegdzie zachowaną na kształt relikwii skorupką wspomnienie życia sprzed milionów lat, jak most przerzucony nad epokami, pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, jako świadectwo upływu czasu, w którym obowiązuje jednak horacjańska dewiza non omnis moriar, nie wszystek umrę.
   A jeśli nawet - to sztuka potrafi przywrócić mi życie, bo wielka jest moc artystycznej kreacji. Chromy jest twórcą szczególnego rodzaju, bo też szczególny jest jego stosunek do natury. Nie walczy z nią tak, jak to postulował u progu ubiegłego wieku Apollinaire wołający z triumfem „ U stóp plastyki leży pokonana natura!", lecz działa zgodnie z jej ponadczasową mądrością. Ma również właściwy naturze lecz rzadki u śmiertelników i przez to niezwykły dar łączenia najbardziej sobie odległych kształtów w harmonijną jedność.
   Gdyż natura nie myli się nigdy i zawsze potrafi zadziwić swą fantazją, co za pointę tych rozważań posłużyć może.
   

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Złote obrazy Kingi Chromy zrobiły furorę: wystawę rozsprzedano na pniu, a jest to dziś rzadkość nad rzadkościami i prawdziwa miara sukcesu, galerie i wielbiciele jej talentu upominają się o nowe dzieła. Ba, nawet wybredni krytycy przyjęli je z uznaniem, dostrzegając w przywróceniu złota do repertuaru malarskich środków wyrazu nader istotne ich wzbogacenie. W formalnym zarówno jak filozoficznym tego słowa znaczeniu. Oraz niemałą odwagę artystki -wszak złoto przeszło w sposób, zda się, nieodwracalny z wielkiej sztuki Bizancjum i gotyku zwłaszcza w XVII już wieku do sztuki cechowej, której jedynym i naturalnym spadkobiercą jest odpustowe obraźnictwo z jego tanim blichtrem i takąż, tandetną ozdobnością.
   W istocie złoto jest niezwykle bogatym w możliwości i niuanse tworzywem malarskim, w czym nic dziwnego, zważywszy, że złoto jest substytutem i kwintesencją światła; zaś nasze, europejskie malarstwo można nazwać „sztuką światła", gdyż tylko ono traktuje światło jako samodzielne i suwerenne tworzywo artystyczne. Od starożytności począwszy, poprzez witraże średniowiecza, protoimpresjonizm Turnera oraz klasyczny impresjonizm po dzień dzisiejszy i następne zapewne, bo światło ma dla nas znaczenie szczególne. Nie bez przyczyny wszak jest symbolem Boga, który jest światłością, i wszystkich pozytywnych cech -inteligencji, piękna, nieśmiertelności, niezmienności, chwały, doskonałości, stałości i dobra. Tak też i w tym znaczeniu złoto było stosowane przez wieki: jako blask chwały.
   Zaś blask jest pozbawiony cienia w dosłownym i przenośnym znaczeniu tego słowa. Blask oślepia i rzuca na kolana: wszak złoty blask przesyca sferę sacrum, zamieszkałe przez Boga i Anioły niebo. Kinga Chromy sprowadziła sferę sacrum na ziemię. Jej złoto ma cienie i barwę, tym samym potrafi budować dotychczas dla niego nieosiągalne przestrzeni, boć przecie bijące w oczy światło wychodzi na przeciw nam i niweluje wszelkie próby zbudowania perspektywy. Kinga traktuje bowiem złoto w sposób dotychczas niespotykany - jak zwyczajną barwę, familiarnie zatem i bez szacunku dla jego przepychu i nadzwyczajnego znaczenia, ot, tak sobie, od niechcenia jakby. Maluje złote łąki, w których rosną czerwonawe kwiaty i bladozielone trawki, dzięki czemu jej złote obrazy są zarówno świetne i ozdobne, jak intymne i przez to nam bliskie.
   Złote obrazy są jednak widomym przejawem głębszych i bardziej istotnych zmian w jej sztuce. Zaczęła od posępnych, biało - granatowych kontrastów malarskich o niemal rzeźbiarskiej fakturze i takimże modelunku powierzchni, by potem, stopniowo, łagodzić ich dramatyczną ekspresję: wychodzi z ciasnej, zimowej i pozbawionej perspektyw klitki w szerokie i barwne plenery pełnego lata. Potem wygładza fakturę, następnie - w chwili szczęśliwej iluminacji - zaczyna malować złotem; złoto kieruje jej zainteresowania ku światłu i malowania „światłem na świetle"; obecnie fascynuje się pastelowymi barwami wiosny. Nadal też unika mocnych kontrastów, gdyż kontrast - to dramat i konflikt. Unika ich więc, równomierną budowę płaszczyzny ponad nie przedkładając. Jak potoczą się losy sztuki tej, bardzo przecież młodej jeszcze artystki? Na tak banalne pytanie pada zazwyczaj równie banalna odpowiedź - nie wiadomo, lecz...
   Otóż już wiadomo. Wiadomo, że nadal będzie zgłębiała tajemnice światła, a długa to i żmudna droga; wiadomo, że jej obrazy będą - niezależnie od ich emocjonalnej temperatury - dekoracyjne, bo skłonności do dekoracji Kinga ma niejako we krwi, a dobra to spuścizna. Wiadomo też, że pójdzie szybko i - być może - skokami do przodu bo pracuje w oszałamiającym wprost tempie. I że znów zaskoczy widzów. Lecz czym? Tego naprawdę nie wiadomo, więc warto poczekać.,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Panią Izabelę Delekta-Wicińską poznałem w owym przełomowym dla Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie 1995 roku, kiedy to swoim odważnym podpisem, jednym z dwudziestu kilku obok Haliny Cieślińskiej-Brzeskiej, Danuty Dzielińskiej, Ludwika Pindla, Leszka Dutki, Mieczysława Wątorka, prof. Jana Szancenbacha uratowała TPSP wraz z Pałacem Sztuki, w którym 40 lat wcześniej debiutowała na dorocznym Salonie.
   Córka kapitana przedwojennego Wojska Polskiego zwanego „Pańskim Wojskiem”, urodzona w Wadowicach lecz związana od wczesnego dzieciństwa z Krakowem, rozpoczyna swoją karierę artystyczną podczas okupacji w Krakowskim Teatrze Podziemnym Adama Mularczyka.
   Po wojnie studiuje równolegle w Szkole Dramatycznej, gdzie uzyskuje dyplom w 1950 roku oraz w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowniach Zbigniewa Pronaszki, Wojciecha Weissa i Wacława Taranczewskiego, u którego robi dyplom w 1952 roku. Ponadto 6 lat poświęca na naukę śpiewu, bardzo aktywnie działa w ZPAP oraz TPSP w Krakowie.
   Ta wspaniała kobieta, nie zaniedbując roli żony i matki, rozpoczyna pracę w Teatrze Bagatela (nazwa wg Boya), któremu jest wierna przez 30 lat i pozostawia trwały ślad w postaci ponad 60 znakomitych kreacji aktorskich. Ponadto gra w kilkunastu programach telewizyjnych i filmach fabularnych. Ale teatr to nie tylko scena, z którą wiążą się jej najpiękniejsze wspomnienia, to również miejsce obserwacji koleżanek i kolegów podczas prób, prapremier, premier, słowem „kuchni teatru”. Impresje teatralne notuje w nieodłącznym szkicowniku, a później przenosi część z nich na płótno.
   Tak powstały urzekające portrety koleżanek i kolegów aktorów, znajomych, członków rodziny oraz autoportrety.
   Jej dokonania artystyczne na polu sztuk plastycznych są imponujące; udział w 123 wystawach malarstwa, rysunku, pasteli, akwarel. Ogromnym sukcesem jest Główna Nagroda, wręczona jej w maju 1984 roku przez księcia Rainiera, w konkursie „Prix International d’art Contemporáin de Monte Carlo” za obraz „Matka”; na konkurs wpłynęło z całego świata ponad 2000 prac, w tym 209 obrazów.
   Gdy 19 grudnia 2000 roku zostałem zaproszony do pracowni artystki za Wisłę do Dębnik, pięknie położonej z widokiem na Wawel, Skałkę i inne narodowe świętości, uderzyła mnie ogromna harmonia między tym kim jest i co i jak robi. Spokój wewnętrzny artystki, pracownia pachnąca farbami, eleganckie białe mebelki by móc odpocząć, porozmawiać, biała sztaluga! Wszędzie obrazy sławiące piękno Krakowa, życia, Boga; to wszystko tworzy niepodzielną, piękną całość.
   Opuszczając pracownię położoną wysoko, bez windy, pomyślałem sobie: ja to mam szczęście, raz jeszcze los pozwolił mi poznać niezwykłego człowieka, wspaniałą Damę, uroczą Artystkę, elegancką dzielną Panią Izę.
   Dziękuję Jej za to, co zrobiła dla TPSP, polskiej sztuki, życzę dużo zdrowia i dalszych sukcesów artystycznych.

 

                                                                                                                    Zbigniew Kazimierz Witek

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Krakowski artysta malarz, zmarły niestety przed laty, Stanisław Wałach, zwykł mawiać, że profesjonalny artysta przygotowany musi być na wykonywanie różnorakich zadań artystycznych, nawet na pomalowanie koledze łazienki. Niby żart, nie pozbawiony jednak głębszego sensu. Tkwi w tej przekornej, i dla niektórych być może bulwersującej, opinii prawdziwe i mocne przekonanie o ważnej społecznie roli artysty. W myśl jej zasad artysta ma prawo być, czy też bywać, pięknoduchem, nie powinien jednakże zapominać, że życie może mu wyznaczyć w każdej chwili bardzo nietypowe zadania, z których podług swej wiedzy i umiejętności powinien wywiązać się jak najlepiej. Można więc pośród artystów malarzy dokonać i takiego podziału. Jedni przez swój cały artystyczny żywot z lubością pielęgnują osobisty ogródek sztuki, inni, prócz tego, z ochotą podejmują się także wykonywania rozmaitych zadań artystycznych. Odnoszę wrażenie, że Delekta-Wicińska należy z całą pewnością do grupy drugiej, do kategorii artystów niezwykle aktywnych, podejmujących się ciągle nowych zadań, starających się sprostać coraz to innym wyzwaniom artystycznym.
   Obecny, spory przegląd Jej prac, stanowi z całą pewnością potwierdzenie postawionej przed momentem tezy. Ta twórcza aktywność Izabeli Delekty-Wicińskiej, wielość artystycznych realizacji, ich różnorodność, może być także wynikiem artystycznej dwuzawodowości. W Krakowie nie brakuje miłośników obu, zrealizowanych w bogatej gamie, talentów Pani Izy: malarskiego i aktorskiego. Tych artystycznych talentów i zawodów nie da się rozdzielić. Zresztą po co dokonywać takiego zabiegu, skoro sama artystka tak zespoliła ze sobą obie dyscypliny artystyczne, że stały się praktycznie nierozdzielne. Wydaje się jednak, że uprawianie jednocześnie dwóch zawodów artystycznych nie mogło pozostawać bez wpływu na ogólną aktywność zawodową Pani Izy; aktorstwo nie było bez znaczenia dla Jej malarstwa, i odwrotnie, malarstwo tworzyło w jej wypadku nową jakość sztuki scenicznej. Ten rzadki walor i atut Izabela Delekta-Wicińska potrafiła umiejętnie wykorzystać w swojej sztuce – przede wszystkim plastycznej.
   Krakowska artystka wypowiada się głównie w dwóch technikach malarskich. Z jednej strony delikatna materia akwareli, z drugiej działająca mocno faktura obrazów olejnych. Pomiędzy tymi dwoma sposobami malarskiej wypowiedzi znajdziemy również gwasze, oraz bardzo udane obrazy malowane pastelową kredką. Akwarele krakowskiej malarki raz przybierają charakterystyczną dla tej techniki postać wypowiedzi impresyjnej, innym razem artystyczny efekt uzyskiwany jest poprzez stosowanie szerokiej plamy farby wodnej. Bywa i tak, że w jednym obrazie stosowane są obydwa te sposoby. Izabela Delekta-Wicińska nie boi się bowiem artystycznego eksperymentu. Stosuje go jednak z umiarem, nie dla samej ekstrawagancji, ale po to, by w konkretnym obrazie uzyskać możliwie najlepszy efekt artystyczny.
   Można się także pokusić o tematyczne pogrupowanie twórczości krakowskiej malarki. Na plan pierwszy wysunie się tu z pewnością spora ilość portretów. Wykonywane są one najczęściej farbami olejnymi, trafi się jednak także akwarela, ulubiona technika malarki, czy obraz pastelowy. Pośród portretów podobizny syna zwrócą prawdopodobnie uwagę oglądających. Z pewnością uczucia matki odgrywają tutaj ważną rolę. Nie trzeba jednak zapominać, że zawód dyrygenta jest wdzięcznym dla malarza tematem. Sporą część portretowej twórczości Pani Izy stanowią obrazy poświęcone rolom, jakie stworzyła przed laty w teatrze. Są to właściwie autoportrety krakowskiej artystki. Jedne malowane były dla urody kostiumów, w których przychodziło jej kiedyś występować, inne inspirowane są dramaturgią zapamiętanych scen, jeszcze inne zrodziły się być może z normalnego ludzkiego sentymentu. Naprawdę w owych autoportretach ważne jest to, że Pani Iza dla malowania prawie każdego z nich znajduje zawsze plastyczny powód. Nie prowadzi więc jakiejś malarskiej kroniki swojego aktorstwa. Maluje tylko i wyłącznie to, co pociąga ją jako malarkę.
   Do grupy portretów zaliczyć wypada także obrazy o tematyce religijnej, podobizny świętych Brata Alberta czy Maksymiliana Kolbe, Ojca Świętego, a także postaci z krakowskiego środowiska artystycznego. Wyraźną grupę stanowią także obrazy wyobrażające postać Chrystusa ukrzyżowanego. Męka Pańska na jednym z płócien dyskretnie łączona jest z martyrologicznymi scenami narodu polskiego. Na innym umęczonemu Chrystusowi zamiast korony cierniowej artystka włożyła na skronie koronę wotywną, w której połyskują sznury pereł. W ten oto sposób krakowska malarka dołączyła do grupy tych artystów, których religijność wyrażona jest w dziele poprzez umiejętności artystyczne, nie zaś wyłącznie poprzez powielanie ewangelicznych wątków czy motywów.
   Są też na tej wystawie, chętnie przez Izabelę Delektę-Wicińską malowane, portretowe miniatury. Jedne na osobiste zamówienie krakowskich odbiorców sztuki, inne z wewnętrznej inspiracji artystki. Pozostając przy portretowych miniaturach warto przypomnieć to, co o sztuce Izabeli Delekty-Wicińskiej pisałem na początku tego tekstu. Dobrze się dzieje, kiedy artysta przygotowany jest na realizowanie się poprzez sztukę na wielu płaszczyznach. Izabela Delekta-Wicińska jest takim właśnie artystą; kiedy trzeba, namaluje zamówiony u niej portret, podejmie się trudnej sztuki wykonania kopii starego obrazu; pociąga Ją wiele artystycznych zajęć, a z każdego z nich chce się wywiązać jak najlepiej. Dlatego właśnie pokaz obrazów krakowskiej artystki ogląda się z dużym zainteresowaniem. Jego wielowątkowość tematyczna i rozmaitość stosowanych technik, pomysłowość w rozwiązywaniu trudnych problemów kompozycyjnych trzymają widza w napięciu, zachęcają do artystycznej wędrówki pełnej niespodzianek.

                                                                                                                                          Andrzej Warzecha

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Rzeźba - to ogrom i potęga, to surowy rachunek brył i ciążeń, to masyw egipskiego sfinksa i dostojeństwo „Zeusa olimpijskiego", to dramatyczny ruch „Laokoona", napięcie „Dawida" Michała Anioła, to patos „Spiżowego jeźdźca" Falconeta i ekspresja „Człowieka z wydartym sercem" Zadkinea.
   Lecz rzeźba - to również wdzięk figurek z saskiej i sevrskiej porcelany, to delikatność kształtu i dystynkcja gestu, to chwila wytchnienia od pośpiechu zgrzebnych dni, to uśmiech i żart. I zmysłowy kontakt ze szlachetnym materiałem, gdyż przed takimi właśnie, intymnymi rzeźbami nie pada się na twarz, lecz gładzi je opuszkami palców jak żywą i bliską sobie istotę.
   Tym chętniej, że nie są one zazwyczaj wyzbyte kokieterii i uwodzicielskiej chęci podobania się, a niekiedy pewnej przymilności nawet, na którą obruszają się zwolennicy solennych monumentów. Takie są właśnie rzeźby Doroty Dziekiewicz-Pilich: nie pragną nikogo rzucić na kolana, nie pretendują do roli sumienia i moralności świata. Chcą być zapisem upływających chwil i zwykłego, codziennego życia, tego, które nawet zmienione w spiż nie traci nic ze swego skromnego ciepła. Oraz refleksją nad nim, notacją myśli i zdarzeń lub ściślej - zadumą nad ich prawdziwą i często zgoła nie błahą naturą.
   Dorota Dziekiewicz-Pilich mówi poprzez ludzką postać, co osadza jej rzeźby w antropocentrycznej sztuce basenu morza Śródziemnego. Przez towarzyszące jej akcesoria i symbole, takie, jak instrumenty muzyczne, bo muzyka, jej wyraźny rytm podziałów i melodyka kapryśnego nieraz rysunku grają w jej rzeźbie rolę olbrzymią, a niekiedy wręcz decydują, stając się prawdziwym sensem i treścią całej kompozycji. Drugim, często stosowanym symbolem jest zegar, zwłaszcza szafkowy, obejmujący ludzką postać na znak władzy czasu, któremu wszyscy jesteśmy podlegli i poddani, nieoczekiwane memento mori, którego ostrej jednoznaczności nie potrafi osłabić ani złagodzić nawet ozdobność jej podania, bo artystka lubi dekoracyjność i dekoratywność i nie cofa się przed nimi ani ich nie unika. Zarówno w kompozycji całości, jak szczegółach, bądź nawet kreślonym z wyraźną satysfakcją, roślinnym ornamencie, w którym nie trudno doszukać się bliskich wpływów art nouveau, secesją u nas powszechnie zwanej. I jej umiłowania linii płynej i falistej, deformującej i podporządkowującej sobie wszystko, co tylko może sobie podporządkować. Nawet znagła zwiotczałe ręce Chopina i linie jego fortepianu, czy zmienioną w rozwiany płomień "Dziewczynę szamana II".
   Prawdziwą pasją artystki są jednak dzieci. Ich portrety i sceny rodzajowe z dziecięcym udziałem i dziecięce maskarady bądź też ich błazenady, w których odbijają się ich marzenia, a może nawet przeczucie dalszych losów? W tym też motywie artystka osiąga największą siłę wyrazu. Poprzez syntezę formy i jej, jakże rzeźbiarską masywność i wiodące do niej rzeźbiarskie przetworzenie dziecinnych ciał i proporcji. Drogą przedziwnego paradoksu też właśnie intymne ze swej natury niejako wizerunki dzieci są najbardziej rzeźbiarskie, bo nawet niekiedy monumentalne w założeniu, jak np. "Wanna"; i najbardziej przejmujące, jak "W wyobraźni", bo przecie nie obiektywny, mierzony w metrach czy calach wymiar decyduje o charakterze dzieła.
   Kluczem do analizy i tym samym zrozumienia sztuki Doroty Dziekiewicz-Pilich są rysunki, nie będące - jak twierdzi Federigo Zuccaro - „materią ani ciałem, lecz ideą, porządkiem, terminem, rozumieniem i pragnieniem".
   Rysunki Dziekiewicz są giętkie w linii i satyryczne w treści, lecz przy tym raczej życzliwe modelowi. Nie chłoszczą go ani tym bardziej nie poniżają, lecz widzą jego śmiesznotki i mankamenty. Ów rys nie jest również obcy rzeźbom.
   Rys, jakże typowy dla bacznych i bystrych obserwatorów, bo baczny obserwator nie może i nie potrafi być bezkrytyczny wobec przedmiotu swych dociekać.
   I właśnie owa odrobina przekory, czy nawet jakże ludzkiej kpiny nie pozwala niektórym rzeźbom artystki ześlizgnąć się - czy też może raczej - wpaść w pułapkę kokieteryjnej ładności, doprawionej czułostkowym sentymentalizmem.
   W jednym z wywiadów Dorota Dziekiewicz-Pilich powiedziała, że w swych rzeźbach zwierza się szeptem. A w szept należy się wsłuchać tak, by niczego nie uronić, bo najcichszym szeptem mówione są zazwyczaj rzeczy najbardziej dla słuchacza niemiłe.

,

   Sculpture stands for magnitude and power, the severe outline of blocks and gravitations, the massiveness of the Egyptian Sphinx and the dignity of "Zeus of Olympus", the dramatic motion of the "Laokoon", the tension of Michelangelo's "David", the pathos of Falconet's "The Bronze Rider" and the expression of Zadkine's "The Man with the Torn-out Heart".
   Still, sculpture also stands for the entrancing quality of Saxon and Sevres porcelain, daintiness of shape and dignity of gesture, a moment's grace after the haste of grey days, and a smile and a joke. It also means a sensual contact with a noble material. One does not fall to his knees in front of such intimate works but strokes them with tips of fingers like live and close creatures.
   The touch brings evident pleasure because these sculptures are often coquettish and seductive in their wish to be admired. On the other hand they are strongly criticized for this quality which is held against them by admirers of solemn monuments. However, Dorota Dziekiewicz-Pilich's sculptures are like this; they do not intend to throw viewers to their knees or aspire to the role of the world's conscience and moral paragons. They are records of passing time and ordinary common life, which does not lose its modest warmth even when it is cast in bronze. They are also commentaries on life, records of ideas and events and at times meditations on their true and frequently solemn nature.
   Dorota Dziekiewicz-Pilich speaks through the human shape, which fact ranks her sculptures in anthropocentric art of the Mediterranean region. She expresses herself through accessories and symbols such as musical instruments which accompany human shapes, because music with its clear rhythm of divisions and capricious melodies plays an extraordinary, sometimes decisive part in her sculptures and sometimes becomes the true sense and idea of whole compositions. Another symbol frequently used by the artist is a clock which encloses the human shape, thus symbolizing the power of time to which we are all subjected. This is like an unexpected memento mori, the sharp univocal nature of which is not weakened or blunted even with the decorativeness, which the artist likes and uses in her sculptures. She does not avoid it either as far as whole compositions are concerned or in details like, for example, floral ornaments which can easily be traced back to art nouveau. She loves smooth and wavy lines which deform and subordinate any element they can, including Chopin's suddenly limp hands and the lines of his piano, or the "Medicine man's Girl M" turned into a flame in the wind.
   The artist's true passion are children, their portraits, scenes with children, their masquerades and clown's plays reflecting children's dreams or, perhaps presentiments of future vicissitudes. It is the very subject in which the artist achieves its greatest power of expression. Through the synthesis of form and its sculptural massiveness as well as through sculptural transformation of children's shapes and proportions. Paradoxically, the most intimate images of children are most sculptural and even monumental by design, like for example "The bathtub", or keenest like "In imagination", because it is not the objective size measured in meters or inches which decides about the character of a work but something else.
   The key to the analysis and understanding of Dorota Dziekiewicz-Pilich's art are drawings which are not, as Federigo Zuccaro believes, "the matter or the body but the idea, the order, the term, the understanding and the longing".
   Her drawings are typified by flexible lines and satirical content but, at the same time, a kindly attitude to models. They do not castigate or humiliate them but discover and show their amusing peculiarities and defects. This characteristics can also be found in some of her sculptures.
   The quality of contrariness, and sometimes human mockery stops some of her sculptures from falling into the trap of coquettish prettiness tinted with mawkish sentimentality.
   In one of her interviews, Dorota Dziekiewicz-Pilich said that in her sculptures she discloses her deepest secrets in whisper. One should listen to her whisper closely so as not to miss anything because the whisper is usually lowest when things most unpleasant for listeners are said.


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Pałac Sztuki od 21 maja 1901 roku jest siedzibą powstałego w 1854 roku, najstarszego w tej części Europy Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie.
   Jest jedynym w swoim rodzaju, cennym artystycznie zabytkiem architektury epoki secesji i pierwszym gmachem wystawowym w rozdartej rozbiorami, wymazanej z map Europy Polski.
   Towarzystwu Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie zawsze przyświecała dewiza otwartości: „wcielało ono w siebie wszystkie kierunki, wszystkie prądy, integrowało rozbieżne dążenia, skupiało pod jednym sztandarem indywidualności artystyczne" (1905 r.).
   Powyższą dewizę Dyrekcja TPSP uzupełniła w 1908 roku stwierdzeniem: „ostatnie lata rozwoju naszej sztuki, rozmaitość celów i technik, rozwinięty indywidualizm, wreszcie powinny i muszą znajdować gościnę pod dachem Towarzystwa, które grzeszyłoby względem sztuki artystów i społeczeństwa, gdyby protegowało pewne kierunki a lekceważyło drugie"
   W salach Pałacu eksponowano prace najwybitniejszych polskich i zagranicznych artystów, goszczono całą „Młodą Polskę".
   W okresie międzywojennym prezentowano prace wielu ugrupowań twórczych na wystawach zbiorowych i indywidualnych retrospektywach.
   Ostatnią przed wybuchem ll-giej wojny światowej, była wielka wystawa malarstwa Jacka Malczewskiego, twórcy fryzu okalającego Pałac Sztuki.
   Hołdując dewizie otwartości, obecne władze Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie otaczają szczególną troską i promują młodych artystów organizując im wystawy zbiorowe i indywidualne oraz wspólne z Akademią Sztuk Pięknych w Krakowie coroczne, otwierane w pierwszą niedzielę czerwca, „Dyplomy".
   Artystka rzeźbiarka Dorota Dziekiewicz-Pilich jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu (dyplom w 1993 roku w pracowni prof. Józefa Kopczyńskiego).
   Od 1994 roku zorganizowano jej 9 wystaw indywidualnych w tym jedną w Holandii oraz uczestniczyła w 5 wystawach zbiorowych.
   Młoda artystka, matka trojga dorodnych dzieci, wygrała 14 konkursów, a jej rzeźby są prestiżowymi nagrodami, w tym słynne Fryderyki Polskiej Akademii Fonograficznej.
   Aktualnie, w styczniu 2003 r., na wystawie indywidualnej w Pałacu Sztuki prezentujemy rzeźby i medale tej utalentowanej, dzielnej, filigranowej artystki.
   Życzę jej powodzenia i sukcesów w niełatwej również ze względu na materię, dziedzinie sztuki zdominowanej przez mężczyzn.
   Dziękuję profesorskiemu małżeństwu Hannie i Antoniemu Dziatkowiakom, miłośnikom sztuki, członkom władz TPSP za pomysł wystawy Doroty Dziekiewicz-Pilich w Pałacu Sztuki.
                                                                                                                                       Zbigniew Kazimierz Witek

,

   Since 21st May, 1901 Pałac Sztuki has been the seat of the Society of the Friends of Fine Arts (TPSP) which, established in 1854, is the oldest society of this type in Central Europe. Pałac Sztuki is an original monument of architecture of high artistic value, representing the period of Art Deco. It was the first exhibition hall in Poland during the time when our country, partitioned among three neighbouring powers, could not be found as a separate state on maps of Europe.
   The Society of the Friends of Fine Arts in Kraków has always acted according to the motto of openness to new ideas: "it merged all tendencies and all trends, it integrated divergent aspirations and was the converging point of different artistic individualities under the same roof" (1905).
   In 1908 the Management of TPSP complemented this motto with the statement: "recent years of the development of art, the versatility of goals and techniques and a developed individualism should and must be welcomed in the exhibition halls of the Society which would commit an unforgivable sin against artists and the society if it promoted some trends but disregarded others".
   In the halls of Pałac Sztuki there have been exhibited works of the most outstanding Polish and foreign artists. All Młoda Polska (Young Poland) was welcomed there. During the interwar period different artistic groups presented their works there at both collective and one-man exhibitions. The last great event before the outbreak of World War II was the exhibition of paintings of Jacek Malczewski, the author of the decorative framing which decorates the edifice of Pałac Sztuki.
   Professing the principle of openness to novelties, the present Management of the Society takes particular care of young artists and organizes collective and individual exhibitions of their works. Apart from that, together with the Academy of Fine Arts, it holds the so-called "Dyplomy" ("Diploma Works") which are shown on the first Sunday of June every year.
   Dorota Dziekiewicz-Pilich is a sculptress who graduated from the Academy of Fine Arts in Poznań (diploma in Prof. Jozef Kopczyński's studio in1993). From 1994 she has presented her works at 9 individual exhibitions (including one in Holland) and has participated in 5 group exhibitions. The young artist, a mother of three children at the same time, is a winner of 14 competitions. Her sculptures have become prestigious awards, including the famous Fryderyki of the Polish Phonographic Academy.
   In January 2003 we are presenting her sculptures and medals at an individual exhibition. I wish this talented and brave artist would achieve success and happiness in this hard discipline of art, particularly because has been allegedly dominated by men.
   I wish to thank Hanna and Antoni Dziatkowiak, the members of the Society of the Friends of Fine Arts who are great art lovers for their idea to organize Dorota-Dziekiewicz-Pilich's exhibition in Pałac Sztuki.

                                                                                                                                           Zbigniew Kazimierz Witek


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   „W każdym bloku marmuru kryje się gotowa rzeźba – mawiał Michał Anioł – wystarczy ją dostrzec i odłupać zbędne fragmenty.”
   To prawda. Lecz w jego, zbanalizowanym poza granice przyzwoitości twierdzeniu, kryje się dla odmiany, jak w owym bloku kamienia, druga prawda. Ta, że w michelangelowskiej koncepcji bryła rodzi bryłę. Z bezkształtnego bloku wyłania się doskonała, gdyż ujęta w rzeźbiarski kanon bryła o określonym module, masie i ciążeniach opartych na solidnej strukturze działających w niej sił.
   Michała Anioła okrzyknięto nowatorem, rewolucjonistą i ojcem nowożytnej rzeźby europejskiej. Nie bez racji zapewne, choć w jego dziełach brzmi niedalekie echo maksymy Augustyna, świętego i biskupa, lecz również estetyka niepośledniej miary „rozum dostrzegł, że podoba mu się tylko piękno, w pięknie zaś proporcje a w proporcjach liczby”, w których zawarł odwieczne już w jego czasach reguły sztuki klasycznej oraz jej poprzedniczek w postaci najdoskonalszej chyba i do dziś nieprześcignionej rzeźby starożytnego Egiptu i sąsiedniej Mezopotamii z jej wpisanymi w geometryczne formy postaciami Kherou’bim, skrzydlatych byków i rytmicznych szeregów wojowników pospołu.
   Wydawało się, że nie może być inaczej, bo rzeźba ma szczególną naturę: w przeciwieństwie do innych dyscyplin plastycznych nie opiera się bowiem na iluzji nawet wówczas, gdy sprawia takie pozory, nawet wtedy, gdy imituje istniejące w przyrodzie kształty i podkreśla je naturalistyczną polichromią. Zawsze, niezależnie od kształtu, jaki nada jej artysta, pozostaje konkretną materią, kawałem kamienia, brązu, drewna lub jakiegokolwiek innego tworzywa o określonych właściwościach fizycznych. Czymś, co można nie tylko zobaczyć, lecz również dotknąć, zważyć, ocenić opuszkami palców zarówno fakturę, jak temperaturę jej powierzchni, ciepłą i przyjazną lub odpychającą chłodem ponadczasowego trwania. Dla tej też być może przyczyny rzeźba była najbardziej zachowawczą ze wszystkich sztuk: Canovę nie bez racji zwano „Współczesnym Fidiaszem”, podobnie jak Thordwaldsena, przydając mu przymiotnik „Północy”, bo, istotnie, obaj pragnęli mu dorównać w swych dziełach, podobnie jak późniejszy o wiek Mailoll czy nasz August Zamoyski, choć w ich czasach bryła straciła już swą pozycję hegemona: tuż obok i jej na przekór pojawia się kubistyczna forma negatywowa i ażurowe struktury konstruktywizmu. Przestrzeń domagała się swych praw. Nie chciała już miękko opływać zwartej bryły rzeźb. Pragnęła, na wzór twardej materii, stać się pełnoprawnym tworzywem trójwymiarowego dzieła.
   Cios był potężny. Rzeźba klasyczna, lub szerzej – rzeźba basenu Morza Śródziemnego zatrzęsła się w posadach. Runęły odwieczne kanony. Szło nowe.
   To jednak nieprawda. W istocie rzeźba powróciła tylko na opuszczone niegdyś tereny i poszerzyła pole swej penetracji. Poszła do przodu, lecz wpierw roztropnie obejrzała się wstecz, w nieodwracalnie, zdało by się, minioną przeszłość. I dostrzegła w niej smukłe wykrzykniki odmaterializowanych postaci Erturii i „Słoneczne wozy” dalekiej północy. Odnalazła rzeźby graficzne, jak ryte w kamieniu pragermańskie runy i anektujące przestrzeń, jak prehistoryczne mehiry druidycznego Stonehenge. Dostrzegła inny język materii, kto wie, czy nie bardziej poetycki od dotychczasowego, gdyż pozbawiony konkretnej jednoznaczności i przez to bardziej aluzyjny i zdolny do mówienia metaforą. I więcej nawet: dostrzegła, że siła rzeźby nie leży, bądź też – nie musi leżeć w masie, w ogromie, w potężnym ciążeniu bloków kamienia, w ekspresji zwartego jak monolit monumentu zatem. Spostrzegła, że również małe może być piękne i pociągające w swej intymnej ozdobności, nie tracąc nic, lub niewiele z siły wyrazu i wizualnej atrakcyjności nawet. Że odmaterializowane, jak ich etruskie pierwowzory, rzeźby Giacomettiego mogą odbijać w równej mierze naturę człowieczą, jak muskularni herosi Polikleta. A może doskonalej nawet, bo w wertykalnych liniach zawarta jest myśl, bądź szerzej – pierwiastek duchowy. Oraz nasze odwieczne tęsknoty za światem dobrym, życzliwym i pełnym radosnych niespodzianek. Za światem bajki i nieokiełznanych fantazji, który właśnie dziś, na przełomie dwu stechnicyzowanych stuleci, dochodzi z coraz większą siłą do głosu. Gdyż pierwsza połowa XX wieku była czasem nadrealizmu. Latami obawy przed nieznanym, czającym się w bezkresnych przestrzeniach obrazów Chirica i Salvadora Dali, przed czymś, co wychynie nagle z ich osnutą groźną tajemnicą głębi. Schyłek minionego tysiąclecia natomiast i czasy obecne są okresem baśni i baśniowości, w których szukamy remedium na wszystko, co można zmierzyć, zważyć, przewidzieć i zaprogramować. Jest więc sui generis epoką antyklasyczną: dziś, po cytowanych powyżej słowach Augustyna, należałoby postawić znak zapytania. Postmodernizm odrzucił wszystkie niewzruszone dogmaty. Nic nie jest pewne i nienaruszalne. Nawet rozum. A może on zwłaszcza. Wszystko się przemieszało w przedziwnym tańcu pojęć i wartości. Solenna powaga złączyła się z drwiną, wzniosłość z groteską, a pewność siebie z kpiącym powątpiewaniem, które stało się jedyną ostoją sztuk. Czemuż by więc rzeźba klasyczna nie miała podać ręki swemu zaprzeczeniu, jakim były artystyczne osiągnięcia „barbarzyńskich Gotów”, jak nazwał całą sztukę średniowiecza Vasari oraz jej protoplastom sprzed tysięcy lat?
   Paweł Erazmus jest nieodrodnym dzieckiem swojego czasu. Zna klasyczną i nieklasyczną sztukę basenu Morza Śródziemnego i darzy ją wielkim sentymentem. Z teorii i praktyki: wszak studiował pod okiem Mariana Koniecznego, jednego z naszych nielicznych monumentalistów z prawdziwego zdarzenia, nieodrodnego ze swej strony zastępcy Fidiasza, Michała Anioła, Rodina i Xawerego Dunikowskiego, mistrza dynamiki wielkich mas i patosu w najlepszym tego słowa znaczeniu. Erazmus potrafi więc zrobić rzeźbę wspartą o kanon starożytnych mistrzów, o którym Witruwiusz pisał, że „natura tak stworzyła człowieka, że odległość od brwi do nosa…” i dalej w tym duchu. Paweł Erazmus zna po prostu reguły rzeźby i jej rzemiosła, co poświadcza posąg Ateny, jak należy sądzić z towarzyszących jej atrybutów: sowy siedzącej na oliwnej gałązce, cyrkla i otwartej księgi, która – obok wydatnego biustu – nadaje Palladzie wygląd zgoła nowoczesnej dziewczyny, boć przecie starożytni Grecy codexów jako żywo nie znali, a również biusty woleli nieco mniej okazałe.
   Swą wiedzę Erazmus potwierdził i poszerzył w zagranicznych podróżach. Bezpretensjonalne fotografie ukazują go pośród ruin Pompei, pod Łukiem Trajana, na Forum Romanum, lecz również florenckiego ospedale degli Innocenti i na placu św. Marka oraz przycupniętej na samotnym głazie „Małej Syreny” dłuta Edwarda Erichsena. To właśnie ona uratowała w smutnej baśni Andersena życie pięknemu księciu, by później umrzeć za niego.
   Mity greckie i północne baśnie splatają się w wyobraźni autora w trudną do rozsupłania całość, wzbogaconą o nasze legendy o lirycznym bądź heroicznym tenorze i chłopięcą fascynację eposem Dzikiego Zachodu, Czarnej Afryki, Dalekiego Wschodu…
   Prawda i fikcja, fikcja prawdy i prawda fikcji, które potrafią być bardziej prawdziwe i przekonywująca od najprawdziwszej prawdy. Lecz tylko wówczas, gdy się w nie wierzy i potrafi zasugerować innym.
   Erazmus potrafi. I w tym należy się chyba doszukiwać powodzenia jego sztuki: potrafi mówić o człowieku i jego marzeniach językiem form i symboli. Nie przedstawić go zatem, nie imitować, nie tworzyć namiastek ludzi, bezdusznych homonculusów, lecz właśnie mówić o nich oszczędnym językiem linii, zarysem i konturem, czyli rysunkiem, który okrzyknięto „uczciwością sztuki” i jej sumieniem. Erazmus mówi o człowieku, o ludziach, o nas, co oznacza, że nie nadaje swym postaciom cech indywidualnych. Jego człowiek jest człowiekiem uniwersalnym, jest myślą o nim i jego losach, marzeniach i sytuacjach, w jakich się znalazł i jakich sam autor chciałby niekiedy się znaleźć. Poważną, lub żartobliwą, zaś niekiedy, a może najczęściej nawet – żartobliwą dzięki swej powadze. Myśliciel z roku 1998 ma maleńką główkę, większe od niej dłonie i olbrzymie buty. Lecz właśnie takie, prowokacyjne, bądź wręcz szydercze w stosunku do tytułu rozwiązania narzuciły wymogi rzeźby, komponowanej na figurze niezwykle wydłużonego trójkąta czy też ostrosłupa. Niemal wszystkie bowiem rzeźby Erazmusa są wertykalne i bardzo silnie deformowane. Nie tylko dla jednoznacznej i powszechnie zrozumiałej wymowie smukłego pionu. Wydłużenie postaci jest bowiem również przejawem wyrafinowania sztuki. Zgrzebna i rubaszna rzeźba ludowa lubi postaci krępe i przysadziste. Dworskie przedstawienia człowieka przedkładają ponad nie sylwetki smukłe, zastygłe w wytwornym geście. Nie bez przyczyny ewolucja klasycznej rzeźby greckiej przebiega od Polikleta poprzez Fidiasza do Praksytelesa.
   Paweł Erazmus jest rzeźbiarzem i tylko rzeźbiarzem. Nie maluje, jak jego koledzy po fachu, a nawet rysuje rzadko, kontentując się ogólnym pomysłem, bądź co najwyżej zarysem przyszłej rzeźby, która powstaje w sprzężeniu zwrotnym z materiałem. Dopiero wówczas, w zmysłowym kontakcie z woskiem, gdyż prawie wszystkie dzieła artysty robione są „na tracony wosk”, dojrzewa koncepcja formalna rzeźb i jej literacka fabuła, bo Erazmus lubi i potrafi opowiadać. O swych bohaterach, lecz przede wszystkim o sobie, o swych fascynacjach, zauroczeniach, fantazjach. Chłopięcych, jak cykl „Wojowników” z różnych epok i kontynentów, i już męskich; lecz czy mężczyzna nie pozostaje do śmierci chłopcem, w myśl feministycznej teorii, głoszącej, że kobieta dojrzewa, a mężczyzna dorasta? W jego rzeźbach odbija się więc również chłopięce jeszcze zainteresowanie dawną numizmatyką oraz ozdobnością filbul i zausznic epoki brązu, miłych nam i ciepłych w swym dążeniu do niepohamowanej dekoracyjności, gdyż jeszcze wolne od rygorów sztywnego kanonu piękna. Może w tych właśnie, odległych wzorcach, należy doszukiwać się wspomnianego już, poważnie żartobliwego wyrazu jego rzeźb? Wszak na starych, nieporadnych monetach widnieją wizerunki władców. Dostojne w zamierzeniu, lecz zabawne w wykonaniu, w niedoskonałości nazbyt dobitnego rysunku, zmieniając portret w złośliwą karykaturę.
   W tych samych, a może wcześniejszych jeszcze, bo dziecinnych czasach, Erazmus zaczął rzeźbić, a raczej – lepić w plastelinie, materiale miękkim i ciągliwym, a nade wszystko podatnym i posłusznym wszelkim pomysłom twórcy. W plastelinie można zrobić wszystko. Wszystko, poza ostrą krawędzią i takim że kątem. Wszystko, co nie jest geometrią i nie podlega precyzji technicznego rysunku. Dla uniknięcia ostrej geometrii też Emile Gallé, sławny szklarz, lecz również ebenista niepośledniej miary, lepią projekty swych jakże rzeźbiarskich mebli z gliny, mającej podobne wszak właściwości.
   Tak więc, bawiąc się, Erazmus został rzeźbiarzem. Niebawem znalazł też w przeszłości swych mistrzów – Michała Anioła, Rodina, Bourdellea oraz innych postimpresjonistów, jak Medardo Rosso. Może ich zwłaszcza, gdyż fascynowało go i zresztą nadal pasjonuje światło. Obrazu i rzeźby pospołu.
   Rozwijając się i doskonaląc nie zagubił jednak tego, co najcenniejsze. Tego, co niewielu tylko artystom udaje się przenieść bez szwanku w wiek i twórczość dojrzałą – a mianowicie dziecinną spontaniczność i świeżość spojrzenia. Oraz takąż radość tworzenia, podobnie jak właściwą temu wiekowi skłonność do ozdobności i nader specyficznego, zmysłowego pojmowania piękna. Erazmus nie lubi brzydoty w żadnej spośród jej wielu postaci i wzdraga się przed nią. Jego ludzie są zgrabni i dobrze, lub nawet strojnie ubrani, ich gest jest wykwintny, bądź nawet patetycznie podniosły, a atrybuty i akcesoria nie byle jakie. Nawet laska Wędrowca jest kunsztownie toczona, nie mówiąc o fantazyjnym nakryciu głowy, ni to kapeluszu ni to brzeszczocie czekana lub późnogotyckiej halabardy. Ba, toż nawet Damulka jest nobliwa w pozie i obłej linii połyskliwego metalu, w jakie zmieniły się jej obfite biodra i niezbyt chyba proste nogi, a kubły pełne śmieci sprawiają wręcz wytworne wrażenie (Na podwórku). Erazmus rzeźbi con amore, więc tylko to, co lubi, co mu się podoba, co jego sympatia i wyobraźnia potrafi przenieść na piedestał idealizacji.
   Jest artystą młodym, a nawet bardzo młodym w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, gdyż lata artystycznej młodości podwoiły się niemal od czasów Rafaela, a nawet tamtego, wielkiego fin de sieclu, w którym trzydziestoletni twórcy uważali się niemal za starców. Swą samodzielną drogę twórczą rozpoczął bowiem zaledwie siedem lat temu. A może – już przed siedmioma laty, bo zdołał pokonać dość długi jej odcinek. W sensie dosłownym i przenośnym, gdyż idzie po niej od bogactwa i skomplikowania do prostoty i jednakiej z nią syntezy treści i adekwatnej do niej formy.
   Zaczął od impresjonistycznej rzeźby fakturalnej, „lepionej” w sposób najzupełniej dosłowny, bo pokrytej gruzełkami materii na wzór wspomnianego już Giacomettiego i Rosso właśnie. Taka rzeźba jest niejako z natury organiczna i w sposób zupełnie naturalny „łapie światło”, jak to się określa w fachowym żargonie na impresjonistyczną właśnie modłę: odbija je rozbłyskami każdej wypukłości i gasi cieniami wklęsłości. Potem, w miarę upływu lat i nabywanego wraz z nimi doświadczenia warsztatowego faktura zmienia się w jubilersko cyzelowany ornament. Jego rzeźby zaczynają ocierać się o misterny i jakże lubiany przez eleganckie damy XVIII zwłaszcza i następnego wieku bibelot, w coś kosztownego i pięknego właśnie poprzez i dzięki precyzji wykonania, jak dalekowschodnie wyroby z ciosów słonia i mamuta lub figurynki z saskiej i sewrskiej porcelany. Wtedy również pojawia się barwa, oparta na subtelnym kontraście brązu z seledynową patyną wyjątkowej urody.
   Bogactwo szybko jednak nuży. I – być może podświadomie – zaczyna irytować swoistą antyrzeźbiarskością. Zwłaszcza wówczas, gdy zakłóca i zaciera szlachetność linii i bryły. Erazmus powraca więc do syntezy. I odnosi kolejny sukces: maleńkie skrzydełka Latającej żyrafy są bardziej niezwykłe i nawet dekoracyjne od najsilniej nawet rozbudowanych szczegółów poprzedzających ją rzeźb. Artysta nie chce epatować biegłością warsztatu ani doskonałością pozbawionego spojeń odlewu. Stopniowo, krok po kroku, cofając się niekiedy po to, by znów ruszyć do przodu, przechodzi na pozycję Bauhausu wraz z jego dewizą „Weniger ist mehr” mniej – znaczy więcej. Zmniejsza ilość elementów w swych rzeźbach, przez co podkreśla znaczenie pozostałych. Kompozycyjnie strukturalnie i treściowo, bo stara się zachować równowagę pomiędzy formą a narracją swych dzieł. Również, a może – zwłaszcza wówczas, gdy nadaje im aluzyjnie żartobliwą wymowę, jak w Magu czy Słoniu.
   Stopniowo formy stają się bardziej masywne. Ciążenia rosną, podobnie, jak rytm poziomych podziałów. Do głosu zaczyna dochodzić bryła. A może powraca by dominować, bo Erazmus nigdy się od niej definitywnie nie odżegnał. Wszak taką właśnie, bryłową budowę ma Chata z 1994 r. i abstrakcyjna Wieża z 1997 r. i Pojazd z 1998 r. i wiele innych. Zaś bryła – to przyrodzona widać rzeźbiarzom tęsknota do potęgi, do monumentu, do rzeczy i pojęć wielkich.


                                                                                                                                              Jerzy Madeyski 

,

   “Every block of marble hides a ready statue. It is enough to see it and chip off redundant pieces”, Michelangelo used to say.
   It is true. However his statement, trivialized beyond the borders of truth, like a block of stone hides the second truth based on Michelangelo’s theory. Namely, a form gives birth to another form. From a shapeless form of a block of stone there emerges a perfect shape, compliant with the sculpturing canon, typified by a specific module and mass, and subjected to gravitational attraction.
   Michelangelo was proclaimed an innovator, a revolutionist and the father of modern European sculpture. Undoubtedly, this opinion was not ungrounded although in his works one can perceive a fairly close echo of the words of Bishop St. Augustus, who was also an outstanding aesthetic: “the mind noticed that it liked beauty only, and in beauty its proportions, and in proportions the numbers”. In this way he expressed the eternal rules of classical art and its predecessor in the form of the most perfect and still matchless art of ancient Egypt and the neighbouring Mesopotamia with its figures of Kherou’bim, enclosed in geometric forms, its winged bulls and rhythmic rows of warriors.
   It seemed that nothing different was possible because sculpture has a special nature. Namely, contrary to other forms of art it is not based on illusion even when it makes such an impression, and even when it imitates objects existing in nature and highlights them with naturalistic polychromy. In spite of the shape that the artist gives it, it always remains a solid matter, a large chunk of stone, bronze, wood or any other material possessing specific physical features. It is always something that can not only be seen but also touched and weighed. One can feel with the tips of one’s fingers its texture and temperature – warm and friendly or repelling with the coldness of eternal endurance. This is perhaps the reason why sculpture has always been the most conservative form of art. Canova was justifiably called “the contemporary Pheidias” and Thordwaldsen likewise, but with the additional modifier “Northern”. Both of them strove to equal him. One century later, Mailoll and August Zamoyski, for instance, tried to achieve the same although in their times mass lost its hegemony. Beside it and in contrast to it there appeared a negative cubist form and open-work constructivist structures. Space demanded its rights. It did not want to float around sculptural mass. It wished, similarly to any solid matter, to become a material with full rights which are due to any other component of a three-dimensional work.
   The blow was enormous. Classical sculpture, in other words sculpture from the Mediterranean region was shaken at its base. The eternal canons were ruined – a new age was approaching.
   However, this was not entirely true. As a matter of fact, sculpture returned to the territories it once had left and enlarged its range of penetration. It moved ahead but first it wisely looked back to the past which, as it seemed, had been irreversibly gone. There it saw slender, almost unreal figures of the Etruscans, looking like exclamation marks, and “sunny chariots” of the far North. It found graphic sculptures, some of which resembled the pre-Germanic runic script carved in stone and others, which absorbed space like pre-historic menhirs in Druidic Stonhenge. It discerned a different tongue of the matter which was perhaps even more poetic than the contemporary one because it was devoid of definitely univocal character. This tongue was more allusive and capable of using a metaphor. Further it observed that the power of sculpture was not based on its mass, size, hugeness, gravitational attraction effecting immense stone blocks, or the expression of a compact monolith either. It made an observation that also small structures can be beautiful and enchanting in their intimate decorativeness, at the same time loosing none or very little of their power of expression or visual attractiveness. It became obvious that Giacometti’s sculptures, like their Etruscan prototypes, could reflect human nature in the same way as Poliklet’s muscular heroes. Perhaps even in a more perfect way because vertical lines contain a concept and a spiritual element as well as an eternal yearning for good and friendly world full of joyous surprises, a fairy-tale world and unrestrained fantasies for which one is so strongly craving at this turn of two technicalist centuries. The first half of the 20th century was the time of surrealism. It was filled with fear of the unknown which was lurking in the limitless space of Chiric’s and Salvador Dali’s paintings and which could suddenly heave in sight from the abyss veiled with dangerous mystery. The end of two millennia and the present is the time of a fairy-tale where we are looking for the counterbalance to everything which can be measured, weighed, predicted and programmed. Ours is an anti-classical epoch. Today one should put a question mark after the words quoted after St. Augustus. Post-modernism disregarded all the uninfringeable dogmas. Nothing was certain or inviolable. Even reason. Particularly reason. Things became mixed in a truly strange dance whirl of notions and values. Solemn authority blended with ridicule, nobleness with grotesque, self-confidence with derisive doubts which became the sole mainstay of arts. Why should not classical sculpture shake hands with its contradiction in the form of artistic achievements of “the barbarian the Goths”, as Vasari called all of Medieval art, and their forefathers from thousands of years before?
   Paweł Erazmus is a typical child of its times. He knows classical and non-classical sculpture of the Mediterranean region and is partial to it both in theory and practice. This is not without a good reason as he was a student of Marian Konieczny, one of our few true sculptors whose works were truly monumental, a worthy follower of Pheidias, Michelangelo, Rodin and Xawery Dunikowski, a master of the dynamics of large masses and pathos in the best sense of the word. Erazmus is able to make a sculpture based on the ancient masters’ canons, on which Vitruvius commented: “nature created man in such a way that the distance between the brows and the nose…”, and so on. Paweł Erazmus simply knows the rules governing sculpture and its craft. This classical inspiration is clearly evident in the statue of Science, accompanied by such typical attributes as: an owl sitting on an olive-tree branch, a trammel and an open book. However her large breasts give her the appearance of a fairly modern girl considering the fact that the ancient Greeks did not know codices and preferred less imposing breasts.
   Erazmus confirmed and extended his knowledge during his travels abroad. Unpretentious photographs show him against the background of the ruins of Pompey, under the Trajan Arch, at the Forum Romanum, also in the Ospedale degli Innocenti and at St.Mark’s square in Florence, and against Edward Erichsen’s “Little Marmaid”, that takes a rest on a lonely rock. It is her who saved a beautiful prince’s life and then died for him in Christian Andersen’s sad fairy-tale.
   Greek myths and northern fairy-tales blend into one complicated whole in the artist’s imagination, where they are enriched with home legends about a lyrical or a heroic tenor and motifs of the Wild West, Black Africa, Far East, reflecting a young boy’s fascination with their legend.
   The truth and fiction, the fiction of the truth and the truth of fiction that can be more real and convincing than the most obvious truth. But only when one believes in them and can inspire others with the same belief.
   Erazmus can do it. This is probably the reason why his art is popular. Namely, he can speak about man and his dreams using the language of forms and symbols. He does not present or imitate him, nor does he create substitutes of man in the shape of spiritless homunculuses, but speaks about man using the language of lines, outlines and contours, in other words he uses drawing which has been widely proclaimed to be “the most honest form of art” and its conscience. Erazmus speaks about man, people, and us, which means that he does not endow his figures with individual features. His man is universal man and a reflection upon man and his fate, dreams and situations in which man has found himself or which the artist would like to experience sometimes. The meditation is sometimes solemn but most often facetious due to its seriousness. The Thinker of 1998 has a tiny head, large hands and huge shoes. Such provocative, even scoffing commentary to the title was imposed by the requirements of the sculpture, composed on the figure of an elongated triangle resembling a pyramid. Almost all Erazmus’s sculptures are vertical in form and strongly misshapen. Not only in order to achieve the explicit and obvious meaning of a slender vertical shape. Elongation of figures is also an expression of artistic refinement. Coarse folk sculpture prefers stocky and squat figures. On the other hand court presentations of man accentuate strongly slim figures and elegant gestures. It is not without a reason why the evolution of classical Greek sculpture goes from Polykleitos through Pheidias to Praxiteles.
   Paweł Erazmus is a sculptor and only a sculptor. He does not paint like his friends sculptors and very seldom draws instead finding satisfaction in the formulation of a general idea or an outline, at the most, of a future sculpture which is created in combination with the feedback from the material. Only in the sensual contact with wax (almost all the artist’s works are made in wax) the formal concept of a sculpture and its literary plot mature. Erazmus likes stories and knows how to tell them. He tells stories about his heroes but first of all about himself, his fascinations, enchantments and fantasies from the time of his boyhood, for example the series “Warriers” showing figures from different epochs and continents, and from his grown-up years; on the other hand, doesn’t man remain a boy all his life according to the feminist theory which states that a woman grows up and a man grows? Erazmus’s sculptures reflect his boyish interest in old numismatics and ornamental values of fibulas and earrings dating from the bronze age, looking nice and pleasant in their unrestrained ornamentation which is free of the discipline of a rigid beauty canon. Perhaps we should look for the inspiration of the playful suggestiveness of his sculptures in those old patterns? In old awkward-made coins one can see images of rulers who were intended to look dignified but look funny instead due to their overly literal execution which changes portraits into caricatures.
   Erazmus started to sculpture or rather model already in his boyhood. He used plasticine which is a soft and ductile material, yielding and obedient to all ideas of a creator. One can do everything in plasticine. And achieve any effect except a sharp edge or an acute angle, everything which does not have to be submitted to the rules of geometry or the precision of technical drawing. In order to avoid sharp geometric forms Emile Gallé, the famous glazier and eminent cabinet-maker, used clay, typified by its properties similar to plasticine, to model in it designs of his sculpture-like furniture.
   Thus, Erazmus became a sculptor during his childhood plays. Shortly afterwards, he found his masters – Michelangelo, Rodin, Bourdelle and other impressionists like Medardo Rosso. Particularly impressionists because he was and still is fascinated with light. Both in the context of sculpture and painting.
   In the course of his artistic development and improvement he managed not to lose one of the most unique qualities which only very few artists can preserve intact and convey into their adult life and mature work, namely a childish spontaneity and freshness of view, as well as the joy of creation and, typical of the age, keenness for ornamentation and extremely specific, sensual understanding of beauty. Erazmus does not like ugliness in any of its varied forms and recoils from it. His men are handsome and well- or smartly dressed. Their gestures are elegant or even pathetically sublime, and their attributes and accessories fine. Even the walking stick of The Wanderer is artistically carved, not to mention his fancy cap which resembles a hat or a blade of an ice-axe or a late Gothic halberd. Also The Lady looks noble thanks to her posture and the oval line of glittering metal into which her wide hips and rather bandy legs have changed. The dustbins filled with rubbish in the sculpture entitled: In the back-yard impress us as stylish. Erazmus creates his sculptures lovingly (con amore) which means that he sculptures what he likes, and what his liking and imagination can idealize and put on a pedestal.
   He is a young artist. We can even call him a very young artist considering the fact that youth is twice longer now than it was in the times of Raphael or the great fin de siecle when thirty years old artists considered themselves almost old men. Erazmus started on his own independent artistic path only seven years ago. Perhaps we should say that it was as long as seven years ago because the artist has covered a fairly long distance since then, literally and figuratively speaking. He moved from rich and complicated forms to simplicity, a synthesis of contents synonymous with it and an adequate shape.
   He started from impressionist sculpture with a pronounced texture, shaped with irregular pasted clods of material after the pattern of Giacometti and Rosso. Such a type of sculpture is to some extent limited by its nature. It naturally “catches light”, as they describe the phenomenon in a specialistic jargon, reflecting it in impressionistic fashion in the form of flashes on every swelling and blacking it out on every hollow. Later on, with the passing of years and gaining of experience the artist changed the texture of his works chiselling them with jeweller’s precision into ornament-like forms. Those sculptures started to bear close resemblance to fine-wrought trinkets, so much preferred by chic ladies in the 18th and 19th centuries. They look like precious works from the Far East made of ivory or mammoth tooth, or tiny figures of Dresden or Sevres china, beautiful thanks to fineness of their execution. At that stage also colour appeared. It was based on a subtle contrast between the shade of bronze and exceptionally beautiful willow green patina.
   However, opulence becomes boring very fast. It also wakes, perhaps unconscious irritation with its specific anti-sculptural qualities. Particularly when it violates and destroys the elegance of line and form. Consequently, Erazmus went back to synthesis. Again this was a successful move – little wings of The Flying Giraffe are more unusual and decorative than former sculptures composed of far more complicated details. The artist no longer wished to impress viewers with his craft or perfection of cast without junctions. Step by step, sometimes moving backwards in order to move ahead again, he followed the Bauhaus motto: “Weniger is mehr”, that is “less means more”. He limited the number of elements in his sculptures and thus emphasized the significance of the remaining constituents in respect of their composition, structure and purport because he strove to achieve balance between form and narration in his works. Particularly when he gave them allusively droll meaning as, for example, in the case of A Magician or An Elephant.
   Progressively forms become more massive. Gravitational attraction increases and the rhythm of horizontal divisions accelerates. The mass of his sculpture begins to come into prominence again. Perhaps it was its come-back to the dominating position because Erazmus had never renounced it definitely. Massiveness is typical of such works as A Hut dating from 1994, A Tower, A Vehicle from 1998 and many others. It seems that mass stands for all sculptors’ inborn yearning for might and all the things which are monumental and grand.

 

                                                                                                                                                                                  Jerzy Madeyski


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Paweł Erazmus, rocznik 1969, ukończył Wydział Rzeźby na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie z wynikiem bardzo dobrym, co poświadczyli w jego dyplomie magistra sztuki: ówczesny Dziekan Wydziału Rzeźby, artysta rzeźbiarz, Prof. Jerzy Nowakowski i Rektor ASP Prof. Włodzimierz Kunz. Ten urodzony w rodzinie inteligenckiej, przybyły do Krakowa ze Stalowej Woli, z przedwojennego Centralnego Okręgu Przemysłowego, nieśmiały, młody człowiek o urodzie amanta filmowego studiował w latach 1989-1994 w pracowni jednego z najwybitniejszych polskich monumentalistów, rzeźbiarza, Profesora Mariana Koniecznego. Jego talent ujawnił się na wiele lat przed przybyciem do „Mekki polskich artystów”, do Krakowa. W wieku zaledwie kilku lat potrafił wyczarowywać w plastelinie, maleńkimi paluszkami bajkowe postacie i zaskakujące „rzeźbiarskie obrazy” świata oglądanego podówczas z „żabiej perspektywy”.
   Podczas studiów, od 1994 r. zaczyna prezentować swoje prace, początkowo w Krakowie, a później w ramach zbiorowych wystaw studentów ASP w niemieckich miastach: w Düsseldorfie i Krefeldzie (1992 r.) oraz w 1993 r. w Maastricht (Holandia) i w Solingen (Niemcy). Unikatowe, perfekcyjne, poetyckie, niewielkie rzeźby z brązu, budziły duże zainteresowanie zarówno krytyków jak i szerokiej publiczności.
   W 1994 r. w Pałacu Sztuki TPSP w Krakowie podczas podyplomowej wystawy „świeżo upieczonych” absolwentów ASP, pośród wielu znakomitych prac młodych artystów dostrzegłem niewielką kolekcję rzeźb Pawła Erazmusa. Przyznam, że zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, urzekły mnie, wracałem do tej części wystawy wielokrotnie. W kilka dni później poznałem osobiście Pawła Erazmusa, rzuconego w Krakowie na „głęboką wodę”.
   Był to początek z jednej strony mojej dyskretnej obserwacji jego artystycznego rozwoju, a z drugiej systematycznego powiększania mojej skromnej kolekcji jego rzeźb, w której pierwszym eksponatem był Łucznik.
   W latach 1995-1998, artysta prezentował swoje, jak je nazywał, rzeźbki w różnych galeriach: od Salonu „Rovera” państwa Misiaków w Krakowie (w 1996 r., wspólny pomysł wystawy pt. Dyplomy 1994, 1995 w Samochodowym Salonie, prezesa Wydawnictwa Jagiellonia Wojciecha Taczanowskiego i mój w ramach RC Kraków), poprzez Salon Wiosenny w Pałacu Sztuki TPSP (1966 r.), w galerii „Pod Złotym Lewkiem” państwa Góreckich przy ul. Szewskiej w Krakowie, w Kopenhadze (1997 r.), aż po pierwszą indywidualną wystawę w Galerii Labirynt przy ul. Floriańskiej w Krakowie (1999 r.) W czerwcu 1994 r. na prośbę moją – prezesa Nowodworskiego Klubu Tenisowego przy I LO w Krakowie – Paweł Erazmus wykonał unikatową statuetkę Tenisista, będącą nagrodą dla najlepszych w tenisowych turniejach uczniów Liceum, a nieco później Ptaka-Śpiewaka, będącego nagrodą w konkursie Piosenki Obcojęzycznej w tymże Liceum. Podczas ich realizacji mogłem obserwować proces tworzenia oraz niezwykły talent i umiejętność transmisji z „oczu do rąk” syntetycznych artystycznie filtrowanych informacji o modelu. W recenzjach z siedemnastu wystaw zarówno krytycy sztuki jak i dziennikarze zgodnie podkreślają łatwość, z jaką Paweł Erazmus nawiązuje do historii i legend, ogromną wyobraźnię z jaką przedstawia dynamikę ludzi i zwierząt. Poprzez wyolbrzymianie i deformacji dłoni, nóg i wyrazistość twarzy, kieruje swobodnie wyobraźnią obserwatora, podkreśla anegdotę.
   Tworzone w starej, sięgającej starożytnego Egiptu, technice traconego wosku, rzeźby są niezwykle precyzyjne i kameralne, mogące ozdobić zarówno pałace jak i współczesne mieszkania. Rzeźby Pawła Erazmusa przynoszą szczęśliwym posiadaczom oraz ich gościom wiele doznań estetycznych i głębokich refleksji filozoficznych! Bardziej skomplikowane kompozycje, mimo formalnej szarady, są dla wnikliwych obserwatorów dość czytelne.
   Po ponad siedmiu latach obserwacji jego dokonań artystycznych uznałem, iż nadszedł czas pokazania jego rzeźb w Pałacu Sztuki TPSP w Krakowie. W styczniu 2002 r. została zorganizowana w Świetlicy Wyspiańskiego w Pałacu Sztuki indywidualna wystawa rzeźby Pawła Erazmusa. Wystawie towarzyszyło wydanie tego oto Albumu oraz po raz pierwszy w historii został zrealizowany przez TPSP film o rzeźbiarzu, o Pawle Erazmusie, w ramach cyklu: „Galeria Artystów Pałacu Sztuki” (reżyser – Stefan Szlachtycz, operator – Jerzy Drużkowski).
   Te dwie synchroniczne publikacje towarzyszące wystawie rzeźby Pawła Erazmusa, są totalną, na miarę możliwości intelektualnych i technicznych XXI wieku, promocją jego sztuki, znakomitej polskiej sztuki w Polsce i jednoczącej się Europie.

                                                                                                                                                Zbigniew Kazimierz Witek

,

   Paweł Erazmus completed his studies at the Department of Sculpture at the Academy of Fine Arts in Cracow with a very good result, which was certified by his title of Master of Fine Arts and Diploma bearing signatures of Prof. Jerzy Nowakowski, Dean of the Department of Sculpture and Prof. Włodzimierz Kunz, Rector of the Academy of Fine Arts at that time. He was born in the family of the intelligentsia in 1969 in Stalowa Wola, known as a centre of the Central Industrial Area in the interwar period. When he came to Cracow he was very young and very shy in spite of his looks of a film star. In the years 1989–1994 he was a student of one of the most outstanding Polish sculptors – an author of monumental sculptures, Prof. Marian Konieczny. Erazmus’s talent, though, had manifested itself years before he entered the Professor’s studio in Cracow – the city which is recognized as the “Mecca of Polish artists”. He was only a few years old when he could create in plasticine fairy-like creatures and surprising images of the surrounding world, seen from the “frog perspective”, in very sculpture-like forms.
   He began to present his works to the public in 1991, still as a student at the Academy, from 1991. In the beginning these were exhibitions in Cracow, but later, within the framework of group exhibitions of students of the Academy of Fine Arts, in such German cities as Düsseldorf and Krefeld in 1992, and in Maastricht (Holland) and Solingen (Germany) in 1993. His unique, immaculate, poetic, and small-sized sculptures made of bronze, generated a lot of interest both among the critics and in the common audience.
   In 1994 at the Pałac Sztuki (Palace of Art) of the Society of the Friends of Fine Arts (TPSP) in Cracow, in the post-diploma exhibition of “young graduates” of the Academy of Fine Arts, I noticed a small collection of Paweł Erazmus’s works among a large number of excellent sculptures of his fellow-graduates. I must admit that I was greatly impressed and truly enchanted by them. I kept returning to take another and still another look at them a number of times. A few days later I met Paweł Erazmus in person. At the time he was struggling to win independence, recognition as an artist and renown in Cracow.
   Our meeting, on the one hand, marked the beginning of my discreet observation of his artistic growth, and on the other, a systematic enlargement of my own collection of his sculptures in which the one called An Archer was the first.
   In the period from 1995 to 1998 the artist showed his little sculptures (rzeźbki), as he used to call them, in different galleries including: the salon of ROVER of the Misiaks in Cracow in 1996 (it was a common idea of Wojciech Taczanowski, President of the Jagiellonia Publishing House and myself to organize an exhibition entitled The 1994 and 1995 Diplomas at an auto salon), the Pałac Sztuki (Palace of Art) of the Society of the Friends of Fine Arts in 1996, the “Pod Złotym Lewkiem” Gallery of the Góreckis in Szewska Street in Cracow, in Copenhagen in 1997, and the “Labirynt” Gallery in Floriańska Street in Cracow in 1999, which was his first individual exhibition.
   In 1994, as the President of the Nowodworski Tennis Club at the Secondary School No 1 in Cracow, I turned to Peweł Erazmus with a request to make a unique statue called A Tennis Player which was intended as prize for the winners of the school tennis competitions, and A Bird-Singer (Ptak-Śpiewak) intended as a prize in the Competition of Foreign Songs at the same school. Work on them rendered an opportunity for me to follow the process of their creation and observe at close distance the artist’s unusual talent and ability to transform his observations of models into sculptures by sifting them through artistic imagination and synthesizing.
   Both art critics and journalists unanimously stress in their reviews from seventeen exhibitions in which Paweł Erazmus took place, the easiness with which he refers to history and legends, and his colossal imagination visible in the way he presents people and animals. By exaggerating and deforming the limbs and accentuating expressiveness of faces the artist easily manipulates the viewers’ imagination and underlines the anecdote.
   His sculptures which are made in very old wax technique, dating back to the times of ancient Egypt, are unusually precise and private, and they can decorate both palace halls and contemporary apartments.
   Paweł Erazmus’s sculptures give their lucky owners and admirers many esthetical thrills and reasons for profound philosophical reflection. His more complicated compositions are puzzling in the formal sense but their meaning is still clear to perceptive viewers.
   After seven years of very careful observation of his artistic achievements I decided that the time was ripe to show his sculptures in the Pałac Sztuki (Palace of Art) of the Society of the Friends of Fine Arts in Cracow. An individual exhibition of Paweł Erazmu’s sculptures is ready to be presented in the Wyspiański room in January 2002. The exhibition is accompanied by this album and a film on Erazmus’s work, the first made by the Society in the cycle called “The Pałac Sztuki Gallery of Artists” (director – Stefan Szlachtycz, photography director – Jerzy Drużkowski).
   These two publications, synchronized in respect of subject and time, serve the goal of a consistent and complex promotion of Paweł Erazmus’s work, and of excellent Polish art in Poland and abroad, at the same time meeting the challenges and intellectual and technological expectations of the 21st century.

                                                                                                                                              Zbigniew Kazimierz Witek


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   MALARSTWO
   Do 15 grudnia br. w salonie wystawowym TPSP w Nowej Hucie można obejrzeć malarstwo AURELII FURDZIK. 48 obrazów olejnych prezentuje główne zainteresowania artystki — są nimi pejzaże i martwa natura, choć można tutaj także spotkać 2 i portret.
   Aurelia Furdzik wykształcenie artystyczne odebrała w Państwowym Instytucie Sztuk Plastycznych we Lwowie, gdzie ukończyła Wydział Grafiki pod kierunkiem prof. Ludwika Tyrowicza. Malarstwem zajmuje się dopiero od 1970 r. Maluje od tego czasu wytrwale krajobrazy, kwiaty i od niedawna kompozycje figuralne, czasem portrety. Artystka tworzy głównie, obrazy olejne, ale posługuje się też techniką akwareli. Aurelia Furdzik osiągnęła umiejętność odławiania wyglądu rzeczy nie gubiąc się przy tym w szczegółach. To szczególne widzenie natury i chęć jej ujęcia w formę obrazu ma w sobie coś z ogólnego opisu topograficznego, tyle że dokonywanego językiem środków malarskich, które stosowane są z dużą biegłością już to surowo, ekspresyjnie, kiedy indziej znów bardziej wrażeniowo, impresyjnie. Te dwie metody malowania, pozornie sprzeczne, łączą się z czasem w jednym obrazie składając się na swoisty realizm. Można to zauważyć również w malarstwie kwiatów, ich bukietów, które szczególnie zachwycają W nowohuckim salonie wystawowym, mimo że pora już zimowa, kwitną... kwiaty kasztana, pachną bladoróżowe hortensje, róże i irysy. Podobają się też pejzaże dalekiej „Casablanki” czy... rodzimej Mszany Dolnej. Przyciąga uwagę „Witraż leśny”. Aurelia Furdzik prace swe wystawiała m. in. w „Beskid Gallery" w Londynie w 1972 r. w Klubie Politechniki Krakowskiej w 1978 r.. Galerii „Gryf" w 1980
   Repr. Grzegorz Kozakiewicz,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   ,    Aurelia Furdzik Beskid Gallery Of the eight paintings by Aurelia Furdzik at the Beskid Gallery in Moor Park Road, only one stands out -a seascape with gentle and beautifully applied colour, this is a work of calm serenity. Against the harsh, crude works that surround it, the painting becomes a masterpiece. The others, landscapes and still-lifes with thickly applied colour, have little to offer. Lacking in motion and style, they hang limply and oppressively in the confined space of the Beskid, only ocasionally relieved by a brief sense of colour.
   
   Tim Mason
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Ponoć Kandinsky wszedł kiedyś do pracowni i stanął olśniony niezwykłą urodą wiszącego na ścianie obrazu. Podszedł do niego i dopiero z bliska dostrzegł, że owym nieznanym mu dziełem jest jego własny obraz, który ktoś, być może on sam, odwrócił do góry nogami. Tak powstała abstrakcja. Przynajmniej w anegdocie, a w jej konsekwencji traktat Ueber das Geistige in der Kunst – o pierwiastku duchowym w sztuce, co nie zmienia faktu, że szczęśliwe wypadki się artystom zdarzają. Oraz – toutes proportions gardees – niekiedy również piszącym o sztuce, tak jak to miało miejsce z niżej podpisanym.
   Cóż można bowiem napisać o Juliuszu Joniaku w parę zaledwie lat po ukazaniu się pierwszego dużego albumu jego malarstwa poprzedzonego wstępem Prezesa TPSP Zbigniewa K. Witka, analitycznym tekstem dr Józefa Grabskiego oraz własną impresją? Że jest najwybitniejszym obecnie naszym kolorystą? Oczywisty banał i truizm. Że jest sławny i coraz sławniejszy, że zdobył to, co udaje się tylko najlepszym, a mianowicie podziw i szacunek swych artystycznych przeciwników, nawet tych, którzy odtrącili pojęcie piękna i dobrego smaku z wokabularza swojej sztuki? Znów to samo. Że jest, podobnie jak jego obrazy, najmilszym interlokutorem i kompanionem, o czym wiem z własnego doświadczenia, gdyż również jego pejzaż cieszy moje serce i oczy od lat już dwu, i wspiera mnie w chwilach porannej melancholii i ma mi wciąż coś nowego do powiedzenia. Że wszedł w nowy okres twórczości, której niniejsza wystawa i towarzyszący jej album są widomym dowodem?
   Tak, to jest wątek do rozwinięcia, gdyż istotnie, malarstwo artysty wciąż się zmienia i rozwija w rytmie niejako skokowym, zwanym potocznie fazą, bądź też okresem rozwoju sztuki: Juliusz Joniak niejako otwiera jakieś zagadnienie, by je rozpatrywać z wielu aspektów; cieszy się udanymi rozwiązaniami, bo malowanie sprawia mu widoczną radość, bada ich możliwości wyrazowe i doskonali je. Poczem zjawia się w tkance obrazu coś nowego, jakiś, drugorzędny zda się, element i coś się zaczyna rozwijać, pączkować i nabierać sił i prężności, którą emanują skądinąd wszystkie dzieła artysty. Nawet refleksyjne, a niekiedy wręcz zadumane martwe natury.
   Właśnie wtedy, już po skrystalizowaniu się pomysłu bądź też jego zarysu tylko, nadbiegł z pomocą ślepy traf w postaci wydruku reprodukcji do albumu, bez których nader trudno by było uporządkować i ująć w jakieś logiczne ramy ogromny, gdyż liczący ponad sto obrazów i trudną do obliczenia liczbę szkiców, akwarelowych notatek i rysunków, plon owych kilku lat. Sęk w tym, że wydruk był czarno-biały. Surowy więc, a nawet ascetyczny, bo pozbawiony świetlistej gry barw i jej magicznego działania, bo barwa wielkich mistrzów jest magią, zaś ich kolorystyczne systemy i rozstrzygnięcia wymykają się wszelkim próbom uchwycenia i zamknięcia w werbalnej analizie. Koloryt Velasqueza, Moneta, Cezannea, van Gogha, Matissea... wszyscy rozpoznają go na pierwszy rzut oka i doceniają dzieło mistrza. Lecz dociec jak, jakim czartowskim zaklęciem wydobył on pełne brzmienie z dwu niepozornych zda się plamek koloru, jak uniknął zgrzytu lub chociażby niemiłego dysonansu tylko w najbardziej ryzykownych kontrastach? – nie, tego żaden, najbardziej nawet wybitny i zadufany w sobie krytyk uczynić nie potrafi, choć może usiłować wmówić to współczesnym i potomnym.
   Co innego rysunek. Konkretny i uchwytny. Zwany rozmaicie – również uczciwością sztuki, bo właśnie w nim odbija się i znajduje swój kształt myśl artysty, co Federigo Zuccaro ujął w definicję „rysunek nie jest materią ani ciałem, jest natomiast ideą, porządkiem, terminem, przedmiotem umysłu, jest rozumieniem i pragnieniem...”
   Te właśnie przymioty i dążenia ukazały się w czarno-białych reprodukcjach z całą wyrazistością: żelazny ład konstrukcji, wytrwałe badanie struktury świata i przekładanie jej na strukturę obrazu. I konsekwencja apriorycznie założonego ładu, miary rytmu, równowagi precyzyjnie obliczonych ciążeń, budowy perspektywy, piętrzenia brył, okiełzania skosów tak, by ich dynamika nie zachwiała równowagą, by ich energia nie rozsadziła kompozycji, by piękny i uporządkowany w swym nieustannym ruchu kosmos obrazu nie zmienił się w swe przeciwieństwo i zaprzeczenie jakim jest bezład chaosu. Tak, czarno-białe reprodukcje dawnych lat i ich zgrzebnych katalogów miały swe walory, które dopiero dziś z perspektywy świetnych i efektownych reprodukcji barwnych możemy docenić. I porównać czarno-białe reprodukcje sprzed półwiecza bez mała z tymi, które łaskawy los nam podsunął. A porównując – przypomnieć sobie, że Juliusz Joniak studiował – poza malarstwem – również grafikę. Więcej nawet – że ostentacyjnie eksponował rysunek w swoich obrazach, że podporządkowywał pejzaż prostokreślnym układom o mondrianowskiej niemal precyzji i ocierał się o abstrakcję podobnie, jak to był uczynił Kandinsky, mówiąc „coraz częściej odczuwałem, że forma narzuca nieodmiennie artyście pragnienie oderwania się od rzeczywistości”. Takie właśnie, mocno geometryzowane i pragnące oderwać się od bezładnych realiów świata są tamte, wczesne obrazy. Natura, ba, cały widzialny świat wraz z jego nieprzebranym bogactwem form, barw i możliwości, z cała swą beztroską fantazją, został sprowadzony do roli impulsu, bądź też pretekstu nawet.
   Lecz czysta geometria była zbyt oschła, nieludzka i pozbawiona wszelkiego sensualizmu, zaś Joniak jest również, a może zwłaszcza sensualistą. Mądrym i myślącym sensualistą, gdyż sensualizm w malarstwie został przez jego fanatycznych wyznawców sprowadzony do instynktownego „malowania bebechami”. A ponadto geometria jest zbyt mało pociągająca: wszak trudno się cieszyć najdoskonalszym nawet sześcianem i głaskać jego ostre krawędzie. Kto jednak wie, czy nie była ona w pierwszym rzędzie dla Joniaka zbyt mało radosna: wszak geometria przedkłada ascezę ponad miły epikureizm. Również w jego malarskim wymiarze. Miękkie, organiczne formy wracają więc do malarstwa Joniaka wraz z ich wesołym rozwichrzeniem i ruchem, będącym wszak synonimem życia i zmian, jakie ono ze sobą niesie. Rysunek ucieka w głąb, lecz trwa, czuwa i decyduje o wszystkim, z rozmieszczeniem, i natężeniem koloru łącznie. Obrazy stają się stopniowo coraz bardziej oszczędne w sumie użytych środków, więc doskonalsze tym samym, lecz w założeniu podobne, gdyż oparte na podobnej siatce podziałów pionowych i poziomych i wyznaczanych przez nie rytmach, skąd wniosek, że sztuka artysty nie rozwija się liniowo, lecz wznosi na kształt spirali wokół osi wyznaczającej osobowość autora i że to ona określa orbitę dopuszczalnych zmian i eksperymentów. Joniak należy bowiem do grona artystów malujących de facto przez całe życie jeden obraz, swój pejzaż wewnętrzny. W różnych wariantach i nastrojach, w pełnym blasku południa, brzasku poranka i – acz z rzadka – zakryty chmurami, zza których jednak zawsze prześwituje słońce, bądź też choćby jego zapowiedź tylko. Takim właśnie malarzem był Cezanne, którego gazetowa reprodukcja autoportretu w meloniku stoi – pośród innych rekwizytów w pracowni artysty dwa razy pojawiła się również w martwych naturach z ostatnich lat. Samotnie i w towarzystwie symetrycznie ustawionego kota. Pozuje z godnym, acz niezbyt mądrym wyrazem twarzy frontem do widza. „Malowałem martwą naturę z Cezannem, a tu nagle kot mi wskoczył w kompozycję i zaczął się gapić, więc go namalowałem...” mówi artysta. I bardzo dobrze, bo jakiś kot zawsze się w uporządkowanym świecie sztuki przyda.
   Zaczem zjawia się w malarstwie Joniaka pod różnymi, lecz zwykle uśmiechniętymi postaciami, bo zbytnia solenność i celebra nuży, zarówno widza jak autora. Wszak już Renoir stwierdził, że „obraz powinien być czymś miłym i radosnym, gdyż dość jest rzeczy brzydkich i przykrych na świecie, abyśmy mieli produkować następne”.
   W każdym więc niemal obrazie Joniaka zjawia się jakaś niespodzianka, jakiś malarski paradoks, jakieś zaskakujące ujęcie perspektywy, lub zestawienie barw, tego, co abstrakcyjne, na przykład, więc należące do czystego malarstwa z tym, co demonstracyjnie podkreśla swą przynależność do normalnego świata przedmiotów, bo również sztuka potrafi się uśmiechnąć w sobie tylko właściwy sposób. Tyle, że nie wszyscy jej uśmiech potrafią dostrzec.
   „Kąpiących się” Cezanne maluje dziewięć razy, „Grających w karty” razy pięć, nieustannie powraca też do alei kasztanowców w Jas de Boffon, do marsylskiej zatoki, góry St. Victoire szczególnie... Juliusz Joniak buduje swe martwe natury zawsze z tych samych rekwizytów, bo na kota nie można wszak liczyć. I powraca rok rocznie na swe ukochane południe, do Prowansji i Hiszpanii, by zanurzyć się więc psychicznym klimacie, w ich joie de vivre i cudownej beztrosce dolce far niente, słodkiego nieróbstwa Arkadii. By znów, po raz któryś z rzędu ujrzeć i malować swe ulubione motywy. Zawsze te same, lecz inne zarazem, boć przecie pejzaż jest, według Zoli „naturą widzianą przez temperament artysty, a temperament jest kapryśny i lubi zmiany”. Nieustannie też zmienia się świadomość i hierarchia ważności, a wraz z nimi wymiar i śmiałość podejmowanych decyzji. A przypomnieć należy, że Joniak maluje podczas swoich wojaży jedynie akwarelowe notatki i rysuje szkice, które później rozwija i przetwarza w swej krakowskiej, a raczej Zabierzowskiej już od pewnego czasu pracowni. I podporządkowuje swej artystycznej prawdzie, która jest zawsze bardziej atrakcyjna i sugestywna od prawdy realnej. Coraz śmielej i bardziej zdecydowanie a niekiedy wręcz radykalnie. Czerwona dominanta pejzażu sprzed lat rozlewa się łuną na całe płótno i rozjarza, obraz płonie, proste linie perspektywy ścierniska unoszą się, żółty trapez ogromnieje i wypełnia niemal całą przestrzeń, drzewa dalekiego planu zmieniają się w kontur zamykający kompozycję. Abstrakcja geometryczna wraca, lecz w nowej, ileż bardziej wyrafinowanej formie.
   Obrazy Joniaka stają się coraz bardziej monumentalne, a koloryt lokalny odgrywa w nich coraz mniejszą rolę. Artysta wchodzi zdecydowanie w fazę bardzo osobistego ekspresjonizmu, który skądinąd nigdy nie był mu obcy, tym bardziej niemiły.
   Czy artysta przekroczy kiedyś granicę, za którą „u stóp plastyki leży pokonana natura”, jak to ogłosił przed laty Appolinaire z nieukrywanym triumfem?
   Raczej nie, gdyż zbyt sobie ceni uroki natury i zbyt mocno jest z nią związany, by chcieć ją widzieć słabą i bezsilną u swych stóp. Bardziej prawdopodobnym, lub nawet pewnym jest, że będzie ją nadal poprawiał. Z niesłabnącą sympatią, lecz coraz bardziej zdecydowanie, bądź też apodyktycznie nawet, bo czyż ekspresjonizm nie zmienił pokornego „ŚWIAT i ja” impresjonistów w dumne „JA i świat”?
   Gdyż natura może się mylić. Prawdziwa sztuka nie myli się nigdy.

,

   From all accounts Kandinsky entered his studio one day and stopped dead in his tracks struck with the beauty of a painting hanging on the wall. He came closer and noticed that the unknown work was his own painting which was put upside down on the wall. This is how abstract art was born, at least according to this anecdote which later led to the treatise entitled “Ueber das Geistige in der Kunst” discussing a spiritual element of art, not excluding however the role of lucky incidents in the artist’s experience. Toutes proportions gardees, people who write about art do also experience lucky events. This is my case for instance.
   What else can we say about Juliusz Joniak so soon after the publication of the first large album of his paintings, including also an introduction by Zbigniew K.Witek, President of the Society of the Friends of Fine Arts, an analysis by Dr. Józef Grabski and the artist’s own impressions? We could repeat that he is the most outstanding colourist in the present time, which sounds so obvious and banal. We can repeat that his fame is growing, and that he has already gained admiration and respect of even those artistic opponents who have deleted the notion of beauty and good taste from their private glossaries. We can say once again that he is the nicest interlocutor and companion, and that his landscape has been a source of consolation and joy for my soul and eyes for the past two years. We can just as well add that he has entered a new period in his artistic work, the effects of which we can admire at this exhibition and in this album.
   Joniak’s art has been developing in phases. He usually chooses a theme, studies its different aspects, enjoys various artistic solutions (painting gives him great joy), studies their different possibilities of expression and improves them. From time to time something new appears in the tissue of his painting, an element which at first seems to have only secondary meaning but which soon starts to develop, to grow, and to gain energy, which emanates from all his canvases, even from his melancholic still lifes.
   When the task of organizing in some logical framework Joniak’s huge artistic output, comprising over one hundred paintings and a large number of sketches, watercolours and drawings seemed overwhelmingly desperate, a lucky chance let me find a collection of some reproductions prepared for an album. The only problem was that they were black and white. The prints were severe, even ascetic, since they had no luminosity of colouring or the magic effect that only colour tones can produce. We can easily perceive the magic effect of great master’s colour systems and artistic solutions which are beyond verbal analysis. The colouring of Velazquez’s, Monet’s, Cezanne’s, van Gogh’s, Matisse’s works can be recognized and admired at first glance. On the other hand, how could any art critic, even the most confounded one, discuss black and white prints to present the way the artist managed to achieve complete harmony with the use of two contrasting colours?
   It would be easy to do it in the case of drawing, which is clear-cut and tangible. It is sometimes called the most faithful means of artistic expression that reflects and represents the artist’s idea. Federigo Zuccaro is an author of the following definition:” drawing is not the matter or the body, but it is the idea, the order, the term, the object of the mind; it is the understanding and the desire…”. These qualities and intentions are clearly visible in the black and white reproductions, namely: the iron discipline of construction, a persistent study of the structure of the world and their transformation into the structure of the painting. One must also mention the consistent order, the rhythm, the balance, the construction of the perspective, the piling of masses, the taming of the energy of slants in order to protect balance from their dynamics and the whole composition from their power so that the beautiful and orderly motion of the cosmos is not turned into its chaos.
   I must admit that those old black and white reproductions and coarsely-edited catalogues had their merits, which can be appreciated now through a perverse comparison with excellent and attractive colour reproductions which are so common nowadays. When speaking about black and white reproductions we can also remember that apart from painting Juliusz Joniak also studied graphic art and that he used to emphasize drawing ostentatiously on his canvases. The artist subjected landscape to systems of straight lines which were typical of Mondrian’s precision, and toyed with abstract art, similarly to Kandinsky. His early paintings are strongly geometric, desperately desiring to break free from the confused reality of the world. Nature and the whole visible world with its limitless wealth of forms, colours and possibilities, saturated with care-free fantasy, were reduced to the role of an impulse or a pretext.
   However, pure geometry turned out to be too cold, inhuman and devoid of any sexuality whereas Joniak is a sensualist. It proved to have little attraction for someone who is such a wise and thinking being – it was really difficult to be happy about a cube, even if it had the most perfect shape, or to stroke its edges. We can also suspect that geometry was not joyful enough for Joniak since evenits artistic aspect is characterized by asceticism instead of pleasant epicurism. Consequently, soft and organic form, so full of joyful chaos and motion which are synonymous with life and changes, returned in Joniak’s painting. Still, drawing continued to be present in it although it was shifted into the background. It assumed the function of an element controlling and deciding about other components of a painting, including their arrangement and intensity of colours. The number of artistic measures progressively grew smaller and smaller, thanks to which paintings became more perfect. Joniak’s art has developed in the spiral way around an axis denoting the artist’s personality which has the last word to say regarding admissible changes and experiments. Joniak can be included among artists who, as a matter of fact, create one picture all their lives – this is the picture of their internal landscape. Cezanne was one of them. A reproduction of his self-portrait is among different props in Joniak’s studio and has appeared twice in the artist’s still lifes in the past few years. It appears alone or in a symmetrical composition with a cat. Joniak explains that the cat turned out so unexpectedly and out of nowhere that the artist could do nothing else but paint it. Just as well, because a cat can always be useful in the orderly world of art. Too much solemnity and seriousness tire both the author and viewers, do they not? Renoir commented that: ”a painting should be nice and joyful because there are enough of ugly and unpleasant things in the world and there is no need to produce more of them”.
   Almost every Joniak’s painting surprises viewers with some artistic paradox. It can be a startling approach to the perspective, an amazing composition of colours, or a combination of abstract forms with obviously trivial objects. His art ogles the audience and smiles to it. Unfortunately, not all viewers are able to see it.
   Cezanne painted his “Bathers” nine times and “The Card Players” five times. He repeatedly used some favourite motifs, like for example: a boulevard with chestnut trees in Jas de Boffon, a bay in Marseille, St. Victoire Mount, and other. Juliusz Joniak does likewise. He constructs his still lifes always using the same props – since he cannot always count on the presence of a cat. Every year he goes back to his beloved regions in the south of Europe, to Provance and Spain, to take in the mood of the proverbial joie de vivre and the wonderfully carefree dolce far niente, and paint again his favourite motifs. They are always the same and different at the same time because, according to Zola, landscape is “nature perceived through the artist’s temperament, and temperament is capricious and unstable”. Similarly, consciousness and the hierarchy of values, together with the importance and boldness of decisions are subjected to constant changes. One must remember that Joniak makes only watercolours and sketches during his voyages, which he later develops and transforms when he returns to his studio in Zabierzów. Then he adapts them to “an artistic truth ”which is always more attractive and suggestive than the truth of the reality. These adaptations are more and more decisive and radical. When we see the red dominant of his landscapes from the past floods the whole canvas which glows and blazes whereas straight lines of the stubble field, the yellow trapezium and contours of trees make frames to the composition we come to realize that geometric abstract art has returned in a new and more refined form.
   Joniak’s works are more monumental now. Local colour plays a less important role in them. The artist is entering a phase of very personal expressionism which, by the way, has never been strange or unacceptable.
   Will the artist ever overstep the limit beyond which “defeated nature lies at the feet of art” like Apollinaire who announced it triumphantly years ago?
   It seems unlikely since Joniak appreciates the beauty of nature too much and is too strongly attached to it to want to see it weak and powerless. It is more probable or certain that he will continue to correct it and that he will do it in a more decisive and apodictic way. Expressionism changed the impressionists’ motto “The World and I” into the expressionists’ proud motto “I and the world”, did it not?
   Nature can be wrong. True art never is.


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Rok 2004 jest rokiem Jubileuszu 150-lecia powstania Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, najstarszego w tej części Europy Towarzystwa wspierającego artystów i polską sztukę.
   By uświetnić ten piękny Jubileusz zaproponowałem profesorowi Juliuszowi Joniakowi, członkowi Odrodzonego Zarządu TPSP w Krakowie, a od 2001 r. wiceprezesowi tego szacownego Towarzystwa zorganizowanie wystawy jego malarstwa z lat 1998-2003 w Pałacu Sztuki oraz wydanie albumu.
   Artysta propozycję przyjął, i tak oto mamy zaszczyt i przyjemność gościć w Pałacu Sztuki znakomitego malarza z przełomu XX i XXI wieku.
   Juliusz Joniak opuścił, nie z własnej woli, pod koniec II wojny światowej rodzinny Lwów. Na miejsce kształcenia artystycznego wybrał Kraków.
   Na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie ukończył dwa wydziały. Malarstwo studiował u profesora Czesława Rzepińskiego, a grafikę w pracowniach profesorów: Ludwika Gardowskiego, Andrzeja Jurkiewicza i Konrada Srzednickiego.
   W 1955 r. rozpoczął karierę akademicką na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Pokonał kolejno wszystkie jej stopnie od asystenta do profesora zwyczajnego (nominację wręczono mu w 1996 r.).
   W swej macierzystej Uczelni pełnił zaszczytne i odpowiedzialne funkcje: Kierownika Katedry Kształcenia Ogólnego na Wydziale Grafiki (1971-1975), Kierownika Katedry II Malarstwa na Wydziale Malarstwa (1975-1978), Dziekana Wydziału Malarstwa (1978-1981) oraz Prorektora Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie przez dwie kadencje (1981-1987).
   Był Juliusz Joniak aktywnym działaczem Związku Polskich Artystów Plastyków w Krakowie pełniąc funkcje: przewodniczącego sekcji malarstwa i wiceprezesa Związku.
   XI Prezes Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie prof. Karol Estreicher dwukrotnie nagradzał Juliusza Joniaka za osiągnięcia artystyczne. W 1958 r. wręczył mu Brązowy Medal za Salon ’58, a w roku następnym uhonorował Go najwyższym wyróżnieniem – Złotym Medalem TPSP.
   Juliusz Joniak uczestniczył w wielu wystawach krajowych i zagranicznych od Wenecji, Berlina, Helsinek po Ateny i Montreal, a Jego obrazy znajdują się w kolekcjach prywatnych i muzeach całego świata.
   Po otrzymaniu najwyższej nagrody na VII Międzynarodowym Festiwalu Sztuk w Magné we Francji, w lipcu 1995 r. został Juliusz Joniak członkiem honorowym Academie Européene de Arts w Paryżu.
   Obrazy prezentowane na wystawie (1 kwietnia 2004 – 9 maja 2004) i w Albumie Malarstwa Juliusza Joniaka powstały w Jego pracowni w Zabierzowie koło Krakowa i są efektem corocznych podróży artystycznych na południe Francji i do północnej Hiszpanii.
   Wpływ na ich piękno i harmonię ma ciepło i niepowtarzalna atmosfera domu Joniaków. Dba o nią kapłanka domowego ogniska, artystka malarka Teresa Wallis-Joniak – żona artysty.
   Dziękując Juliuszowi, Teresie oraz córkom Ani i Marcie za pomoc w realizacji Albumu i wystawy życzę Im zdrowia i dalszych sukcesów artystycznych i życiowych.

,

   The year 2004 is a jubilee year for the Society of the Friends of Fine Arts (TPSP) in Krakow. This oldest organization supporting artists and Polish art in this part of Europe, is celebrating its 150th anniversary.
   In order to add splendor to the occasion I have proposed Professor Juliusz Joniak who is a member to the reorganized Board of the Society and from 2001 its Vice President, that we organize an exhibition of his paintings from the years 1998-2003 in Pałac Sztuki (Palace of Art) and publish an album.
   The suggestion was accepted and now we have the honour and pleasure to admire works of this distinguished painter.
   Juliusz Joniak was born in Lvov which he left, not out of his own free will, at the end of World War II. He chose Krakow as a place of his artistic studies. He studied in two departments at the Academy of Fine Arts in Krakow. He was a student of painting in Professor Czesław Rzepiński’s studio and of graphic art under the guidance of three professors, namely Ludwik Gardowski, Andrzej Jurkiewicz and Konrad Srzednicki.
   In 1955 his academic career began at the Academy of Fine Arts in Krakow and in 1966 he was conferred on the tile of full professor.
   Throughout the years Joniak held different honorable and responsible positions at the Academy. Namely, he was the Head of the Katedra of General Education in the Department of Graphic Art (1971-1975), the Head of Katedra II of Paining in the Department of Painting (1975-1978), Dean of the Department of Painting (1978-1981) and Vice Chancellor of the Academy of Fine Arts in Krakow (two terms of office from 1981-1987). Juliusz Joniak used to be a very active member of the Association of Polish Artist and Designers in Krakow in which he held the position of the President of the Painting Section and the Vice Chairman of the Association.
   Prof. Karol Estreicher, the 11th President of the Society of the Friends of Fine Arts in Krakow awarded Juliusz Joniak for his artistic achievements twice. In 1958 he gave him the Bronze Medal for the Salon ’58 and in the following year the Gold Medal of the Society of the Friends of Fine Arts.
   Juliusz Joniak participated in numerous exhibitions in the country and abroad (eg. Venice, Berlin, Helsinki, Athens, Montreal, etc.). In July 1995, after he was awarded the highest prize at the 7th International Art Festival in Magné in France, he became an honorary member of the Academie Européene de Arts in Paris.
   Paintings presented at this exhibition (1st April 2004 – 9th May, 2004) and in the album of Juliusz Joniak’s paining were created in his studio in Zabierzów near Krakow. They are effects of his yearly trips to the south of France and Spain. Undoubtedly, their beauty and harmony also source from the warm and unique atmosphere of his home in which his artist wife Teresa Wallis-Joniak upholds the values of tradition.
   I would like to thank Juliusz, Teresa and their daughters Anna and Marta for their help in the preparation of the album and the exhibition and wish them all success on their artistic path and in private life.


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   „....Ulubione kwiaty na obrazach są symbolem przemijania, elfy w przypałacowych ogrodach i poplątanych zaroślach to z pewnością dobre duszki, ale i twarze-maski, o owadziej zjadliwości i gotowości do ukąszenia, wydają się na tyle łagodne, aby nie odczuwać przed nim lęku niczym przed inwazją żerującej szarańczy (...).”
   
   „...Zarysowując szybko i syntetycznie jakąś wizję, scenę, widok, wrażenie malarka stara się pozostawić tę spontaniczność i świeżość w pierwotnym stanie. Linia miesza się z dynamicznie (laserunkowo i kryjąco) położoną plamą. Czyni to obrazy Małgorzaty Karp
   – Soi bardzo malarskimi, a przy tym nastrojowymi, co zawarte jest w wartościach koloru (...).”
   
   ...Wyobraźnia artystki, jej poetycka inwencja, przenosi nas w inną rzeczywistość. Chce zatrzymać urok i duchową poświatę wyśnionych bohaterów, pejzaży, zielników i kwiatów, baśniowych stworków, lirycznych nastrojów utraconego czasu. Tak spełnia się blask i uroda przeszłości, wyidealizowane marzenia o niej. Na tym tle odróżniamy teraźniejszość i przyszłość, tęsknimy za tym, co bezpowrotnie odchodzi....”
   „...No i wreszcie bardzo świeży, intrygujący motyw cyrku, w którym paradne exodusy różnych warstw, środowisk, pokoleń i zawodów tworzą groteskową alegorię zabawy, gry, balansowania na niewidocznej linie losu, by w końcu swoimi odchodzącymi korowodami znowu przypomnieć o przemijaniu, o tym, że wszyscy razem odchodzimy nie wiadomo dokąd. Tak przecież w Krakowie i każdym innym miejscu na świecie rozpoczyna się od wielu lat koncert kabaretu „Piwnica pod Baranami”: Przychodzimy, odchodzimy, leciuteńko na paluszkach... (...)”
   
   Profesor Stanisław Tabisz
   
   
   „...Nie jest ostentacyjnie nowoczesna, wręcz przeciwnie. Nie boi się narracji, metafory, można odnieść wrażenie, że cieszy ją harmonia kompozycji, światło, gęstość wytłumionego koloru lub, innym razem, jego dźwięczność. Jest bardzo kobieca, choć nie koniecznie w najbardziej współczesnym tego słowa rozumieniu (...).”
   
   „... Malarstwo Małgorzaty Karp jest wypowiedzią osobistą, własną, z dużą wyobraźnią i wrażliwością na kolor. I wdziękiem, z jakim przenosi swoje widzenie świata na płaszczyzną obrazu. (...)”
   
   „... Od obrazu do obrazu, z roku na rok coraz bardziej wyraziście Małgorzata Karp-Soja buduje swój własny świat z pogranicza baśni, teatru, bardzo niewspółczesnych marzeń, a wszystko to oprawia w delikatną nutkę nostalgii za piękną epoką. (...)”
   
   Jolanta Antecka, Dziennik Polski,    „....Ulubione kwiaty na obrazach są symbolem przemijania, elfy w przypałacowych ogrodach i poplątanych zaroślach to z pewnością dobre duszki, ale i twarze-maski, o owadziej zjadliwości i gotowości do ukąszenia, wydają się na tyle łagodne, aby nie odczuwać przed nim lęku niczym przed inwazją żerującej szarańczy (...).”
   
   „...Zarysowując szybko i syntetycznie jakąś wizję, scenę, widok, wrażenie malarka stara się pozostawić tę spontaniczność i świeżość w pierwotnym stanie. Linia miesza się z dynamicznie (laserunkowo i kryjąco) położoną plamą. Czyni to obrazy Małgorzaty Karp
   – Soi bardzo malarskimi, a przy tym nastrojowymi, co zawarte jest w wartościach koloru (...).”
   
   ...Wyobraźnia artystki, jej poetycka inwencja, przenosi nas w inną rzeczywistość. Chce zatrzymać urok i duchową poświatę wyśnionych bohaterów, pejzaży, zielników i kwiatów, baśniowych stworków, lirycznych nastrojów utraconego czasu. Tak spełnia się blask i uroda przeszłości, wyidealizowane marzenia o niej. Na tym tle odróżniamy teraźniejszość i przyszłość, tęsknimy za tym, co bezpowrotnie odchodzi....”
   „...No i wreszcie bardzo świeży, intrygujący motyw cyrku, w którym paradne exodusy różnych warstw, środowisk, pokoleń i zawodów tworzą groteskową alegorię zabawy, gry, balansowania na niewidocznej linie losu, by w końcu swoimi odchodzącymi korowodami znowu przypomnieć o przemijaniu, o tym, że wszyscy razem odchodzimy nie wiadomo dokąd. Tak przecież w Krakowie i każdym innym miejscu na świecie rozpoczyna się od wielu lat koncert kabaretu „Piwnica pod Baranami”: Przychodzimy, odchodzimy, leciuteńko na paluszkach... (...)”
   
   Profesor Stanisław Tabisz
   
   
   „...Nie jest ostentacyjnie nowoczesna, wręcz przeciwnie. Nie boi się narracji, metafory, można odnieść wrażenie, że cieszy ją harmonia kompozycji, światło, gęstość wytłumionego koloru lub, innym razem, jego dźwięczność. Jest bardzo kobieca, choć nie koniecznie w najbardziej współczesnym tego słowa rozumieniu (...).”
   
   „... Malarstwo Małgorzaty Karp jest wypowiedzią osobistą, własną, z dużą wyobraźnią i wrażliwością na kolor. I wdziękiem, z jakim przenosi swoje widzenie świata na płaszczyzną obrazu. (...)”
   
   „... Od obrazu do obrazu, z roku na rok coraz bardziej wyraziście Małgorzata Karp-Soja buduje swój własny świat z pogranicza baśni, teatru, bardzo niewspółczesnych marzeń, a wszystko to oprawia w delikatną nutkę nostalgii za piękną epoką. (...)”
   
   Jolanta Antecka, Dziennik Polski
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Najnowsze obrazy Małgorzaty Karp – Soi (jak również te wcześniejsze) pobrzmiewają młodopolską nutą. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak artystyczny Kraków kultywuje niekiedy nawet znacznie odleglejsze tradycje, jednak świat, globalna rzeczywistość początku XXI wieku w dużej części ukazująca swoje oblicze za pośrednictwem mediów, zupełnie nie przystaje do baśniowych, jak również nastrojowo poetyckich kreacji malarskich i alegorycznych wizji krakowskiej artystki. Małgorzata Karp – Soja żyje w innym świecie wyobraźni, coś jakby w innej epoce, egzystując przecież tu i teraz, chodząc po ulicach Krakowa bez specjalnego wyróżniania się z ruchliwego tłumu. Któż jednak może stwierdzić co kryje się w głowach i sercach anonimowych przechodniów, jakie jest ich wnętrze, czy noszą gdzieś ukryte głęboko piętno dramatycznych przeżyć i doświadczeń, czy przepełnieni radością i pewnością siebie śpieszą się, aby podzielić szczęśliwą zdobycz losu z bliskimi lub dowartościować się snobistycznie w elitarnym gronie...? Jakie są ich estetyczne upodobania i pragnienia, dążenia które pozwolą spełnić zapisane gdzieś przeznaczenie i nadać sens każdej przemijającej godzinie...?
   Oglądając w pracowni skończone i niedokończone obrazy Małgorzaty Karp – Soi zastanawiałem się, czy w sytuacji braku rezonowania artystki z bieżącym, mocno skomercjalizowanym duchem współczesności, jej malarstwo nie jest aby rodzajem ucieczki od rzeczywistości, a może jest rezultatem naturalnej potrzeby wycofania się w rejony, gdzie dziecięca szczerość i czystość, pierwotna wrażliwość, spełniają i zaspokajają swoje tęsknoty za światem utkanym z marzeń, wspomnień i nostalgicznie poetyckich wzruszeń. Malowane przez Małgorzatę Karp – Soję „ogrody, elfy i ludzie” uczestniczą w jakimś melancholijnym misterium, gdzie czas zatrzymał się i nie chce ruszyć z miejsca trwając w baśniowym, cudownym śnie, wywołując przy tym sentymentalną zadumę nad tym, co było kiedyś piękne i przeminęło z wiatrem... Ulubione kwiaty na obrazach są symbolem przemijania, elfy w przypałacowych ogrodach i poplątanych zaroślach to z pewnością dobre duszki, ale i twarze-maski, o owadziej zjadliwości i gotowości do ukąszenia, wydają się na tyle łagodne, aby nie odczuwać przed nimi lęku niczym przed inwazją żerującej szarańczy.
   Na obrazach Małgorzaty Karp – Soi przechadzają się damy z parasolkami w długich sukniach, a mężczyźni w staroświeckich uniformach, z groteskową elegancją poruszają się na bicyklach w jakimś somnambulicznym transie krążąc po obwodzie areny cyrkowej. Na innym, niewielkim płótnie odwrócona od siebie, nadąsana lalkowa para przeżywa swój miłosny dramat zamierając w przejmującym bezruchu. Podoba mi się obraz, na którym mała modnisia, stojąc na krzesełku, przygląda się teatralnej scenie, gdzie aktorzy i aktorki w starych kostiumach wydają się bóstwami niedostępnego świata wielkiej sztuki. Wiele jest motywów dworsko-mieszczańskich, scenek z życia arystokracji, której wytworne postacie mieszają się z senną baśniowością ogrodów, kwiatów, przypałacowych altanek, bram i kamiennych cokołów. Portretowane kwiaty tworzą secesyjne kompozycje przypominając niekiedy małych rozmiarów witraże. Personifikacja niektórych jest ewidentna. Obraz przedstawiający kwiaty – maski nawiązuje do wizjonerskich rysunków i grafik Odilona Redona, ale przede wszystkim jest osobistą alegorią upodobania artystki do wyławiania z mroków podświadomości groteskowych konstelacji twarzy, realnych i nierealnych zjaw, klownów, elfów przybywających do nas z tajemniczych zaświatów. Eksodusy i korowody postaci w scenerii z innej epoki przemierzają areny cyrkowe, sceny teatralne i podmiejskie okolice tworząc taneczny krąg lub obraz symbolizujący bezcelowość wszelkich ludzkich usiłowań. Pozostaje tylko nostalgia za przemijającym pięknem, za utraconym dzieciństwem, za radością uczestniczenia w czarodziejskim cyrku życia.
   Odświeżona paleta i energiczny gest pędzla pozwalają patrzeć na nowe obrazy Małgorzaty Karp – Soi bardziej optymistycznie niż kiedyś. Może to pory roku mają na artystkę tak witalny wpływ, a może coś wydarzyło się ważnego w jej życiu, co pozwala na radośniejszą regenerację palety, spotęgowanie kontrastów i coraz pewniejsze i trafniejsze uderzanie pędzlem. Zarysowując szybko i syntetycznie jakąś wizję, scenę, widok, wrażenie malarka stara się pozostawić tę spontaniczność i świeżość w pierwotnym stanie. Linia miesza się z dynamicznie (laserunkowo i kryjąco) położoną plamą. Czyni to obrazy Małgorzaty Karp–Soi bardzo malarskimi, a przy tym nastrojowymi, co zawarte jest w wartościach koloru. Odpłynęły gdzieś jesienne i zimowe pejzaże powolnego zamierania i chłodu. Teraz króluje światłocieniowy kontrast i entuzjazm malowania, smak malowania, czar malowania i wiara w codzienne oddychanie malarstwem. Wyobraźnia artystki, jej poetycka inwencja, przenosi nas w inną rzeczywistość. Chce zatrzymać urok i duchową poświatę wyśnionych bohaterów, pejzaży, zielników i kwiatów, baśniowych stworków, lirycznych nastrojów utraconego czasu. Tak spełnia się blask i uroda przeszłości, wyidealizowane marzenia o niej. Na tym tle odróżniamy teraźniejszość i przyszłość, tęsknimy za tym, co bezpowrotnie odchodzi...
   Stanisław Tabisz
   Kraków, maj 2002,    As with her earlier works, the most recent paintings by Małgorzata Karp-Soja are reminiscent of the Polish Art Nouveau style. This is not surprising as Cracovian artists often seek inspiration from even more ancient traditions. On the other hand, the contemporary world and the global realities of the 21st century, the images of which are to a large extent created by the media, seem to have nothing in common with the fairy-tale, atmospheric and poetic compositions and allegorical visions created by this artist. Małgorzata Karp-Soja lives in an imaginary universe as if she lived in a bygone world. However, she is from the here and now. She walks along the same streets of Cracow as any other passer-by in a bustling crowd. But who can tell what thoughts and feelings are in the heads of these anonymous passers-by, or what their inner feelings are? Do they bear deep with themselves the stigma of traumatic past events or experiences, or perhaps are they are filled with joy and self-confidence, eager to share with loved ones what fate has brought them or snobbish circles? What are their aesthetic tastes and desires? Are they pursuing the goals and objectives which will enable them to fulfil their destiny thus giving meaning to every passing hour and minute?
   While reviewing the finished and unfinished paintings of Małgorzata Karp-Soja in her studio, I was wondering -- as the artist had not responded to the current, commercialised spirit of modern times, whether perhaps her paintings offered an escape from reality, or whether they were triggered by the natural need to withdraw to areas where the sincerity and purity of a child, the original sensitivity, satisfy our longing for a world of dreams, memories and nostalgic, poetic emotions. The gardens, elves and people painted by Małgorzata Karp-Soja form part of a melancholic mystery, in which time has stopped and refuses to move forwards. It appears ossified in a fairy-tale, a fantastic dream, evoking sentimental reminiscences of things that once were beautiful and now gone with the wind... Her favourite flowers are symbols of transience, her elves in palace gardens and her tangle of bushes are certainly good spirits. Even the artist’s face-masks, with their insect-like malicious expressions, always ready to bite, seem so mild that we don’t fear an invasion of the ravening locust.
   In Małgorzata Karp-Soja’s paintings one can see ladies with umbrellas, walking around in long gowns, and men in old-fashioned suites, riding their bicycles with grotesque elegance as if they were circling a circus arena in a somnambular trance. In another, a small-size canvas, a sulking doll seems to be pondering over a love-affair, immobilised in heart-breaking stillness. I like the painting in which a little, elegant girl, standing on a chair, is watching a theatre stage on which actors and actresses in old costumes seem to represent gods and goddesses of the inaccessible world of art. There are many scenes of manorial and bourgeois life, genre scenes from the life of the aristocracy, in which high-society figures mingle in a dreamy atmosphere filled with fairy-tale gardens, flowers, palace arbours, gates and stone plinths. The flower compositions are in the spirit of the Art Nouveau, sometimes reminiscent of small-size stained-glass windows. Personification is evident here. The painting portraying flower - masks alludes to the visionary drawings and graphic works of Odilon Redon. But, first and foremost, it is an allegory of the artist’s personal penchant for the subconscious, from the darkness of which she conjures up grotesque constellations of faces, real and unreal phantoms, clowns and elves which have come down to us from the mysterious beyond Exoduses and processions of figures portrayed in an ancient setting, are pacing through circus arenas, theatrical stages and suburban areas in dancing circles or else are creating images which symbolise the vanity of all human endeavours. What remains is a nostalgia for a beauty that never passes, for a lost childhood, for the joy of being part of the magical circus of life.
   Due to her animated palette and energetic stroke, the new paintings by Małgorzata Karp-Soja appear more optimistic than ever. Perhaps the changing seasons have such a revitalising effect on the artist, or maybe something important has happened in her life which has allowed her to regenerate her palette with more joyful tones, enhance contrasts and make her strokes more certain and more precise. While her visions, scenes, views or impressions are sketched in hasty and synthetic fashion, the artist still strives to preserve the original spontaneity and freshness. The lines blend with dynamic patches of colour (using scumble effects and covering techniques). This makes Małgorzata Karp-Soja’s paintings more picturesque, while at the same time still atmospheric due to the quality of the colours. Her autumn and winter landscapes, evoking an atmosphere of slow decay and coollness, belong to the past. Light-and-shade effects and an enthusiasm for painting as an activity, for its taste and charms and the yearning to inhale this art every day – such are the things which currently reign in her work. The artist’s imagination, her poetic creativity, transfer us to a different reality. Her desire to capture the charms and the spiritual glow of imaginary heroes, landscapes and flowers, fairy-tale creatures, the lyrical moods of times past. This is how the glamour and beauty of the past, or rather their idealised vision, reach their fulfilment. Against this background we can distinguish the past and the present. We long for what is passing away with no hope to return...
   Stanisław Tabisz
   Cracow, May 2002
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Każdy malarz w pewnym momencie dokonuje wyboru między tym, czego się od niego oczekuje, a tym, jaki naprawdę jest. Zagląda w głąb siebie, wyznacza granice kompromisu. Jeśli ma szczęście, udaje mu się uchwycić to, co różni go od tysięcy innych, co czyni go wyjątkowym, niepowtarzalnym. Czasem, żeby tego dokonać, trzeba cofnąć się daleko, aż do dzieciństwa, aż do pierwszych doświadczeń, które ukształtowały naszą wrażliwość i wyobraźnię. Nie każdego stać na taką szczerość. Tendencje królujące w artystycznych uczelniach, nowe prądy, modne kierunki, są silną presją. Kiedy jednak pytam autorkę, „Co poczułaś, kiedy zaczęłaś malować naprawdę po swojemu?” odpowiada: „poczułam się wolna”.
   Malarstwo Małgorzaty Karp-Soi jest osobnym światem, powstaje niejako wbrew temu, co w świecie sztuki modne i aktualne. Dzieje się własnym rytmem, wsłuchane we własną melodię. Jest bardziej rozmową z samą sobą niż manifestem, wpuszcza nas do swojego świata, a nie dokonuje ekspansji do naszego. To świadomy wybór. Tematyka właściwie krąży wokół kilku motywów, tworząc coraz to nowe ich warianty. Ogrody i kwiaty, dzieci, wróżki, procesje i korowody postaci w charakterystycznych kostiumach. O czym jest ta rozmowa z sobą? Osoby o podobnej wrażliwości nie mają problemu z odczytaniem symboliki obrazów. Zwidująca się w marzeniach na jawie Arkadia -mityczna kraina, miejsce ucieczki - jest Ogrodem, archetypicznym symbolem duszy, niewinności i szczęścia. Jest wewnętrznym pejzażem, symboliczną sceną, na której rozgrywają się owe ceremonie i parady. Kruche postacie w kostiumach mierzą się ze swoim losem, wyruszając w podróże w nieznane, a może w podróże w głąb siebie, przekraczając symboliczne bramy, furtki do innych światów. Powtarzające się postacie dziewczynek czy kobiety odwróconej plecami, są ukrytym autoportretem.
   Motywy i atmosfera obrazów nasuwają oczywiste skojarzenia ze sztuką Młodej Polski z Wojtkiewiczem, Mehofferem czy Malczewskim (autorka pochodzi wszak z przesiąkniętego fin de sieclowa atmosferą Krakowa), ale również, w dalszej kolejności ze słynnymi „Odjazdami na Cyterę” i „Fetes galantes” Watteau, czy z niepokojącymi obrazami Ensora. W obrazach będących "czystymi" pejzażami autorka pokazuje świetny warsztat, ale w figuralnych kompozycjach idzie o krok dalej, wprzęgając go w służbę swojej wyobraźni. Bardzo kobiecej, melancholijnej, literackiej, bardzo niedzisiejszej, wyjątkowej wyobraźni.
   Zapraszam do wspólnej podróży za Bramę Czasu – „za wielkie, magiczne wrota, za którymi wszystko może się wydarzyć”.
   Joanna Kaiser
   Kraków, październik 2004,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   „… W Lucernie osiągnąłem wielki sukces. Pewnego ranka zacząłem malować już o wschodzie słońca, usiadłszy na krawędzi trotuaru, a skończyłem, gdy słońce było już wysoko, a ruch na ulicy duży. Grupa młodych angielek otoczyła mnie, aby mi nikt nie przeszkadzał w pracy, a gdy skończyłem zapytały mnie, czy sprzedam obrazek i za ile. Gdy podałem cenę 20 fr. zaczęły licytować się między sobą, a gdy podałem obrazek i wręczyłem jednej z panien, dostałem w zamian garść złota – jak się okazało po przeliczeniu, około 100 fr. Pomimo zdziwienia nie uważałem za możliwe protestować, skoro same oceniły tak moją akwarelę...” wspomina najlepszy nasz akwarelista, Julian Fałat, nie komentując owego wydarzenia.
   A szkoda, bo jest ono warte refleksji: otóż Angielki zwróciły uwagę na pogardzaną w Polsce akwarelę. Na technikę, uważaną u nas za łatwą, bądź wręcz dziecinną nawet właśnie dla braku technicznych trudności, stosowną dla amatorów raczej i parających się sztuką panienek z dobrych domów, niż profesjonalnych artystów, którzy mogą jej ostatecznie używać, lecz dla rozrywki lub podrzędnych tylko celów, jak wykonania szkiców, bądź też podkolorowania rysunków, ściślej – dla wypełnienia delikatną i przeźroczystą barwą linearnego konturu. Tak właśnie, jak to polecał w swych pismach Federigo Zuccaro.
   Młode Brytyjki miały o akwareli wręcz odmienne zdanie. I nic w tym dziwnego, zważywszy, że właśnie tam, w Anglii, narodziła się i rozkwitła prawdziwa sztuka malarstwa wodnego, sławnego water painting, które stało się rychło narodową specjalnością i powodem do dumy tudzież przedmiotem nauczania w Królewskiej Akademii Akwareli. To właśnie tam przecież działali koryfeusze gatunku: Paul Sandby (1731-1809), J.R. Cozens (1752-1795), Thomas Grittin (1775-1797) i – przede wszystkim – niedościgły J.M.W. Turner, którego utkane z barwnych mgieł obrazy zafascynowały podczas wojny francusko-pruskiej przyszłych impresjonistów i przyczyniły się do rozwoju żywotnego do dziś prądu, czy może raczej – światopoglądu artystycznego. I nie mniej od niego sławny postimpresjonista John Constable (1776-1837). Ich tropami ruszyła plejada wielkich akwarelistów – Sel Cotman, David Cox, Towne, Varley i de Wint.
   U nas inaczej. Jedynym poważnym akwarelistą tych czasów był Piotr Michałowski, wielki pan, który w kraju swych prac nie sprzedawał, zaczem był uważany za ekscentrycznego amatora. Odwrotnie jak we Francji, w której dorównał w cenach samemu Delacroix, ku niepomiernemu zdziwieniu jego polskiego towarzysza wygnańczej niedoli, czemu dał wyraz w liście, pisząc „Piotruś bierze tu tyle za swe malowane konie, ile by w kraju za żywe nie dostał!” Malowane akwarelą na dodatek! Poszaleli w tym Paryżu, czy co...
   Bo w Warszawie jeszcze w połowie XIX wieku dzielono obrazy na dwie „Klassy”. Do pierwszej, wyższej i godnej szacunku, zaliczano sceny religijne i historyczne, portrety i kopie (!) dzieł wielkich mistrzów. Do drugiej, pośledniejszej – pejzaże, martwe natury i wszystkie akwarele niezależnie od ich tematyki, boć przecie akwarela jest techniką przygotowawczą raczej, szybką i łatwą, więc sposobną do wykonywania szkiców w plenerze lub tez innych notatek, które później, w zaciszu pracowni, posłużą do wykonania olejnego Dzieła pisanego z dużej litery, takiego, jakie można umieścić w suto złoconych ramach i powiesić w godnym miejscu swojego domu. Lecz akwarela? Fi done!
   Otóż nic podobnego. Akwarela jest techniką trudną, być może najtrudniejszą nawet z pośród wszystkich rodzajów malarstwa i niezwykle bogatą w możliwości. Trudności natomiast płyną z jej największej zalety i zarazem uroku, jakimi jest lekkość i świetlistość plamy, którą akwarela zawdzięcza przeźroczystości farby. Akwarela nie kryje podobrazia niezależnie od jego gatunku, bowiem można nią malować niemal na wszystkim: na papierze, w rzędzie pierwszym lecz również na jedwabiu, aksamicie, na płótnie, drewnie a nawet słoniowej kości, przy czym rodzaj użytego podkładu ma równorzędne z farbą znaczenie dla wyglądu dzieła. Stąd mnogość akwarelowych papierów: gładkich i fakturowych, oślepiających bielą lub kremowych, w widocznym włóknem lub nie; tych najlepszych i najdroższych z lnianego płótna lub bawełny aż po liche, żółknące w słońcu i rozsypujące się w trociny papiery socjalizmu.
   Pierwszą decyzją akwarelisty jest więc wybór odpowiedniego dla podjętego zamierzenia malarskiego papieru, gdyż niektóre koncepcje wymagają specjalnych, nieistniejących w handlu jego gatunków. Drugą jest wybór metody, gdyż owa „prosta” w powszechnym mniemaniu, a nawet uboga technika jest w istocie niezwykle różnorodna i skomplikowana. Podstawowym narzędziem jest sprężysty i zaostrzony pędzel, najlepiej z włosa borsuczego lub syberyjskiej norki, bo tych prawdziwych, z włosów bobra i wydry już w sprzedaży się nie uświadczy. Ostatecznie mogą być włosy z ucha wołu, lecz maści czerwonej, gdyż ta rasa ma włos delikatniejszy od rasy czarnej. Nigdy z włosa wiewiórki, bo te są zbyt wiotkie i przez to nieprzydatne. Ponadto akwarelista winien mieć pod ręką gąbkę, skrobak, miękką gumkę do wycierania śladów rysunku, miseczkę na wodę z białej porcelany i suszarkę do włosów. Dopiero tak wyposażony może przystąpić do malowania, mając do wyboru dwie podstawowe techniki, a mianowicie „mokre na suchym” i „mokre na mokrym”; w malarskim żargonie „mokre w mokre” oraz ich połączenia, czyli część mokre na suchym, a część na mokrym. Oczywiście papierze. Ponadto może wzbogacać malarskie efekty przez dodanie ziarenek soli lub piasku, bądź też, jak to czynił sam wielki Emil Nolde – pozwalać padać na malowaną akwarelę płatkom śniegu i kroplom deszczu, skutkiem czego artysta stał się – sam o tym nie wiedząc – prekursorem taszyzmu. Można też malować z użyciem płynu maskującego, albo stosowanych zamiennie świec i skórek żółtego sera, można...
   Można jeszcze wiele, bo każdy akwarelista ma swoje sekretne sposoby, których strzeże na kształt średniowiecznego alchemika, bacząc pilnie, by nikt go nie podpatrzył i nie podchwycił właściwej dla niego maniery. Ba! Wbrew rozpowszechnionemu twierdzeniu nie każda plama jest w akwareli ostateczna i niemożliwa do poprawienia, bo i owszem, akwarelę można zmieniać i udoskonalać. Można też kryć jeden kolor drugim pod warunkiem perfekcyjnej znajomości charakteru poszczególnych pigmentów i siły ich krycia. Zaś przede wszystkim akwarelista musi widzieć, jak uniknąć dyskwalifikujących akwarelę brudów. Można też akwarelę płukać dla uzyskania świetlistości i miękkości konturu, można malować na barwnych podkładach i stosować laserunki dla uzyskania jednolitej tonacji, można wyskrobywać światła i odbijać kawałki tkanin, można prószyć kropelkami farby za pomocą szczoteczki do zębów i nawet malować na papierze, pokrytym jednomilimetrową warstwą wody.
   Ten, przydługi być może, wstęp wydaje się jednak konieczny dla podkreślenia możliwości akwareli i jej wyrazowych oraz technicznych możliwości. Był konieczny dla uzmysłowienia zbyt mało u nas jeszcze znanej prawdy, że akwarela jest – jak to już zostało powiedziane – techniką giętką i różnorodną, więc bogatą w niuanse. Że jest techniką, która może z powodzeniem konkurować ze znacznie od niej, podobno, doskonalszym malarstwem olejnym i temperowym, w jakim swe dzieła wykonywali wielcy mistrzowie średniowiecza i epok późniejszych.
   W rzeczywistości bowiem akwarela może dorównywać w dźwięczności barw i ich przestrzennej głębi malarstwu olejnemu, zaś ich czystością i świetlistością niedościgłej ponoć pod tym względem temperze jajowej. Tym samym akwarelista może wybierać z całej gamy roztaczającej się przed nim możliwości: od malarstwa gęstego, mrocznego i ciężkiego, poprzez światłocieniowe malowanie „światłem na mroku” (choć słuszniejsze z profesjonalnego punktu widzenia byłoby określenie „mrokiem na świetle”, aż po malowanie „światłem na świetle”. Kto wie, czy nie najtrudniejszym ze wszystkich, lecz równocześnie niezwykle efektownym, którego prekursorem był Rembrandt, malujący tą właśnie metodą swą „Kompanię kapitana Coxa”, nazwaną „Strażą nocną” po szczernieniu farb i „Spisek Batawian przeciw Claudiusowi Civilisovi”, a zanim poszli inni. Tacy, jak luminiści, wspomniany już Turner i jego wyznawcy w osobach impresjonistów.
   Z tego też pnia wyrasta sztuka Józefa Stachnika, wraz z wszystkimi płynącymi stąd implikacjami światopoglądowej, bądź wręcz filozoficznej natury.
   Stachnik jest pejzażystą i ten jeden, wąski z pozoru motyw, wystarczy mu do wyrażenia swego stosunku do świata. Wąski z pozoru tylko, gdyż w istocie pejzaż zawiera w sobie całą gamę ekspresyjnych możliwości. Poprzez krajobraz można powiedzieć, że świat jest groźny, niezrozumiały i pełen niebezpieczeństw. Można wykazać znikomość człowieka wobec potęgi natury i niszczycielskiej mocy żywiołów. Można zasugerować, że świat jest tajemniczy i że rządzące nim prawa wymykają się możliwości ogarnięcia ich ludzkim rozumem. Nie bez przyczyny wszak niesamowita aura nadrealizmu płynie z bezkresnych i odpychających w swej martwocie pejzaży de Chirica, Dalego czy Tanguy.
   Świat Józefa Stachnika jest dobry, bezpieczny i poznawalny. Jest światem niemal idealnym, pięknym, ciepłym, skąpanym w pełnym blasku dnia, światem pozbawionym cieni w ich fizycznym i psychologicznym wymiarze. Ponadto jest światem materialnym i przez to konkretnym. Niebo, będące również w sztuce synonimem ducha i duchowości, gra w akwarelach Stachnika rolę drugoplanową i przez to podrzędną. Owszem, jest, lecz linia horyzontu nie przekracza nigdy połowy obrazu. Częściej niebo prześwituje tylko poprzez luki zabudowy bądź gęstwę drzew, a niekiedy całkiem zanika. Zwłaszcza wówczas, gdy Stachnik maluje jeden kwiat, bądź też inny, widziany z perspektywy ptasiej fragment przyrody.
   Jego pejzaże są pejzażami „czystymi”, czyli bezludnymi. Jeśli człowiek się w nich pojawia – to na prawach ożywiającego kompozycję sztafażu; nigdy jako motyw główny lub choćby tylko równorzędny.
   Większą od człowieka uwagę skupiają ludzkie dzieła, w tym głównie architektura. Dawna, malowana z nostalgicznym sentymentem, lecz również nowa i najnowsza, która zafascynowała artystę podczas jego pobytu w USA z Nowym Jorkiem i jego kolosalnymi budowlami na miejscu pierwszym. Gdyż wprowadzany przez człowieka porządek linii prostych i płynącego z ich multiplikacji rytmu wydaje się być artyście wyraźnie bliższym i bardziej zrozumiałym, od chaotycznego wdzięku natury, który w jego obrazach na ogół uzupełnia i podkreśla na prawach kontrastu żelazny ład proporcji, pionów, poziomów i skosów. Niezmienny od tysiącleci symbol panowania człowieka nad przyrodą, manifestujący się poprzez nieznaną naturze geometrię brył umiarowych.
   Stachnik potrafi po mistrzowsku wykorzystywać biel papieru i przeźroczystość akwarelowej farby, czyli największe atuty swej ulubionej techniki malarskiej. Światło odbija się od całej powierzchni obrazu, nadając mu wprost turnerowską lekkość, nie inną, jak w japońskich Ukiyo-e, będących zapisem czegoś, co można by nazwać emanacją materii, przeniesieniem jej namacalnej konkretności w świat idei i czystych pojęć. Artysta maluje zatem często nie rzecz, lecz jej ulotną i niematerialną idee, nie przedmiot, lecz swe o nim wyobrażenie. Czyni to zaś w sposób bardziej intuicyjny zapewne, niż przemyślany i apriorycznie założony, gdyż zdarza mu się również kłaść masywne plamy koloru. Zwłaszcza w planach pierwszych, który to zabieg kompozycyjny buduje głębię obrazu, bo Stachnik komponuje biegle i bez widocznych trudności, czemu sprzyja zbliżony do kwadratu format obrazów, w którym bez większych trudności można odnaleźć proporcje właściwe dla doskonałej pod tym względem klatki filmowej. Tylko czasami stosuje niezwykle trudny do zakomponowania format „ręcznikowy”, lecz również tylko w pionie. Nigdy w poziomie, gdyż wyraźnie pociąga go wertykalizm we wszystkich swoich odcieniach rytmów konstruujących płaszczyznę. Cóż można jeszcze dodać?
   Może to, że pracuje cyklami, portretując jedną miejscowość, bądź też zgłębiając i dokumentując jeden motyw, taki, jak dwory i dworki, drewniane kościółki, ogrody botaniczne USA i Krakowa, lub kamienne zerwy nadbrzeżnych skał Sycylii. I pejzaż w śniegu, choć najchętniej otula swą architekturą w lekką wiosenną zieleń. Można również i należy dodać, że maluje z wyraźną radością i sympatią do motywu, a jego radość udziela się nam, widzom.,    ,,… I achieved a great success in Lucern. One morning I started to paint as early as sundown, sitting on the edge of the pavement, and I finished when the sun was high and the traffic heavy. A group of young English ladies surrounded me so that nobody disturbed my work. When I finished they asked if I would sell my picture and how much I would want for it. When I aksed 20 franks for it they started to bid the picture among themselves, and when I finally handed it over to one of the girls, I got a handful of gold in return. When I calculated it, it turned out to be 100 franks. In spite of my surprise I did not protest. They themselves decided this was the value of my picture…”, remembers the best Polish painter in water-colours, Julian Fałat without commenting this event further.
   What a shame that he did not since it event deserved reflections. Namely, those English girls paid attention to a water-colour at the time when this technique held in contempt in Poland. Water-colour was considered to be easy, even childish due to the absence of technical intricacies, and suitable for amateurs and young ladies rather than for professional artists who were allowed to use it for entertainment only or for some inferior purposes like making sketches or adding colours to drawings, in other words filling linear contours with delicate and translucent colour. In the way that Federigo Zuccaro recommended in his letters.
   Those young British ladies had quite a different opinion on water-colour, which is not surprising considering the fact that the technique came into being in England where eventually the true art of water-colour painting was developed, soon to become the national specialism and pride, and a subject taught at the Royal Academy of Water-Colour. In the Academy there were active such outstanding representatives of this technique as Paul Sandby (1731-1809), J.R. Cozens (1752-1795), Thomas Grittin (1775-1797) and, first of all, J.M.W.Turner, whose pictures woven of coloured mists fascinated future Impressionists during the French-Prussian war and contributed to the development of the trend, perhaps the artistic philosophy, which is still alive today. It is impossible not to mention also the Post-Impressionism John Constable (1776-1837) who was equally famous, and their followers, including such great painters in water-colours as Sel Cotman, David Cox, Towne, Varley and de Wint.
   The situation was different in Poland. The only serious painter in water-colours in those days was Piotr Michałowski, who did not sell his works in the country, so consequently was recognized as an eccentric amateur. Contrary to France, where prices of his works were as high as Delacroix’ ones. This was so surprising for his friend at banishment that he wrote in his letter:” Piotruś is paid as much for his painted horses as he has never got for real ones at home!” On top of that, they were painted in water-colours! They must have been crazy in Paris!
   In the middle of 19th century the public in Warsaw divided pictures into two classes. The first one, which was considered superior and respectful, included religious and historical scenes, portraits and copies (!) of great masters. The second inferior one, included landscapes, still lifes and all water-colours irrespective of their subject matters, because water-colour was treated as a preparatory, fast and easy technique, useful for making sketches or other “notes” in plain air to be used in studios as bases for oil paintings, that is for Works of Art suitable for gold frames and deserving a prominent place at home.
   Painting in water-colours is a difficult technique, perhaps the most difficult among different types of painting, and abundant in possibilities. The difficulties source from its greatest merit and charm, namely from the lightness and luminosity due to the transparency of paint. Water-colour does not cover the background irrespective of material on which it is made, be it paper, silk, velvet, canvas, wood or ivory. That is why it should be remembered that material is of equal significance for the appearance of work as paint. Paper comes in a great number of kinds – it can be smooth or rough, in bright white or cream shades, with visible threads or no. It can range from the most expensive linen or cotton to poor, yellowish type which turns into sawdust, like paper of the Socialistic epoch.
   The first decision of a painter in water-colours concerns the choice of proper paper for a particular artistic plan because some concepts require special varieties of paper which cannot be found in shops. The second decision is the choice of a method as this “simple”, even poor technique, as the public tends to believe, is in fact varied and extremely complicated. The basic tool is an elastic and sharp brush preferably made of the badger’s or the Siberian mink’s hair since the best ones of the beaver’s or the otter’s hair are not available in the market. Finally, a brush of hair from the ear of the red ox could also do. A brush made of the squirrel’s hair is not acceptable because the hair is too flabby. Moreover, a painter in water-colours should have at hand a sponge, a soft rubber to remove traces of pencil, a little bowl of white china and a hair-dryer. As soon as he is equipped like this, he can start working. He has two basic techniques to choose from. Namely, he can put wet paints on a dry paper or wet paints on a wet paper, or use their combinations. Additionally he can enrich painterly effects applying grains of salt or sand, or, like great Emil Nolde, allow his water-colour to be exposed to snow or drops of rain. He can also paint with the use of a concealing liquid or candles and hard cheese, or….
   There are many different possibilities and every artist has his secrets which he enviously safeguards like a medieval alchemist, careful not to let anybody see and learn his artistic manner. Contrary to a general opinion, not every colour spot in a water-colour is final or impossible to correct. A water-colour can be altered and improved. It is also possible to cover one colour with another provided that one has a perfect knowledge of the character of particular pigments and their saturation. But first of all a painter in water-colours should know how to avoid dirty smudges which disqualify any work. One can also rinse a water-colour to achieve luminosity and to soften contours. One can paint on coloured backgrounds and glaze a water-colour to achieve solid tones, scratch the surface to obtain the effect of light, stamp pieces of fabrics, spray paint with the use of a toothbrush and paint on paper covered with a 1-milimiter layer of water.
   The above information seems lengthy but it is necessary to understand the wide range of possibilities of expression and technical complexity that water-colour offers. It enables us to realize the unknown truth that water-colour is a flexible and versatile technique full of nuances. It is a technique which can successfully compete with allegedly more perfect oil painting and tempera, which were employed by great masters of the Middle Ages and of later epochs.
   In reality, water-colour may be a match to oil painting as regards the harmony of colours and their depth, and to allegedly peerless egg tempera as regards their purity and luminosity. Consequently, a painter in water-colours may choose from the whole range of possibilities starting from thick, gloomy and heavy painting to chiaroscuro painting in which effects are achieved with the use of “light on dimness” or “light on light”. The latter one is probably most difficult but, at the same time, most attractive. Its precursor was Rembrandt who used this technique to paint his “Captain Cox’s company”, later named “The night guard” when the paints got dark, and his “The Batavians’ conspiracy against Claudius Civilis”. Rembrandt had many followers, including Luminists, the above mentioned Turner and Impressionists.
   Józef Stachnik’s art, together with accompanying philosophical implications, stems from this source. He is a painter of landscapes. This seemingly limited motif allows him to express his view on life. The motif is only outwardly limited because in essence it offers a full range of expressive possibilities. Through a landscape one can show that the world is sinister, incomprehensible and full of dangers. One can also demonstrate the insignificance of a human being against the power of nature and destructive force of the elements. It is possible to suggest that the world is mysterious and its governing laws cannot be fully grasped by human mind. It is not without a good reason that the eerie aura of Surrealism sources from de Chiric’s, Dali’s and Tanguy’s landscapes which are endless and loathsome in their deadness.
   Józef Stachnik’s world is good, safe and comprehensible. It is almost the ideal world, beautiful, warm, filled with daylight, deprived of shadows and gloom. Besides, his is a material world. The sky, which in art is a synonym of the sprit and spirituality, plays an inferior role of a background. It is present in his landscapes but the line of the horizon is never lower than in the middle of picture. More frequently the sky is visible only through openings in thick tree crowns, and sometimes it is obscured. Particularly when Stachnik paints one flower or a different fragment of nature viewed from the bird-eye perspective.
   His landscapes are “clear” views because they are deserted. When a man appears in them, he always plays the part of an accessory only; he never appears as the main or an equivalent motif.
   Man’s works, including architecture, draw more attention than man himself. It is both old architecture, painted with nostalgic sentiment, and modern one, including colossal structures of New York, which fascinated the artist during his visit to the United States. The artist seems to prefer and understand the order and rhythm of simple lines introduced by man more than the chaotic charm of nature, which in his works usually only complements and emphasizes by contrast the perfect regularity of proportions, and vertical, horizontal and slanted lines. Thus he uses the symbol of man’s dominance over nature, unchanged throughout thousands of years, which manifests itself in the geometry alien to nature.
   Stachnik is masterly in using the whiteness and transparency of water-colour paints, that is the greatest trump cards of his favourite technique. Light is reflected by the whole area of the picture thus endowing it with Turner-style delicacy, resembling Japanese Ukiyo-e which are records of what we can call the emanation of the matter and the transposition of physical concreteness into the world of ideas and pure notions. Consequently, the artist frequently paints not an object but its volatile and immaterial idea, not a thing but his idea of it. He must do it in an intuitive rather than an a priori way because he sometimes uses massive spots of colour. Particularly in the foreground, which gives depth to his compositions. Stachnik is able to compose his works efficiently and easily. The format of his works which are almost perfect squares, resembling film frames, are conducive to it. Only sometimes does he use an extremely difficult format of an elongated rectangle, and then only in a vertical and never in a horizontal position. He is clearly drawn by verticalism in all varieties of rhythms which organize the plane.
   One of typical characteristics of the artist’s work is that he creates cycles, portraying one place or studying and documenting one motif such as country mansions or halls, small wooden churches, botanical gardens in the US or Krakow, or rocky shores of Sicily. He likes landscapes in snow although he most gladly wraps his architecture in delicate spring-fresh verdure. We can also add that that Stachnik paints with an evident pleasure and shows liking for motifs. His joy spreads to us, viewers of his water-colours.
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Jedną z pierwszych wystaw, zaprezentowanych pod koniec lat 90-tych XX wieku w Dolnym Pałacu Sztuki, galerii powstałej w okresie od maja do września 1996 roku, była wystawa malarstwa Józefa Stachnika.
   Tuż przed jej otwarciem oglądałem ją w towarzystwie wspaniałego człowieka, v-prezesa TPSP, artysty malarza Ludwika Pindla. Z marsową miną, uważnie i krytycznie oglądał poszczególne prace, tak jak mistrz, który za moment ma ocenić swojego ucznia.
   Po przeglądzie stwierdził: „To mój uczeń. Nie mam się czego wstydzić, obrazy jak obrazy. Ale te akwarele budzą moje uznanie. Uczeń przerósł nauczyciela”. Kim więc jest ten, który zrobił miłą niespodziankę artyście malarzowi Ludwikowi Pindlowi?.
   Józef Stachnik urodzony w 1929 roku w Krakowie, zaliczany do grona artystów nieprofesjonalnych, bo nie od razu dane mu było zajmować się sztuką. Nie ukończył renomowanych szkół artystycznych, a Jego talent odkryto dopiero w 1966 roku, gdy zaczął uczęszczać na kursy malarstwa do słynnej pracowni artysty malarza Ludwika Pindla, zwanego przez uczniów, często bardzo utytułowanych, Profesorem.
   Jak łatwo obliczyć, Józef Stachnik odnalazł swoją nową „artystyczną ścieżkę” gdy był człowiekiem dojrzałym z bagażem różnorakich życiowych doświadczeń, żyjącym w anonimowym i zunifikowanym urbanistycznie kłębowisku Nowej Huty.
   Równolegle z terminowaniem u Pindla, który uczył Go „artystycznej optyki” i warsztatu malarskiego, studiował „Wiedzę o Sztuce” u innej barwnej postaci Krakowa – W. Hodysa.
   Następnie poddał się weryfikacji w Ministerstwie Kultury i Sztuki, które uznało Go artystą plastykiem w dyscyplinie malarstwa.
   Jakby było mało, ten utalentowany i niezwykle skromny człowiek ukończył w 1993 roku, zaocznie, Ludowy Uniwersytet Sztuk Ministerstwa Kultury Federacji Rosyjskiej w Moskwie-Wyższe Studium Sekcji Malarstwa i Grafiki.
   „Papiery” to jedno a talent i pracowitość to drugie, nie wiadomo czy nie ważniejsze, zwłaszcza w sztuce.
   Józef Stachnik od lat przemierzał świat biorąc udział w dziesiątkach międzywojewódzkich, ogólnopolskich i międzynarodowych plenerach od Paryża po Wenecję i Asyż, od Budapesztu po Nowy Jork czy Sycylię, którą zwiedzał samotnie.
   Efektem podróży artystycznych są cykle akwarel, bo choć to technika malarska niełatwa, wymagająca od artysty podjęcia szybkiej i właściwej decyzji warsztatowej, to wydaje się być jego ulubioną, zwłaszcza w plenerze.
   Artysta miał ponad 70 wystaw indywidualnych w tym wiele zagranicznych w Norwegii, Niemczech i w Stanach Zjednoczonych. Brał udział w ponad 170 wystawach zbiorowych w Polsce za granicą, między innymi: w Norymberdze /Niemcy/, Kijowie /Ukraina/, Paryżu /Francja/ i Nowym Jorku /USA/.
   Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień, a jego prace znajdują się w wielu muzeach i kolekcjach prywatnych.
   Kończąc rozważania o niezwykłej drodze rozwoju tego utalentowanego artysty, chciałbym podkreślić, że w przyszłości Jego twórczość może się okazać cennym źródłem informacji dla historyków architektury zarówno świeckiej jak i sakralnej a nawet etnografów.
   Cykle akwarel Józefa Stachnika są swoistymi kronikarskimi zapisami artysty malarza, ilustrującymi piękno polskiego krajobrazu, z jego dworkami, pałacami, kościołami różnych wyznań, młynami, wiatrakami, starymi wiejskimi uliczkami, miejskimi zaułkami, które często na naszych oczach, z różnych powodów, giną bezpowrotnie.
   Piękno, często wypychane przez bylejakość i szmirę współczesności, maluje z wielką pasją i intuicją, a wielu oglądających chciałoby mieć jego prace zarówno z powodu ich wartości artystycznych jak i nierzadko sentymentalnych.
   Józef Stachnik jest również kronikarzem wielkich dokonań Polaków. W okresie od listopada 2000 roku do lutego 2002 roku, w cyklu 56 akwarel, przedstawił historię budowy Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach. W tym swoistym „artystycznym dzienniku budowy” przedstawił artysta ogrom i piękno budowanej świątyni.
   W obrazach tych szara, codzienna rzeczywistość, ciężka praca, w sposób trudno zauważalny miesza się z innym, nierzeczywistym, ponadczasowym wymiarem, boskim wymiarem.
   Kto wie ile jeszcze zaskakujących tematyką i artyzmem cykli akwarel ma w swoich tekach Józef Stachnik, czy je pokaże? Mam nadzieję, że tak.
   Póki co, w sierpniu 2003 roku realizujemy Jego indywidualną wystawę w Pałacu Sztuki Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych Krakowie, którego jest od kilkudziesięciu lat aktywnym członkiem.
   Wystawie towarzyszy niniejszy album Jego akwarel.
   Życzę artyście Józefowi Stachnikowi zdrowia, udziału w wielu jeszcze plenerach oraz sukcesów artystycznych.,     One of the first exhibitions presented at the end of the 1990s in the Dolny Pałac Sztuki (Lower Palace of Art.) where a gallery opened in the middle of 1996 is located, was an exhibition of Józef Stachnik’s paintings.
   Shortly before its opening I visited it accompanied with a great man, the Vice Chairman of the Society of the Friends of Fine Arts, Ludwik Pindel. He studied the displayed paintings very closely and critically. In his concentration he resembled a master who was to give his opinion on his pupil’s achievements. After this close examination he stated: “This is my true pupil. I am proud of him. His pictures are all right but watercolours deserve praise. The pupil has surpassed the teacher”.
   So, who is this artist whose works deserved Ludwik Pindel’s approval?
   Józef Stachnik was born in Krakow in 1929. As in the beginning art was not his major field of activity, he was included in the circle of non-professional artists. He did not complete any distinguished artistic schools. His talent was discovered as late as in 1996 when he started to attend painting courses in Ludwik Pindel’s studio. It is easy to calculate that Józef Stachnik found his “artistic path” already as a grown-up man carrying a burden of experiences and living in an anonymous urban environment of Nowa Huta.
   Parallel to his apprenticeship course in Ludwik Pindel’s studio, where he was taught the so-called “artistic perception” and means and methods of artist’s work, he was studying art as a pupil of another colourful personage of Krakow, W. Hodys. Later on, Stachnik’s knowledge was formally verified by the Ministry of Culture and Art and he was recognized as an accomplished artist-painter.
   Additionally, this talented and exceptionally modest man completed also extramural courses at the Department of Paining and Graphic Art at the People’s University of Arts of the Russian Ministry of Culture in Moscow . Still, papers certifying education are one thing and talent and diligence are another – it is hard to say what is of greater importance, particularly in art.
   Józef Stachnik has taken part in a number of plain-air sessions on the level of voivodeships, on the national level and in international ones in Paris, Venice, Assisi, Budapest, New York , and Sicily. As a result of these trips he produced many cycles of watercolours. Watercolour, which is a difficult art discipline since it requires that the artist makes fast and correct decisions, seems to be his favourite, particularly under plain-air conditions.
   The artist has had over 70 individual exhibitions, including exhibitions abroad in Norway, Germany and the United States. He has taken part in over 170 group exhibitions in Poland and abroad too, for example, in Nürnberg (Germany), Kiev (Ukraine) , Paris (France) and New York (the USA). He has been awarded a number of prizes and awards.His works have been acquired by museums and private collectors.
   To finish the informative part about Józef Stachnik’s unusual artistic development, I would like to note that in the future his works may be a precious source of information for historians of secular and sacred architecture, and ethnographers. Cycles of Józef Stachnik’s watercolours are special records resembling chronicler’s notes. They illustrate the beauty of Polish landscape with its manor-houses, palaces, churches, mills, windmills, old village streets and corners, that are deteriorating so fast and disappearing forever. He paints the beauty, which regrettably is being replaced with trash and crap typical of the present times, with passion and intuition. Collectors wish to keep his works not only due to their artistic but also sentimental values.
   Józef Stachnik is also a chronicler of the Poles’ great achievements. In the period from November 2000 to February 2002 he presented a cycle of 56 watercolours depicting the history of the construction of the Sanctuary of God’s Mercy in Łagiewniki. In his special “artistic log-book” he presented the magnitude and beauty of the temple. His pictures show common, every-day reality and hard work in combination with some other, unreal and eternal values through which they achieve a different dimension, namely the God’s dimension.
   Who knows how many unknown cycles of watercolours that will astonish us with their themes and artistic beauty, the artist still keeps in his portfolio and whether he will choose to show them to us. I sincerely hope that he will.
   At the moment we are preparing his exhibition in the Pałac Sztuki (Palace of Art) of the Society of the Friends of Fine Arts in Krakow to be opened in August. The album of his watercolours is intended to accompany the exhibition.
   We wish to extend our best wishes to Józef Stachnik for health and many more artistic achievements in the future.
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Czy istnieje pedagogika artystyczna, na czym polega? Nie wiem, a w każdym razie nie mam jednoznacznego poglądu na ten temat, mimo iż zajmuję się „uczeniem" od 40 lat, od chwili gdy mój profesor — Eugeniusz Eibisch — zrobił mnie swym asystentem. I oto moi młodsi koledzy, niedawni moi uczniowie, wymyślili wspólną wystawę i postawili mnie przed zadaniem werbalnego określenia co to jest „pracownia" w Akademii, jakie relacje zachodzą pomiędzy uczestnikami tak zgromadzonej — w znacznej mierze na zasadzie przypadku — grupy osób.
   Myślę, że uczenie (dla uproszczenia pozostańmy przy tym, jak wykaże dalsza treść, niedokładnym słowie) malarstwa jest sprawą karkołomną zarówno dla pedagoga jak i młodego adepta sztuki. Przyczyn jest sporo: całkowity brak jednolitych kryteriów we współczesnym malarstwie, bo dawniej w jakiejś mierze one istniały (chociaż jest nie-odgadnioną tajemnicą na czym polega fakt, iż na pierwszy rzut oka odróżniamy obrazy na przykład Rafaela od obrazów Leonarda mimo, że powstały w tym samym czasie, w myśl jednakowych w zasadzie kryteriów, podobnych umiejętności i możliwości warsztatowych itd.). Realizując obraz każdy malarz postępował wówczas podobnie: przygotowanie płótna, narysowanie na nim zamierzonego obiektu na przykład postaci, wykonanie podmalówki — było to równoznaczne ze studium światłocienia — i położenie koloru, którego ostatnie warstwy często kładziono rozrzedzoną farbą tak zwanymi „laserunkami". Uczeń w pracowni mistrza był przysposobiony na zasadach trwających do dzisiaj w zawodach rzemieślniczych: najpierw zamiatał podłogę i przeglądał się co i jak robią starsi, potem mył pędzle, czyścił naczynia na farby, przechodził kolejne stopnie wtajemniczenia — napinał płótno na krosnach, sporządzał klej, ucierał farby z odpowiednich proporcji składników, uczył się przygotowania masy gruntowej i nakładania jej na deskę czy płótno. Wreszcie uczono go rysować a podobieństwo do natury było kryterium podstawowym. Dzisiaj nikt tak nie uczy (może szkoda?) a każdy z młodych malarzy, na ogół przesadnie uczulonych na temat swej „indywidualności", uważałby, że łamie się ją przez uczenie takich „sposobów". Zanikła tez niemal całkowicie korekta „manualna" — poprawianie obrazu ucznia dla wykazania mu popełnionych błędów.
   Na czym więc polega współczesna pedagogika w dziedzinie malarstwa? Myślę, ze w głównej mierze na dwu zasadniczych wątkach: na stopniowym rozszerzaniu, rozbudowywaniu świadomości malarskiej czyli doprowadzaniu do takich sytuacji, w których uczeń coraz bardziej zdaje sobie sprawę jak wiele jest w malowaniu elementów niejednoznacznych, punktów wyjścia i punktów dojścia, sposobów widzenia i metod realizacji, jak skomplikowane i różnorodne są procesy twórcze. Stary Degas powiedział „malarstwo to prosta rzecz - dopóki się o nim nic nie wie". Doświadczając praktycznie, zmieniając kryteria zamierzeń i ocen własnej pracy, analizując jej wyniki, młody malarz rozszerza krąg swych wiadomości, pogłębia rozumienie zagadnień, bogaci warsztat, doskonali umiejętności manualne. Dlatego tak ważna jest inicjatywa ucznia w trakcie tego procesu, jego chęć współdziałania z pedagogiem ale też i zaufanie, które ten ostatni musi zdobyć. Drugi z dwu zasadniczych wątków wyżej wspomnianych to stopniowe zdanie sobie sprawy (przez studenta) z własnych predyspozycji, osobistych uwarunkowań, możliwości, upodobań i w konsekwencji, zbudowanie własnej postawy, własnego światopoglądu artystycznego. Ten „skutek" przeciąga się oczywiście poza okres studiów i staje się podstawą ciągłego rozwoju i przeobrażeń.
   Jaka jest rola pedagoga w takim procesie? Uważam, że ważnym jest aby możliwie szybko rozszyfrował osobowość studenta, jego konstrukcję psychiczną, ocenił jego predyspozycje i w indywidualnych rozmowach (korektach przy pracy) ukierunkował odpowiednio bieg studiów. Czasem — niestety — trwa rok a nawet dłużej zanim uczeń sparaliżowany własnymi nieumiejętnościami lub odwrotnie nawykami wyniesionymi z wcześniejszych nauk, otworzy się w stopniu umożliwiającym „wejście" w jego sposób myślenia, odczuwania i reagowania. Trzeba dodać, ze przeprowadzenie korekty nie jest rzeczą łatwą —język polski jest w tej dziedzinie niesłychanie ubogi i nieprecyzyjny, tradycje znikome. Posługujemy się więc swoistym slangiem malarzy, kombinacją skomplikowanych przenośni, metafor, zapożyczeń z języka innych zawodów, na przykład muzyków (ton, gama, dźwięczność, brzmienie koloru, melodia czy melodyczność, orkiestracja kolorystyczna, rytm, kolor nośny lub głuchy, dysonans, harmonia, itd.). Konstrukcja, stabilność lub ruchliwość, gęstość, matowość, rozwibrowanie — to nieliczne przykłady słów, które w odniesieniu do formy lub koloru zrozumieć można różnie i czasem trzeba szczęśliwego przypadku lub dużego uporu aby między uczniem i profesorem nawiązało się zrozumienie. Przykład twórczości „mistrza" także nie odgrywa już dzisiaj tak ważnej roli jak dawniej, bowiem rozwarstwienie poglądów na sztukę (wspomniany poprzednio zanik jednolitych kryteriów) gdy często trudno sprecyzować co jeszcze jest dziełem sztuki a co nim być przestaje — przyniósł z sobą równoczesny zanik autorytetów. Dla współczesnych społeczeństw autorytetem może być „gwiazda sportu", niekiedy bardzo wybitny naukowiec dokonujący spektakularnego odkrycia, z zawodów artystycznych już chyba tylko ludziom filmu — najwybitniejszym reżyserom o światowym rozgłosie — zdarza się być autorytetem.
   Miałem to szczęście, ze w początkach swej drogi malarza zetknąłem się z kilkoma wybitnymi artystami — pedagogami, z których każdy uczył w nieco odmienny sposób: Weiss (którego uczniem byłem zaledwie 3 miesiące) niemal nie robił korekty poszczególnych prac, jego korekta była ogólną „rozmową z pracownią" w trakcie której w pięknie zbudowanych zdaniach, roztaczał przed nami wątki poetycko-filozoficzno-życiowe, zachwyt dla natury, słońca (światła), wplatając w nie oceny czy przypomnienia obrazów dawnych mistrzów, porównania malarstwa z muzyką itp. Jego, nieco egzaltowana, korekta oddziaływała poprzez niezwykłą kulturę osobistą, szerokość horyzontów myślowych, ale prawdę mówiąc byliśmy zbyt młodzi i niedoświadczeni aby odnieść z niej pełną korzyść. Obrazy o których mówił, znaliśmy w najlepszym wypadku z reprodukcji (wiadomo jak błędne pojęcie dają nawet tak zwane „dobre" reprodukcje), bo należące do obowiązku dobrego wychowania wyjazdy młodych dziewcząt i chłopców z rodzicami za granicę i zwiedzanie tam muzeów należały niestety do odległej przeszłości. Odbieraliśmy więc taką korektę w dosyć szczątkowy sposób.
   Eibisch (uczeń Weissa) — któremu zawdzięczam zarówno pojęcie o malarstwie jak i od którego — wydaje mi się — przejąłem najwięcej dla swej pedagogiki, prowadził korektę w podobny lecz bardziej konkretny sposób. Najczęściej odbywało się to następująco: przechodząc między sztalugami w milczeniu przyglądał się malowanym aktualnie obrazom i w pewnej chwili zaczynał opowiadać (początkowo wydawało się bez związku z czymś konkretnym), o książce którą właśnie czyta, o przedstawieniu teatralnym niedawno oglądanym, o kimś ciekawym kogo znał dawniej lub poznał ostatnio, o plantach widzianych wczesnym rankiem. I oto w pewnym momencie następowało, zaskakujące zazwyczaj, nawiązanie do ustawionej martwej natury, do wyglądu modelki, do obrazu malowanego przez któregoś ze studentów. Korekta kończyła się konkretnymi uwagami o prowadzonych przez nas obrazach. Malowałem kiedyś programowo ascetyczną martwą naturę: pękata butelka, wędzony śledź o złocistym kolorze, szklanka o kanciastych brzegach. Męczyłem się z tym obrazem dłuższy czas z opłakanymi wynikami. Profesor przychodził, patrzał w milczeniu i szedł dalej robiąc korektę innym.
   Kolejnego dnia odezwał się wreszcie: „Co ty robisz? Przestań malować butelkę, śledzia i szklankę, przypatrz się temu! Ta butelka to jest panna z dobrego domu, która się puściła i jest w ciąży, śledź to resztka rodzinnego majątku, o który walczy żeby utrzymać siebie i to dziecko co się urodzi a szklanka to ciotka, jedyna z całej rodziny co się nie odwróciła tylko ją podpiera, pomaga jej!" Olśnienie — jak można było nie zobaczyć, że to panna w ciąży, ciotka i skarb?
   Ważnym momentem działania pracowni było, że profesor przychodzi do nas ze swojej prywatnej pracowni sąsiadującej z naszą, że odszedł od własnego obrazu i przenosi do nas swoje własne problemy. W dni kiedy nie zjawiał się na korektę, świadomość, że jest obok, że od świtu stoi przy swojej sztaludze i maluje była także ważnym elementem nauki. Potem zlikwidowano długą tradycję pracowni profesorskich w budynku Akademii — wielki błąd, wielka szkoda. Czasem niektórzy z nas byli zapraszani do pracowni profesora — pokazywał nowe obrazy, mówił o malarstwie.
   Trzecim z moich pedagogów był Ludwik Gardowski prowadzący zajęcia liternictwa i projektowania graficznego. Jego oddziaływanie na rozwój świadomości plastycznej studentów było dosyć tajemnicze. Był pedagogiem mającym duży wpływ na studentów i świetne wyniki nauczania mimo, że korekta jego składała się głównie z chrząknięć, poruszania palcami nad omawianym projektem, spojrzeń znad półszkieł okularów i powiedzeń „no wie pan?", „rozumie pan?", „tutaj — widzi pan?" i podobnych. Umiał jednak wytworzyć taki klimat, ze w trakcie korekty otwierały się całe enklawy nowych, nieznanych problemów.
   Czwartym był Andrzej Jurkiewicz, wspaniały grafik, który dał początek całej krakowskiej szkole grafiki. Poznałem go w Szkole Przemysłu Artystycznego gdzie uczył w początkowym okresie wojny i zaczął wobec mnie naukę od wspomnianych wyżej sposobów stosowanych w dawnych warsztatach: kazał mi wyczyścić z zaschniętej farby jakieś naczynie, a ponieważ rzecz była niewykonalna więc przez szereg dni obserwował kątem oka moje zmagania aby po tygodniu powiedzieć „no to na całe życie zapamiętasz żeby nie zostawiać zaschniętej farby tylko umyć od razu." W ASP uczył mnie rysunku prowadząc rzeczową akademicką korektę o konstrukcji aktu, proporcjach, charakterystyce modela, jego ruchu itp. Czasem wtrącał zabawne „sposoby" na przykład: „stopa po wewnętrznej stronie jest zawsze zbudowana na wklęsłym łuku po zewnętrznej na wypukłym". Wszystkie uwagi okraszone były pomrukami spod obfitego wąsa. W pracowni grafiki słynne były jego „mowy do szafy"; otwierał szafkę, w której przechowywał swój chałat, cenniejsze materiały do pracy, własne narzędzia i stojąc przed nią mruczał pod nosem jakieś słowa, obwieszczenia w stylu „jutro przegląd końcoworoczny — proszę przynieść wiadro na krew i worek na kości!". Później gdy byłem już asystentem i pracowaliśmy w sąsiadujących ze sobą pracowniach prowadziliśmy wielogodzinne rozmowy o malarstwie (był również bardzo ciekawym lecz nie ujawniającym się na wystawach malarzem), opowiadał co dzieje się w Paryżu, o tamtejszych wystawach a był to szczelny na przenikanie wiadomości okres socrealizmu, słuchałem więc z zainteresowaniem.
   Wreszcie przez blisko rok miałem szczęście słuchać wykładów Karola Frycza, nie tyle historii sztuki ile można by je nazwać „zagadnieniami sztuki". Przychodzili na nie czasem Eibisch i niektórzy profesorowie. Były to fascynujące refleksje i wspomnienia na temat tego co widział w muzeach świata, spektakli teatralnych, aktorów i innych artystów których kiedyś znał. Dotyczyły często sztuki wschodu bowiem w bogatym życiu był między innymi w latach 20-tych attache' kulturalnym RP w Tokio. Kontakt z artystami i pedagogami tej miary był dla mnie — wydaje mi się — najlepszą szkołą i starałem się w miarę swych możliwości część przynajmniej z tego co mi dali, przekazać następnym w sztafecie. Myślę, że nikogo nie „złamałem", że nikogo nie usiłowałem zrobić kimś innym niż był i że jeśli nie natychmiast to w dalszej samodzielnej już pracy wyciągnęli korzyść z naszych rozmów, z paru lat pracy w grupie kolegów w naszej wspólnej pracowni. Gromadziła ona prawie zawsze ludzi utalentowanych (wierzę w talent wrodzony), o poważnym stosunku do pracy (talent trzeba bowiem rozwijać) i dzięki temu wyniki bywały niekiedy niezłe.
   Podsumowując tę garść refleksji myślę, że dzisiejszy malarz — pedagog może towarzyszyć swemu uczniowi w trudnym zadaniu chodzenia nad przepaścią po linie i chronić go aby nie spadł do dziury, z której nie ma wyjścia, może pobudzać go do ciągłego ponawiania wysiłków, uczyć go szacunku dla pracy, wykonywania jej jak najlepiej, nie powierzchownie, wreszcie uczyć uczciwości wobec siebie i swej sztuki. Natomiast nie wierzę aby można komuś dać wskazówki jak należy malować.
   

                                                                                                                                                     Jan Szancenbach

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Rozmowa z prof. JANEM SZANCENBACHEM, rektorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie


   URSZULA ORMAN: Malarstwo to bardzo prosta rzecz, dopóki się o nim nic nie wie. Te słowa Degasa zacytował pan na inauguracji roku akademickiego. Czy tak trudno dzisiaj być artystą?
   JAN SZANCENBACH: Artystą w ogóle trudno być, nigdy nie było łatwo. Jeśli się popadnie w samozadowolenie, oznacza to koniec rozwoju artystycznego. Podobno ostatnie słowa Renoira brzmiały: wydaje mi się, że robię pewne postępy. Do ostatniej chwili towarzyszy nam w tym zawodzie ogromna niepewność, wewnętrzny niepokój, szamotanie. Tym bardziej się to odczuwa, im mniej zrozumienia i poparcia społecznego.
   — Były przecież czasy, kiedy artyści cieszyli się dużym społecznym autorytetem. Matejko, Malczewski otoczeni byli szacunkiem.
   — Takich okresów w historii nie było zbyt wiele. Dzisiaj każdy z nas pozostawiony jest samemu sobie, to bardzo obciążające.
   — Przemawia przez pana rozgoryczenie, a nie ma pan przecież powodów jako znakomity, uznany malarz, pedagog z czterdziestoletnim stażem, rektor.
   — Właśnie jako pedagog mam powody, by tak mówić. Jeśli wiem, że studenci nie mogą zdobyć kawałka płótna czy blejtramu, to trudno mi wymagać od nich wysiłku artystycznego. Widzę przecież, że wiele energii poświęcają na zdobycie materiałów. A start dla młodego artysty... toż to straszna sprawa. Zdobycie pracowni urasta do niebywałego problemu. Nowych prawie w ogóle nie ma, adaptacja strychów przekracza możliwości finansowe młodzieży, to przecież milionowe dziś koszty.
   — O ile wiem, pan profesor przez wiele lat także malował w pokoju...
   — To fakt, ale skłamałbym mówiąc, że mi to pomogło. Kiedy wreszcie miałem już własną pracownie i dobre warunki do pracy, spostrzegłem ze zdumieniem, że obrazy, które namalowałem w poprzednim miejscu, są z jednej strony jaśniejsze, z tej malowanej bliżej okna. Jako dojrzały malarz musiałem uporać się z takim śmiesznym warsztatowym problemem.
   — Mimo tych powszechnych kłopotów ze zdobyciem pracowni, materiałów itp. młodym, wydaje się, że po pierwszej zagranicznej wystawie świat padnie przed nimi na kolana.
   — Jako młodzi mają prawo do złudzeń, ale staram się im przekazywać prawdę, o życiu i kondycji artysty, prawdę, do której dochodzi się z biegiem lat.
   — Przyjmują te prawdy bez oporów? Jak układają się pana stosunki z młodzieżą?
   — Przede wszystkim są coraz luźniejsze. Prowadzę dość liczną pracownię i nie mam — z racji pełnionych obowiązków — zbyt wiele czasu na kontakty ze studentami. Poza tym odczuwam już zmęczenie.
   — Jakiego rodzaju? Czysto fizyczne? Obcowanie z młodzieżą podobno oddziałuje korzystnie.
   — Do pewnego momentu bez wątpienia tak. Nadchodzi jednak chwila, kiedy się stwierdza, że pozostawanie przez lata na pewnym pułapie, powtarzalność korekt, zniżanie się do stanu wiedzy studentów, to wszystko doprowadza do skostnienia.
   — Czyżby pan uważał, że praca, pedagogiczna przeszkadza artyście?
   — Mnie nie przeszkadzała. Najlepszy dowód, że pedagogiką zajmuję się już czterdzieści lat. Aż czterdzieści. Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że te wszystkie pozaartystyczne zajęcia odbywam kosztem własnej twórczości. Im jestem starszy, tym częściej każdą godzinę odebraną malarstwu uważam za straconą.
   — Miał pan jakąś przerwę w pracy pedagogicznej?
   — Niestety, nie. Trochę szkoda, że nie miałem takiego okresu wyłącznie dla siebie. Asystentem zostałem bez żadnej przerwy na samodzielną pracę, profesor Eibisch zaproponował mi asystenturę jeszcze przed dyplomem.
   — Mehoffer, Axentowicz także pracowali długo...
   — Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja uczyłem, o ile to słowo jest odpowiednie, malarstwa z przyjemnością, podobno miałem jakiś talent pedagogiczny, ale ostatnio zbyt wiele pełnionych przeze mnie funkcji sprawia, że staję się niedzielnym malarzem i stąd moje rozterki. A co do naszych wielkich poprzedników, oni zajmowali się pedagogiką 15—20 lat, i to z przerwami jak np. Malczewski.
   — Ale to ogromna zaleta naszego szkolnictwa artystycznego, że pracują w nim wybitni artyści, na Zachodzie nie ma takiej praktyki.
   — Tam artyści nie mają takiej potrzeby. Istotnie jest to zaleta naszego szkolnictwa artystycznego nie wiem nawet czy uświadamiana przez studentów. Oni chyba nie zdają sobie sprawy z tego ilu wyrzeczeń wymaga od artysty tzw. nauczanie.
   — Poprzez stanowisko dziekana wydziału malarstwa, prorektora do spraw nauczania doszedł pan do funkcji rektora. Jak z tych wyżyn widzi pan sprawy własnej uczelni?
   — W tej chwili działalność kierownictwa skłania się raczej do ochrony istniejącego stanu niż do rozwoju. Niedobory lokalowe stworzyły taki splot zagadnień i niemożności, że to —20 rzutuje na wiele spraw, nawet na zmiany personalne. Kiedy byłem dziekanem wydziału malarstwa zapraszaliśmy np. artystów, którzy wykładali u nas gościnnie. Na tej zasadzie przez dwa lata pracował na Akademii Andrzej Strumiłło. Ta forma nie dała się utrzymać, u nas jest to niemożliwe. Uczelnia poznańska na Przykład mogła sobie pozwolić na to, by dojeżdżał tam Tadeusz Brzozowski. No, ale to wiąże się właśnie z sytuacją lokalową, organizacyjną.
   — Przez kilkanaście lat zasiadał pan w Radzie Szkolnictwa Artystycznego, czy skrócenie studiów artystycznych do lat pięciu korzystnie wpłynęło na przebieg kształcenia?
   — Absolutnie nie. Po czwartym roku następuje rekapitulacja zdobytej wiedzy. Piąty rok na nią przeznaczony i szósty dyplomowy, jak to było niegdyś, to dobre rozwiązanie, zaniechane niestety. Dlatego od wielu lat wszystkie u-czelnie artystyczne wnioskują o powrót do sześcioletnich studiów. Na niektórych kierunkach kształcenia muzycznego dało się to zrobić, na uczelniach plastycznych jeszcze nie.
   — A programy nauczania rozbudowuje się, młodzież to wytrzymuje?
   — Musi, cóż ma robić. To jednak się na studentach niekorzystnie odbija. Młodzież jest zmęczona, traci impet, z jakim wkraczała na uczelnię. Do tego dochodzi jeszcze zmęczenie brakiem jednolitych kryteriów w sztuce.
   — Na to już chyba wpływu nie mamy. Tempo dzisiejszego życia powoduje taki chaos i pomieszanie kryteriów, nowe kierunki pojawiają się i znikają, a zmiany zachodzą szybko. Jak w takiej sytuacji kształcić artystów? To chyba niesłychanie trudne?
   — Młodzież musi mieć odniesienie do elementów uchwytnych, dlatego musi się kształcić na studiach natury. A pedagog z prawdziwego zdarzenia powinien rozwijać świadomość artystyczną studentów.
   — Było ją chyba łatwiej rozwijać wówczas, gdy kontakt mistrz-uczeń istniał naprawdę. Dlaczego zlikwidowano na Akademii prywatne pracownie profesorskie?
   — Głównie z powodów lokalowych.
   — Szkoda, świadomość, że za ścianą pracuje profesor i w każdej chwili może wyjść i zaprosić do pracowni, niewątpliwie studentom pomagała. Nowoczesna pedagogika bardzo się odhumanizowała.
   — Nie tak znów bardzo. Podczas korekt ten kontakt jest zachowany.
   — Jakie są pana korekty, profesorze? Czy przejął pan metodę od swoich pedagogów czy wypracował własną?
   — Wydaje mi się, że najwięcej przejąłem od profesora Eibischa i to nie tylko jeśli idzie o pedagogikę. Jego korekty odbywały się w ten sposób, że profesor snuł na pozór luźne opowieści, refleksje o tym, co przeczytał, zobaczył itp. i w pewnym momencie przechodził do konkretnych uwag, mających jednak związek z tymi opowieściami.
   — Uważa pan, że malarstwa można nauczyć?
   — Akademia niewątpliwie daje bardzo dużo, choć osobiście nie bardzo wierzę w to, by móc komuś udzielić wskazówek, jak ma malować. Sugestie profesorskie mogą tylko nauczyć uczciwości wobec siebie i sztuki, rozbudzać świadomość artystyczną. Nauczyć można spraw warsztatowych, ale w malarstwie, w sztuce w ogóle, tak wiele zależy przecież od intuicji.
   — Autorytet mistrza w budowaniu własnego światopoglądu artystycznego odgrywa chyba dużą rolę?
   — Czy bardzo dobry nawet malarz może być dzisiaj autorytetem? Czasy się zmieniły i przykład profesorski nie oddziałuje już tak wyraźnie na uczniów. W dziedzinie sztuki nastąpił zanik autorytetów. No, może jeszcze w przypadku wybitnych reżyserów to się zdarza, w malarstwie nie.
   — Dlaczego? Przecież wśród znanych malarzy jest wielu o niezwykle ciekawych osobowościach.
   — Owszem, lecz ten chaos t brak jednolitych kryteriów w ocenie dzieła sztuki, o czym już mówiłem, sprawia, że trudno być uznanym za autorytet. Łatwiej nim być w sporcie, nauce, wszędzie tam, gdzie można zyskać, światowy najlepiej, rozgłos. Jak przy braku jednoznacznych kryteriów ocenić, czy obraz jest dziełem genialnym, wybitnym czy tylko poprawnym? Bardzo trudno. Młodzież to wie i dlatego tak wielu studentów bywa przesadnie wyczulonych na temat własnej „indywidualności".

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Tubka farby olejnej jest niewyczerpaną kopalnią osiągnięć, a kolor - odwiecznym, generatorem wzruszeń plastycznych.
   Jan Cybis

   Płomienna czerwień krabów, soczysty róż rozłupanych arbuzów, mocny oranż chryzantem, jaskrawe żółcienie cytryn, nasycone turkusy wazonów, głęboki fiolet obrusów — barokowy przepych kolorów jest głównym wyróżnikiem sztuki Jana Szancenbacha. Kolor był dla niego środkiem i celem malowania, naczelnym budulcem obrazu, konstruktorem przestrzeni i głównym tematem obrazu. Badacze twórczości artysty jednomyślnie wywodzą jego rodowód od kapistów i osadzają go w nurcie krakowskiego koloryzmu. Na pierwszy rzut oka widać jednak jak daleko odszedł on od przedwojennych kapistowskich reguł, choć uczynił z nich stabilny stelaż swojego malarstwa.
   „Jeśli zastanowimy się nad meandrami sztuki XX wieku - pisze Maria Rzepińska - dojdziemy do wniosku, że koloryzm był nie tyle kierunkiem, co postawą. Była to ostatnia postawa, która świadomie nawiązywała do europejskiej nowożytnej tradycji obrazu jako jednolitego organizmu pikturalnego, z zaczepieniem w naturze, a ściślej mówiąc w jej fenomenach kolorystycznych, ale transponującego te fenomeny na autonomiczną strukturę tworu malarskiego". Bycie malarzem kolorystą nie oznacza konkretnego sposobu posługiwania się farbą, operowania taką czy inną plamą barwną. Wystarczy przecież porównać ze sobą obrazy Cybisa i Potworowskiego, aby przekonać się jak bardzo różnią się od siebie choć malowane były przez artystów tego samego ugrupowania. Postawa ta oznacza świadomy wybór wartości kolorystycznych, które jako jedyne kształtują dzieło. Wiąże się z tym przeważnie rezygnacja z narracji, wykluczenie anegdoty z obrazu, co ogranicza artystę do trzech motywów: martwej natury, pejzażu i portretu. I jeszcze stosunek do natury - nieustanny zachwyt nad barwnością i bogactwem otaczającego świata. Jak twierdzi Helena Blum, koloryzm był „ostatnią szkolą wykazującą spoistość ideologii. Bo dzięki swojej jednostronności była ona spoista, choć jednocześnie elastyczna, gdyż dopuszczała ogromną ilość rozwiązań". Właśnie w tej wielości rozwiązań Szancenbach odnalazł i wypracował swój indywidualny styl - oryginalną wersję koloryzmu — o bujnej fakturze, mocnym kolorycie, często na pograniczu abstrakcji.
   Zainteresowanie formułą malarską, która zdawałoby się przeżyła swoje apogeum w okresie międzywojennym, nie stanowi zagadki - Jana Szancenbacha jest kolorystą z racji pokolenia i wyboru. Studia rozpoczął tuż po II-ej wojnie, w czasie, kiedy artyści orientacji kolorystycznej mieli bardzo silny wpływ na młodych malarzy, a krakowska Akademia Sztuk Pięknych stała się ich przystanią. Prym wiodły wówczas pracownie Hanny Rudzkiej-Cybisowej, Eugeniusza Eibischa, Jerzego Fedkowicza, Czesława Rzepińskiego. Szancenbach wysoko cenił swoich poprzedników: „Wciąż czytam i słyszę różne przepojone żółcią narzekania i skargi, że w latach międzywojennych koloryści opanowali szkolnictwo artystyczne. No i dobrze, i chwała Bogu, to byli bardzo świetni malarze". O swojej drodze malarza i o artystycznych upodobaniach powiedział: „Nigdy nie robiłem gwałtownych zwrotów. Moje życie artystyczne to spokojna kontynuacja tego, co wyniosłem z pracowni Eibischa. Owszem, był króciutki okres fascynacji malarstwem abstrakcyjnym, ale kiedy po raz pierwszy pojechałem do Paryża, zobaczyłem tam zalew płytkiej abstrakcji i odrzuciło mnie. Abstrakcja nie przylega ani do mojego temperamentu, ani do moich potrzeb — więc wycofałem się. Obserwuję, że im jestem starszy, tym chętniej maluję realistycznie. No i nigdy nie porzuciłem koloru".
   Z kapistami łączy Szancenbacha stosunek do natury - naczelnego impulsu powstania obrazu, który wi nien jednak być tworem niezależnym, optycznym przedmiotem. „Malować to nie wytwarzać lecz myśleć, to sprawa postawy - mówiła Rudzka-Cybisowa - Natura jest zawsze taka sama. Obrazu gotowego w naturze nie ma. Obraz się tworzy". A Piotr Potworowski dodaje, że „obraz zaistniał dla człowieka, a nie dla pejzażu, który nie przegląda się w obrazie jak w lustrze". W pracach Szancenbacha następuje więc zamiana świata rzeczywistego na świat, który realizuje się na płótnie. Niezależnie od motywu - drzewa, ogrody pełne kwiatów, krakowskie Planty, wizerunki żony i przyjaciół — obraz jest dla niego przede wszystkim kompozycją kolorystyczną zbudowaną zawsze na tych samych zasadach.
   Działanie koloru potęgują jeszcze efekty fakturowe - grube warstwy gęstniejącej farby, która odbija światło i nadaje barwom soczystości. „Malarstwo nosisz w swojej kasecie - pisał Cybis - Cudowną rzeczą jest farba. Dyktuje tak samo swoje prawa, jak je dyktuje natura, która nosisz przed oczami".
   Od pierwszego pokolenia naszych kolorystów różni natomiast Szancenbacha stosunek do koloru. Już Pankiewicz zauważył, że impresjoniści ograniczali różnice walorowe — stosowali domieszki białej farby, niwelując w ten sposób zbytnie nasycenie kolorów i w efekcie zubożając warstwę kolorystyczną obrazu. Polscy malarze w znacznej mierze przejęli tę metodę postępowania. Kapiści mieli swoje przykazania jak zrobić dobry obraz -używanie czystych pigmentów, odrzucenie czerni, co w praktyce daje kontrast kolorów ciepłych i zimnych. Ich obrazy są przeważnie starannie i mozolnie obmyśloną tkaniną kolorystyczną, a wszystkie barwy traktowane są z równą uwagą. Szancenbach idzie dalej, dąży do wyzwolenia koloru ze sztywnych ram kapistowskiej doktryny. Zdaniem Marii Rzepińskiej „tym dalszym krokiem jest intensyfikacja chromatyki, nasilenie indywidualnej jakości barwy w obrębie płótna tak, aby przemawiała pełnym głosem". Koloryt jego obrazów jest bardzo charakterystyczny, przeważnie gorący, zbudowany na zasadzie silnych kontrastów, łatwy do identyfikacji - idący ku coraz ostrzejszemu, coraz bardziej napiętemu brzmieniu barw. Szancenbach wykorzystuje chętnie doświadczenia fowizmu, kładzie wyraźny nacisk na ekspresyjne wartości koloru. Jego płótna mają zdecydowanie eksponowane strefy kolorowe. Nasycone turkusowe błękity i płomienne cynobry, które Rzepińska nazywa czerwienią Szancenbacha stanowią często dominantę obrazu. Porównując te obrazy z pracami takich kapistów jak Hanna Rudzka czy Jan Cybis możemy odnieść wrażenie przejaskrawienia. Nie wynika ono jednak z malarskiej nieporadności artysty. Intensyfikacja chromatyki, o której już wspomniałam, to wkład Szancenbacha w rozwój naszego koloryzmu. Z resztą chętnie, i z dużą swobodą, stosuje także barwy przytłumione - piękne są w jego obrazach delikatne różowości, seledyny, rozbielone błękity i fiolety. Włodzimierz Hodys pisze, że Szancenbach „zmusza widza aby widział i słyszał równocześnie tę muzykalność obrazu, która oparta jest na odpowiednich środkach kolorystycznego wyrazu, zestrajanych w harmonię i kontrapunkty plam barwnych. Świat otaczający go przemawia do niego muzykalnością swoich form, a on transponuje je na barwy, szukając odcieni dźwięków". Właśnie za pomocą koloru kształtuje Szancenbach odpowiednią atmosferę swoich płócien: „Mnie w moich obrazach najbardziej zależy na nastroju, klimacie - mówił - Chcę oddać prawdę własnego przeżycia - to jest to".
   Powracał wciąż do tych samych motywów - do widoku z okna pracowni, do staranie ułożonej martwej natury, gdzie w nieskończoność powtarzał się ten sam repertuar obiektów: pomarańcze, kawony, kwiaty. A jednak każdy z tych obrazów jest odczuty, przeżyty -jest dowodem na to, że „zawsze sztuka będzie kontemplacją, gdyż inaczej przestałaby być tym czym jest, właśnie kontemplacją".
   
   Małgorzata CZYŃSKA
   historyk sztuki

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Marzeniem wielu malarzy, nie tylko krakowskich, była przemożna chęć, aby wystawę ich obrazów poprzedził kiedyś wstęp zmarłej nie tak dawno, Pani profesor Marii Rzepińskiej, wybitnej znawczyni sztuki europejskiej, a więc i polskiej zarazem. Tylko nieliczni doczekali się takiego omówienia, do nich należy także i Jan Szancenbach profesor krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, kiedyś jej rektor, artysta związany z tą uczelnią przez całe życie twórcze. Pani profesor pisała o twórczości krakowskiego artysty między innymi tak: "Jan Szancenbach nie wspomaga swojej twórczości żadnym komentarzem, pozostawiając z nią widza sam na sam. Jest on jednym z rzadkich obecnie artystów, którzy nie podbudowują swej sztuki skomplikowaną doktryną. Ileż to razy czytałam introdukcje i manifesty polityków, nadużywające wielkich słów, które w konfrontacji z rzeczywistością wizualnych doznań wykazywały żenującą niewspółmierność. Szancenbach chce przemawiać do widza przede wszystkim swym malarstwem nie pseudouczonym dyskursem."
   To stwierdzenie oddaje nie tyle istotę sztuki Jana Szancenbacha, ile jest charakterystyką mało dziś spotykanej postawy twórczej, która zawiera w sobie zarówno pewien rodzaj skromności, jak i nieodzownej dla artysty pewności siebie, a raczej pewności własnej koncepcji artystycznej. Miałem okazję odbyć z profesorem Szancenbachem kilka dłuższych rozmów, zarówno tych, które dotyczyły jego malarstwa bezpośrednio, jak i tych odnoszących się do sztuki w ogólnym znaczeniu. Przyznam, że do tego, co napisała Pani profesor można dodać niewiele. Z profesorem Janem Szancenbachem dużo swobodniej rozmawia się bowiem na tematy ogólne, mówiąc o jego malarstwie napotyka się na rzadko spotykany rodzaj czegoś w rodzaju zażenowania, a przecież jest to malarz ceniony nie tylko na gruncie krakowskim. Wystawy obrazów krakowskiego malarza cieszą się powodzeniem w Londynie, Paryżu i Japonii, gdzie zdobyły sobie uznanie szczególne. Pisząc o powodzeniu i uznaniu najczęściej mamy na myśli to, co o twórczości artysty napisali krytycy, tymczasem w wypadku Szancenbacha uznanie to wyraża się także licznymi zakupami jego płócien.
   Jan Szancenbach malarz typowo krakowski jest także twórcą, którego dość precyzyjnie można umiejscowić w artystycznej tradycji europejskiej. Spadkobierca sztuki tworzonej przez polskich "kolorystów" jest także, kontynuatorem kierunków i sposobów konstruowania obrazów do jakich i oni nawiązywali. Jan Szancenbach to także jedna z charakterystycznych postaci krakowskiego świata artystycznego.
   
                                                                                                                                                   Andrzej Warzecha

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   „W rzeźbach artysty odbija się polski koniec XX wieku: to dążenie do bycia Europejczykiem jak Holender czy Szwed i jednocześnie życie purytańskie. Zakłamanie i odwaga. Głupota ze ślepotą i nowoczesność. Posługiwanie się telefonem komórkowym i wiara w moc medycyny ludowej.
   Większość rzeźb R. Wiśniewskiego to prace człekoidalne , przy pomocy których artysta ukazuje polskie paradoksy: „ Punk”, „ Czubek”, „ Mówca ”, „ Podglądacz ”, wykonane z mosiądzu i brązu . Jest ośmieszająca naszych bogaczy rzeźba „ Skąpiec ” z granitu szwedzkiego . Są też dzieła z podtekstem erotycznym , np. „ Taran ”, „ Dedal i Ikar ”. Są i dzieła na pozór niewiele mówiące, w rzeczywistości dogryzające nam wszystkim - bez wyjątku. Romuald Wiśniewski nie tyle zamyka naszą rzeczywistość w szlachetnym metalu, co ją dosadnie aresztuje. Zobaczcie, jacy jesteście, mówi. Z kogo się śmiejecie ? Z siebie, powtarza słowa Gogola. Stąd tytuł wystawy – „ Znaki czasu ”.
   Artysta jest zawodowcem, tzn. żyje z tego co sprzeda. Być może to powoduje, że nie tworzy dzieł symbolicznych, ogromnych, możliwych do interpretowania na różne sposoby. Ale czy to jest wada czy cecha pozytywna ? Zdaje się, że     R. Wiśniewski dobrze wie, gdzie i kiedy żyje, co i ile potrafi...”
   
                                                                                                                                                 Alfred Siatecki

,

   „The artist ’ s sculptures reflect the end of 20 th century Poland : European in a Dutch or Swedish sense but puritanical at the same time . Breakdown and courage . Naivete and modernity . Use of cellular phones and belief in folk medicine.
   Most of R. Wiśniewski sculptures are anthropoids by which the artist shows Polish paradoxes : „ The Punk ” , „ The Tip ” , „ The Orator ” , „ The Peeper ” are made of brass and bronze . A sculpture mocking rich people called „The Miser ” is made of Swedish granite . There are also works of art with implied erotic meaning , i.e. „ Taran ” „ Dedal and Ikar ” . There are also works , which do not seem to say much but do in fact sting each of us – without exception . Romuald Wiśniewski not only encloses reality inside precious metals , he literally arrests it . Look at who you are he says . Whom are you laughing at ? At yourself he repeats Gogol ’ s words . From it also comes the exhibition ‘ s title – „ The Signs Of the Times ”.
   
   The artist is a professional which means he lives on what he sells.
   Maybe this is why he is not creating big symbolical works of art that could be interpreted in different ways . It seems that R. Wiśniewski is keenly aware of his time and place in the world , what and how much he can do ...”
   
                                                                                                                                                   Alfred Siatecki


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Wśród wielu pozytywnych cech jedna wybijała się u Józka na plan pierwszy: był nią głęboki i szczery optymizm i radość istnienia. A ponadto ufność w nieśmiertelność sztuki i jej niemożliwe do wyeksploatowania bogactwo. Oraz jej ograniczoną łączność z życiem. Taka też była jego sztuka. Ponadto był sportowcem i mężem atletycznej postury; rad też popisywał się, jak to młody, swą siłą i fizyczną sprawnością nie tylko na stadionach i w gimnastycznych salach. Pamiętam jego zapasy z innym akademickim siłaczem w gabinecie Prezesa TPSP, czyli w Pałacu Sztuki po jednym z hucznych wernisaży. Trwały długo, zaś skończyły się pod stojącym w nim podówczas fortepianem, ku zachwytowi wernisażowych gości, bo wernisaże „szalonych lat 60-tych”, jak się je obecnie nazywa, nie były nazbyt solenne i oficjalne. Zaś nade wszystko trzeźwe.
   Nic więc dziwnego, że spod silnej i sprawnej ręki Ząbkowskiego wychodzi kapitalny cykl rysunków sportowych. Świetny w ruchu i jego syntezie, a zwłaszcza umiejętności oddania pasji i prawdziwej rywalizacji sportowej, którą znają wyłącznie ci, którzy sami, na własnej skórze ją odczuli. I radość zwycięstwa i smutek porażki i honor, nakazujący walczyć do końca. „Jeśli padłeś – to wstań i walcz” głosiła dewiza ówczesnego, amatorskiego więc prawdziwie bezinteresownego sportu. Józek był jej wierny do końca życia. Nigdy nie poddał się straszliwej chorobie. Malował, zawsze tak samo, z wiarą i świadomością, że non omnis moriar, nie wszystek umrę, jak słusznie napisał Horacy.
   Był sensualistą i zdawał sobie z tego sprawę, gdyż parał się również teorią sztuki, więc wiedział, że uświadomiony i świadomie kierowany sensualizm może być wielką siłą. W jednym ze swych esejów pod symptomatycznym tytułem „Rzeczywistość i forma” (Biuletyn Rady Artystycznej ZPAP 1/134/1979 r.) tak bowiem ujął relację artysta – rzeczywistość – dzieło
   1. działanie nieuświadomionego zjawisk rzeczywistości na twórcę
   2. sformułowania tych zjawisk przez twórcę
   3. zobaczenia wówczas rzeczy jako normalne ich widzenie,
   co przełożone na potoczny język praktyki znaczy: odczuj, pojmij, namaluj. W tej kolejności, z emocją i emocjonalnym odbiorem rzeczywistości na miejscu pierwszym, a jego słowa miały w tamtych latach wagę deklaracji programowo-ideowej, bądź nawet manifestu: właśnie wtedy awangarda dążyła do artystycznego scientyzmu, do naukowej raczej, niż intuicyjnej metody poznawania świata i mówienia o nim i swoich z nim relacjach właściwym dla nauki językiem. Ząbkowski buntował się przeciw takiemu traktowaniu sztuki i jej funkcji, co powiedział expessis verbis w jednym z wywiadów, bo wtedy pisma zamieszczały jeszcze rozmowy z artystami: „Reaguję na bodźce, generalnie sprzeciwiam się unaukowieniu sztuki, uważam bowiem, że daleko to nie zaprowadzi, nie przekaże emocji autora i nie wyzwoli emocji u odbiorcy. Każdego artystę stać na niespodzianki twórcze – i to jest bardzo atrakcyjne. Tymczasem zimna, wyrachowana praca umysłowa wyklucza możliwość niespodziewanego wystrzału…” a on lubił strzelać, nawet bardzo. I dalej „Przede wszystkim zajmuję się krajobrazem, reminiscencjami krajobrazowymi. Poprzednio przez kilka lat robiłem kompozycje z figurą ludzką; teraz ona zniknęła. Niedawno miałem poważny wypadek, wpadłem pod samochód na przejściu dla pieszych, byłem już jedną nogą na tamtym świecie. To nie pozostało bez wpływu nie tylko na moje zdrowie ale i twórczość. Może to dziwne, lecz mój krajobraz wydaje mi się teraz bardziej optymistyczny, bardziej kolorowy, świetlisty. Bierze się to ze świadomości, że jednak ten świat dalej się ogląda…”.
   Więc znów optymizm. Znów wiara w nieuchronne zwycięstwo dobra. W każdej sytuacji i pod każdą postacią. A wszystko można przełożyć na sztukę.
   W jego późniejszych zwłaszcza, więc w pełni dojrzałych obrazach, dynamika sportowych rysunków o swoboda eksplodującego niekiedy emocją pejzażu zostaje ujęta w ramy. W sensie jak najbardziej dosłownym, gdyż w ramach obrazu malował ich powtórzenie – bądź ramy okiennych framug, bądź kulisowo ustawionych planów albo też czegokolwiek innego o prostokątnym jednak kształcie. Sam zwał ów kompozycyjny zabieg „nakładkami”, bo istotnie jakby nakładał na siebie dwa obrazy, dwa sposoby myślenia – swobodny i uporządkowany, dalece przetworzony przedmiot i czystą abstrakcję, przez którą patrzy na bliższy lub dalszy plan. Albo na całe malarstwo nawet. We wszystkich jednak obrazach dominuje kolor. Równoznaczny z uczuciem, ze zmysłowym podejściem do życia, z radością w końcu, gdyż paleta Józka była zawsze żywa i wyrazista. Potem przygasła, lecz przedmioty pozostały, choć o odmiennym znaczeniu.
   Jeden ze swych ostatnich cyklów nazwał „Świat rzeczy” i pokazał w lutym 1987 roku w Galerii Desy „Kramy dominikańskie”. Ów „świat” aż roi się od tajemnych znaków, śladów zapomnianego już pisma i zjaw ni to ludzkich twarzy, ni to jakichś nieznanych stworów pośród muszli symbolizujących kobiecość, kwiatów i roślin na tle fin de sieclowych witraży. Obrazy utrzymane są w księżycowej poświacie secesyjnych nokturnów. W jednym z nich stoi zdmuchnięta przed chwilą świeca. Paliła się krótko, zbyt krótko, sądząc po nienadtopionym stożku zakończenia, tak, jakby ktoś zapalił ja przez pomyłkę tylko i zdusił płomień nim zdążył on naprawdę zagorzeć. Został tylko ślad jego istnienia w rozwiewającej się smużce bladego dymku. Tytuł – „Brama”. I drugi obraz cyklu – autoportret, wyłaniająca się z mroku twarz, a raczej jej połowa przecięta pionową linią, za którą jest już tylko nicość. Na pierwszym planie czaszka konia zastrzelonego z litości jesienią 1939 roku przez polskiego oficera; złamał nogę, jego życie było skończone.
   Maria Rzepińska napisała, że Ząbkowski maluje swe theatrum mundi, swój teatr świata. Zapewne malował go również. W pierwszym jednak rzędzie malował theatrum vitae at mortis, teatr życia i śmierci.
   Do ostatniego aktu, do zapadnięcia kurtyny
   
   „Malarstwo Cecylii nie pędzi za sukcesem, ale wytrwale podąża za prawdą, prawdą przeżycia, doznania rzeczywistości, bytu. Niekiedy ma cudowną siłę natury, wręcz demiurgicznej kreacji. A wszystko osiągnięte jest prościutkimi środkami, niezwykłą, szlachetną, ograniczoną gamą barwną, gdzie farba osiąga nieraz niematerialność będąc bytem spoza materii zwyczajności surowca…” pisał Józef Ząbkowski o żonie we wstępnie do katalogu. Również Harasymowicz miał o niej dobre mniemanie „… Nerwowe, gwałtowne, powiedziałbym nawet kłótliwe są te pejzaże – nie mające w sobie nic ze znanej konwencji traktowania tematu. Cecylia Wodnicka-Ząbkowska jest jaskiniowcem malarskim i to jest jej wielkie szczęście. Obrazy te są chyba jedną z nielicznych u nas udanych prób rehabilitacji pejzażu, rehabilitacji wygnanej ze sztuki natury…” bo należy przypomnieć, że pisał te słowa w latach hegemonii sztuki abstrakcyjnej i bezprzedmiotowej, wówczas, gdy nazbyt widoczny związek z naturą był czymś wstydliwym a nawet niegodnym nowoczesnego artysty. Wysoko też ceni jej sztukę Maria Rzepińska: „… Nie ma [w tym malarstwie] żadnej ostentacyjnie rozbudowanej żywiołowości. Jest to malarstwo bardzo zdyscyplinowane; świat skupiony, intymny, pozbawiony wszelkiego efekciarstwa. Rzetelność skoncentrowanego wysiłku widnieje w tych pejzażach, operujących najprostszymi ujęciami i ujęciami. Nie ma tu ani rozmyślnego udziwniania, ani stylizacji. Są to po prostu fragmenty natury. O tym, że są czymś więcej decyduje sposób zobaczenia, sposób drążącej w głąb interpretacji malarskiej. Patrząc na krajobrazy Wodnickiej zastanawiamy się dlaczego te skromne płótna o stłumionej chromatyce tak przyciągają naszą uwagę i budzą sympatię. Stanowi o tym ładunek emocji ukrytej i jakby wstydliwej, wypowiedzianej szeptem, ale dobitnie, sięgającej głębokich złóż związku z przyrodą…”.
   Trzy zatem pozytywne, lub nawet graniczące z zachwytem oceny. Lecz jakie różne zarazem, a nawet wykluczające się niekiedy bądź też szokujące rozpiętością ocen nawet. Według nich bowiem sztuka Wodnickiej-Ząbkowskiej była jaskiniowa, więc prymitywna (w potocznym rozumieniu tego słowa, gdyż w istocie sztuka naszych praprzodków sprzed 20 000 lat byłą niezwykle wyrafinowana) i subtelna zarazem, spokojna i pewna swoich racji i rozdarta wewnętrznymi wątpliwościami, związana z naturą i kreacyjna zarazem… Jakaż więc ona naprawdę jest?
   Ależ i taka i taka i jeszcze inna na dodatek. Po prostu bogata i w swym bogactwie swobodna, gdyż artystka otrzymała od losu cenny dar: jest nim swoboda wypowiedzi, zdolność, bądź nawet wewnętrzny imperatyw mówienia tego, na co właśnie ma ochotę tak, jak to uzna za słuszne. Bez oglądania się na panujące mody i artystyczne trendy. Stąd bierze początek ogromna rozpiętość form, klimatów i koncepcji złączonych tylko dwoma nadrzędnymi cechami, a mianowicie szczerością wypowiedzi i jej prostotą. Ząbkowska unika malarskich ozdobników i takichże smaczków, wszystkich tych, jakże często spotykanych „tak się robi”, „to się podoba”, „to jest na czasie”, wszelkiej malarskiej kokieterii zatem i wdzięczenia się do widza. maluje to, co dla niej ważne, to, co uzna za godne artystycznej notacji. A że interesuje ją wiele zagadnie i motywów – to już zupełnie inna sprawa.
   I równie wiele gatunków deformacji rzeczywistości, boć przecie poprzez jej odkształcenia i przekształcenia artysta się wypowiada i określa swój stosunek do zjawiska. Cecylia Wodnicka-Ząbkowska porusza się również w tej materii w niezwykle szerokim polu – od poważnej monumentalizacji po wesołą fantastykę i życzliwą kpinę, od potężnych pejzaży i hieratycznych sgraffito (którego nie należy mylić z grafitti – sgrafitto to pokrycie muru kilkoma warstwami barwnego tynku, z częściowym zeskrobaniem wilgotnych jeszcze warstw górnych dla otrzymania kolorowego rysunku) po kapitalne dziwoludki i dziwoptaszyska, od skrajnego dostojeństwa zatem po ciepły humor dziecinnego pokoju wraz z jego dobrą baśnią. Istnieją jednak również dwie co najmniej cechy łączące wszystkie owe dokonania – pierwszą jest życzliwe traktowanie tematu oraz umiejętność operowania wąską gamą barwną z przewagą kolorów półchromatycznych przy pomocy których artystka potrafi wydobyć zaskakujące bogactwo dźwięcznych zestawień i takichże tonów. W tym wypadku Harasymowicz miał rację: Ząbkowska istotnie bywa w swoich pejzażach jaskiniowa. opiewa ziemię tonami zaczerpniętymi z jej palety, barwnymi glinkami jakby i sadzą z ogniska lub pożaru lasu. Wszak autorzy prehistorycznej Syxtyny, jak nazwano grotę Lascaux, mieli do dyspozycji zaledwie cztery kolory, przy pomocy których stworzyli ponadczasowe arcydzieło malarskiego kunsztu, podobnie, jak to czynili mistrzowie starożytności, o których pisał Pliniusz „za pomocą czterech barw, bieli z Melos, czerwieni z Synopy, ochry attyckiej oraz czerni czyli atramenttum stworzyli swe nieśmiertelne dzieła Apelles, Aetion, Malthius, Nikomachus, przesławni malarze”. A Cecylia Wodnicka-Ząbkowska jest godną kontynuatorką ich tradycji.
   Owo wrażenie barwności wywołuje i podkreśla również światło, emanujące z jej obrazów, oraz tonacja. W każdym obrazie inna, lecz zawsze jednolita i zwarta, gdyż podyktowana barwnym gruntem, gdyż artystka odeszła od wprowadzanych przez impresjonistów białych zapraw i wróciła do tradycyjnych, barokowych zwłaszcza, podmalówek. Barwi podobrazia rozmaicie, w zależności od motywu i nastroju – również na czerwono lub ciemnobrązowo; powtarza tę czynność wielokrotnie i niezwykle pieczołowicie, bo zna siłę działania i walory dobrze położonej podmalówki. I tkwi w tym fakcie pewna bardziej ogólna prawda lub nawet reguła: to, co istotnie ważne w sztuce Ząbkowskiej dzieje się w głębi, pod zewnętrznym naskórkiem obrazu.
   Również w kładzeniu farby przedkłada warsztat starych mistrzów ponad pośpiesznie malowanie á vista impresjonistów – często zaczyna malowanie od tempery, by później przejść do oleju kładzionego „na mokro” i „na sucho”, bo uzyskanie wrażenia prostoty i swobody wymaga ogromnego nakładu pracy i takichże umiejętności.
   Nie tylko w malarstwie zresztą, a warsztat artystki jest imponujący: biegle tnie drzeworyty, projektuje i układa mozaiki, modeluje stiukowe płaskorzeźby, wykonuje niezwykłe, bo bardzo malarskie w brzmieniu sgraffiti o subtelnych tonacjach złamanych czerni i delikatnych różów, jakże innych od prymitywnych czarno-białych sgraffiti z jakimi na ogół się spotykamy. „Obraz musi być nie tylko dobrze przeprowadzony technicznie – powiedziała kiedyś – i dobrze zakomponowany, ale musi również żyć własnym życiem.
   I to jest chyba najtrafniejsza definicja jej sztuki: obrazy Ząbkowskiej naprawdę żyją.
   
   Trudny jest los małżeństw artystycznych. Zwłaszcza wówczas, gdy parają się podobnym rodzajem twórczości, a podwójnie trudny – gdy pracują razem w sensie najbardziej dosłownym, gdy zatem wykonują wspólnie jedno dzieło. Od A do Z, od pomysłu poprzez projekt aż po gotowy obiekt sztuki. Zaś Cecylia Wodnicka-Ząbkowska i Józef Ząbkowski takim właśnie małżeństwem byli: studiowali wspólnie w tej samej krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowniach tych samych profesorów, a mianowicie Adama Marczyńskiego i Wacława Taranczewskiego, dyplom składali w tym samym roku 1955, roku „Arsenału”. Przełomowym dla naszej sztuki, która w tym właśnie roku zaczęła odzyskiwać wolność.
   A później życie potoczyło się swoim torem: wspólna pracownia, wspólne wystawy i udział w zbiorowych pokazach, wspólnie dekorowane kościoły. Dość, by zatrzeć wszelkie indywidualne różnice, by stopić się w jedność i stracić tym samym artystyczną odrębność, własną, rozpoznawalną indywidualność. Cechę szczególnie cenną w ostatnich dekadach rozwoju sztuki, zwanych coraz częściej epoką wybujałych indywidualności. Bez szkół i kierunków z ich rygorami formalnymi narzucanymi ongiś przez liczne doktryny estetyczne oraz posłuszne im kierunki plastyczne. Bez narzucanej z zewnątrz dyscypliny zatem. Małżeństwu Ząbkowskim udało się uniknąć tej pułapki, co było tym trudniejsze, że mieli ze sobą istotnie wiele wspólnego. Również w pojmowaniu artystycznych pryncypiów oraz ideałów sztuki, zwanych potocznie, acz niezbyt precyzyjnie gustem, smakiem artystycznym. Podobieństwo to najlepiej ilustruje, autentyczna rzecz jasna, anegdota: otóż kiedyś, przed wielu już laty, projektowali witraż dla któregoś z licznie podówczas powstających betonowych kościołów. Miał przedstawiać Zwiastowanie, a ten motyw łączy się – podobnie, jak większość naszych religijnych motywów – z światłem, spływającym na ziemię w snopie promieni, boć przecie właśnie w Europie narodziła się i została sformułowana typowa dla naszej duchowości mistyka światła, o której pisali wszyscy estetycy i esteci przeszłości wraz z niemal nam współczesnym Otto Rungem, który doszedł do wniosku, że „Bóg nie objawia się w świetle – bieli, lecz poprzez istnienie kolorów”. Taki też, wielobarwny promień spada skądś, z metafizycznej przestrzeni i rozświetla okno feerią kolorów. Zaś światło i jednaka z nim barwa są ze swej natury abstrakcyjne, w przeciwieństwie do sztuki sakralnej, która lubi opowieść lub też jej wprost wymaga od czasów biblia pauperum, obrazkowych historyjek dla ubogich duchem i wykształceniem zwłaszcza ludzi średniowiecza. Zaczem Ząbkowscy przykrywają abstrakcyjny witraż betonowym maswerkiem (ażurowe wypełnienie otworów okiennych, charakterystyczne zwłaszcza dla sztuki gotyckie) z graficznym, jak to w maswerku wyobrażeniem Dziewicy Marii i Archanioła Gabriela. Witraż był gotów. Piękny, należy dodać witraż, gdyż różnobarwne światło jest piękne niejako ze swej natury, zaś lapidarny rysunek sceny podniósł jeszcze jego brzmienie zgodnie z teorią świetnego przecież witrażysty, Mehoffera, widzącego w gwałtownym kontraście światła z czernią nieprzepuszczających go elementów konstrukcji siłę, a nawet „inwazyjność” witrażu, pod czym rozumiał jego ekspresyjne na nas działanie.
   Kto był autorem witrażu, a kto maswerku? Obydwoje. Czyim był zatem pomysł, koncepcja, idea, kto dominował w jego wykonaniu? – Nikt. Zrobili go razem, dyskutując nad szczegółami raczej niż artystyczną istotą rzeczy.
   W tej historyjce też ujawniają się w sposób dobitny cechy wspólne obojga artystów: są nimi – po pierwsze – przynależność do „sztuki światła”, której impresjonizm i postimpresjonizm były podówczas ostatnimi ogniwami (gdyż op-art dopiero raczkował, podobnie jak migające setkami żarówek i neonów instalacje świetlne). Po drugie – oboje lubią ekspresję, acz nieco innego zabarwienia. Po trzecie – obydwoje maja dobry gust, po czwarte… Nie ma po czwarte. Na tym cechy wspólne małżeństwa Ząbkowskich się kończą. Po nich jest już tylko Cecylia Wodnicka-Ząbkowska i Józef Lucjan Ząbkowski. Oraz wiersz, dedykowany im przez Jerzego Harasymowicza (który w chwili pisania go nie był się jeszcze poczuł „Broniuszycem”, którym później upiększył swoje nazwisko). Wiersz, w którym zawarł najsilniej ich może łączące cechy – poezję i uczucie
   C i J Ząbkowskim – malarzom
   
   Wiatr się na jesionie wietrzy
   śpiewają chóry dróg
   pod cerkwią za grzechy nasze
   mak się czerwieni u nóg
   
   I to był wiatrem zasiany
   to był nasz wybawiciel
   nagi z dwoma listkami
   jedyny mój uwierzyciel,    Among Józek’s numerous positive characteristics some features are particularly outstanding. These are: a profound and frank optimism and a joy of life. Apart from them it is faith in the immortality of art, its boundless riches and its limited link with life. Józek’s works reflect this attitude.
   He was a sportsman and a man of an athletic posture. As a young man he was happy to demonstrate his strength and fitness not only in stadiums or gymnasia. I remember his wrestling with another academic athlete which took place in the study of the President of the TPSP in Pałac Sztuki after one of quite revelry varnishing days there. Wrestling lasted for a while and ended with competitors under the piano, which was happily applauded by guests. We must remember that varnishing days during the so-called “swinging 60s” were not solemn or official occasions. They certainly were not sober.
   No wonder that athlete Ząbkowski created a splendid cycle of sports drawing. He rendered motion in synthesis and did it in a wonderful way. What strikes viewers is the ability to show passion and the atmosphere of true sports competition which is well-known to everybody who experienced it. The drawings reflect the joy of victory and the sadness of defeat as well as honour which makes sportsmen fight until the end. The motto of sport, which was amateurish and truly honorary at that time, was: “ If you have fallen – get up and fight”. Józek was true to this motto until the end of his life. He never gave up to his terrible sickness. He always painted believing in Horace’s words, namely non omnis moriar.
   Ząbkowski was a sensualist and he was fully aware of it since he also practiced theory of art. He understood that conscious and controlled sensualism could be a great power. In one of his essays entitled “ Reality and the Form” (Biuletyn Rady Artystycznej ZPAP (Gazette of the Artistic Board of the Association of Polish Artists and Designers) 1/134/1979) he described
   the relationship between the artist, reality and creation in the following way:
   1. an impact of phenomena occurring in reality on the artist,
   2. defining these phenomena by the artist,
   3. seeing objects as they are in reality.
   This relationship could be defined with three terms, namely: feeling, understanding and painting. The order of particular phases was important in those years. Emotions and emotional perception of reality came first. This sounded like a programme and ideological declaration or a manifesto, and it stood apart from the avant-garde attempt at scientism, at perceiving and describing the world in the language which was typical of science. Ząbkowski revolted against such an approach to art and its functions. He clearly stated his viewpoint in one of his interviews for a newspaper: “ I respond to stimuli and generally object to a scientific approach to art as I believe it to lead nowhere. Such an approach will not show the artist’s or release viewers’ emotions. Every artist is able to surprise the audience, which is very attractive. But cold and unemotional work rules out the possibility of such surprises ….”. Later he continued: “ First of all I am interested in landscapes. Earlier I used to create compositions with human figures, but now they cannot be found in my works. Recently I had a serious accident. I was hit by a car and I almost died. This experience was not without an influence on my physical condition and on my artistic work. Perhaps it is strange, but now my landscapes seem to be more optimistic, colourful and luminous.”
   In Ząbkowski’s later and more mature works the dynamics of drawings with sports motives and the unconstrained freedom of landscapes exploding with feelings became tamed with frames in the literary meaning of the word. He repeated the same motives, window frames, or anything else that was in a rectangular shape on the frames. He himself had a special term for these paintings, describing the way he composed them. One picture was as if composed of two paintings, one on top of the other, in this way expressing two ways of thinking – one of them unrestrained and the other orderly; one object was highly processed and the other was pure abstract art. However, all his paintings were dominated by colour which is synonymous with feeling, sensual attitude to life and joy. Józek always chose colours that were very vivid and expressive. Only later they became dimmer.
   The artist called one of his last cycles “ The World of Objects” and exhibited it in the “Kramy dominikańskie” gallery in February 1987. This “World” is full of mysterious signs, traces of some forgotten script and visions of semi-human faces appearing among shells symbolizing femininity, flowers and plants against the background of stained-glass in the fin de si?cle style. The atmosphere of paintings flooded with the moonlight resembles that of nocturnes which were typical of the art deco period. In one of them you can see a candle which has just been blown. It must have been on for a short moment only. It looks as if it had been lit by mistake and extinguished before its flame had time to glow. There is only a trace of the existence of the flame in the disappearing trail of pale smoke. Its title is “A gate”. Another paining in the cycle is a self-portrait. It shows a face cut with a vertical line emerging from the dark where only nothingness hides. In the foreground there is a skull of a horse shot out of pity by a Polish officer in autumn 1939; the horse had a broken leg and his life was over anyway.
   Maria Rzepińska once wrote that Ząbkowski painted his theatrum mundi. However, he first of all painted his theatrum vitae et mortis.
   He continued to do it until the last act and the final curtain.
   
   
   „Cecylia’s painting is not after success but it persistently seeks the truth, the truth of experience and perception of reality and existence. It sometimes has a wonderful power of nature, almost of Demiurgic creation. All these effects are achieved with very simple means and with noble and limited range of colours where paint does not matter and goes beyond the limits of an ordinary raw material ….” wrote Ząbkowski about his wife in the introduction to the catalogue. Harasymowicz also spoke highly of her: “Her landscapes are nervous and violent, one can say quarrelsome – they have nothing in common with the well-known conventional approach to the topic. Cecylia Wodnicka-Ząbkowska is a “cave-painter” and it is very lucky for her. Her paintings are among very few successful attempts at landscape rehabilitation…”. It must be remembered that these words were uttered at the time of the hegemony of abstract art, when any relation with nature was shameful and discrediting.
   Maria Rzepińska praised Cecylia’s art: “… There is no ostentatious vehemence [in her painting]. It is a very disciplined painting; the world is concentrated, intimate and devoid of any showiness. These landscapes composed of the simplest expressions are results of true and concentrated effort. They do not show any deliberate overstylisation. These are simply fragments of nature. But also something more than that, resulting from the painter’s deeply penetrating interpretation. Looking at Wodnicka’s landscapes we wonder why these modest canvases typified by dim colours attract attention and are so likeable. This effect is caused by a load of hidden and shy emotions, uttered in a whisper but distinct enough to perceive their profound links with nature…”.
   These have been three enthusiastic opinions. Similar and different at the same time. At certain points they are even contradictory or shocking with their broad range of features taken into consideration. According to them Wodnicka-Ząbkowska’s art is a cave-art that is primitive (in the common meaning of this word because the art created by our ancestors 20 thousand years before was extremely refined) but subtle, quiet and sure of its rights but torn by internal doubts, connected with nature and simultaneously creative … The question about what it is like still remains open.
   A possible answer to it is that it is typified by all of these qualities at the same time. It is simply rich and free. The artist is endowed by nature with a precious gift. Namely she possesses the freedom of opinion and the ability, or perhaps the internal need, to speak what she feels like or what she believes to be true without paying attention to fashions or artistic trends. This attitude is a source of the artist’s a broad range of forms, climates and concepts. They are all combined with two superior qualities, namely frankness and simplicity of expression. Wodnicka-Ząbkowska avoids decorativeness and coquetry. She never wheedles admiration out of viewers. She paints what she likes and what she finds important and deserving artistic comment.
   She is interested in many subjects and motives as well as in many kinds of deformation of reality. It is deformations and transformations which serve artists as means of expression and definition of theirs views on particular phenomena. Cecylia Wodnicka-Ząbkowska employs an extremely broad selection of artistic measures, ranging from solemn monumentalization to joyful and friendly mockery, from monumental landscapes and hieratic sgraffito to strange creatures and birds, from extreme dignity to warm and childish humour and fairy-tales. There are at least two features which link all these contrasting achievements – the first is a warm-hearted approach to every theme and the other is the ability to employ a narrow range of colours dominated by semi-chromatic hues with which the artist is able to achieve a surprising wealth of compositions and tones. Harasymowicz was right in this respect: Wodnicka-Ząbkowska’s landscape do have the quality of “cave-art”. She describes the earth with hues patterned on colours existing in nature, like different shades of clay or soot from the bonfire. Similarly to the authors of the paintings in the cave in Lascaux who had at their disposal only four colours and created the timeless masterpiece, or such ancient masters as Apelles, Aetion, Malthius, and Nikomachus who used the white of Melos, the red of Synopa, the Attika ochre and black called atramenttum. Cecylia Wodnicka-Ząbkowska is a proud continuator of their tradition.
   The impression of colourfulness is emphasized by the light, which emanates from canvases, and different tones of colours. The tone is different in each painting but it is always homogenous and compact thanks to the colour ground – the artist does not use white but traditional undercoats instead, particularly Baroque ones. She creates underpaintings in different colours, even in red or dark brown, depending on motives she intends to use or her mood. The artist spends a long time preparing underpaintings, knowing their power of effect and values when they are well-prepared. This observation leads to the discovery of some general truth or a rule, that is what is important in Wodnicka-Ząbkowska’s paintings happens under the “outer skin” of the canvas.
   As regards the way of applying paint, she shows preference for the techniques of old masters to hasty painting in the impressionistic “a vista” way. She frequently starts with tempera in order to use oil paints applied “wet” or “dry”. Obviously, the effect of simplicity and unconstraint requires hard work and great skills.
   Wodnicka-Ząbkowska is not only a painter. She uses also different techniques. She makes woodcuts, designs and makes mosaics, moulds stucco bas-reliefs and creates unusual sgraffiti, typified by dimmed tones of black and subtle pink hues, thus making them so drastically different from black and white sgraffiti that are most common. She once stated: “A painting must not only be well made from the technical point of view, or have a good composition but first of all it must live its own life.”
   This seems to be the most poignant definition of her art – her paintings are really alive.
   
   
   Marriages between artists are very difficult. Particularly when they are engaged in work in similar fields of art or especially when they work together on the same project. This was exactly the case of Cecylia Wodnicka-Ząbkowska and Józef Ząbkowski. They were a married couple who first studied together in Prof. Marczyński’s and Prof. Taranczewski’s studios at the Academy of Fine Arts in Krakow and then almost simultaneously prepared their diploma works in 1955 – the year of the “Arsenał” (Arsenal) and the turning-point in our art which at that time began to regain its freedom.
   Later their life followed more or less the following pattern: they shared one studio, jointly presented their works at exhibitions and decorated churches together. It seems that it should have sufficed to remove all singular differences between them, to make them merge and consequently, to lose their separate artistic individuality.
   However, the Ząbkowskis managed not no fall into this trap. This was their victory which cannot be overestimated considering the fact that they had so many things in common. They shared things material and abstract, like the understanding of artistic principles and having the same artistic taste. The similarity between them can be defined with the aid of the following anecdote. Many years ago they worked on a project of a stained-glass window for one of those modern concrete churches. It was to be the Annunciation. Like many other religious themes that one is also associated with some representation of a stream of sunrays very much in line with the mysticism of light so advertised and praised by aestheticians and esthetes. Otto Rung, almost our contemporary, arrived at the conclusion that “God is not revealed in light which is white but through colours”. Such a multicoloured stream of light falls from some metaphysical space and illuminates the window with a fairy-like cascade of colours. Since light is an abstract idea which is contrary to commonly accepted in sacred art and expected pictorial accounts of biblical stories after the pattern of the biblia pauperum addressed to the undereducated people in the Middle Ages, the Ząbkowskis decided to cover the abstract stained-glass with a concrete tracery with a graphic representation of Virgin Mary and Archangel Gabriel. The stained-glass window was beautiful, its beauty enhanced by terse lines of the tracery, the black colour of which contrasted sharply with the light. The effect reflects the theory of Mehoffer, the outstanding creator of stained-glass works, who saw how expressive the contrast between the solid elements of the concrete structure and the light was and what strong impression it made on viewers.
   Who was the author of the stained-glass window and who of the tracery? Both of them. Whose was the concept and the idea? They created that piece of art together, discussing its details rather than the artistic essence of the matter.
   In this little story we particularly clearly notice features that these artists share. These are: firstly, their affiliation to the “art of the light” represented by the impressionism and the post-impressionism at that time (the op-art was in a very early stage of development and so were the light installations), secondly, their liking for the expression, and thirdly, their good taste. At this point the list of the Ząbkowskis’ common features ends and we start to deal with Cecylia Wodnicka-Ząbkowska and Józef Lucjan Ząbkowski. As such they make an interesting theme worthy of a poem by Jerzy Harasymowicz. He devoted one to the two most typical characteristics that unite the couple, i.e. poetry and feeling.
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

  Na początku byt rytm. To on zrodził wszelką sztukę. Muzykę i poezję, i piękne pismo, i rzeźbę, i malarstwo - stwierdzi) autorytatywnie biskup Hippony, Augustyn, święty lecz również esteta niepośledniej miary. I trudno nie przyznać mu racji w tym względzie, bo oczywiście, rytm wprowadza ład w chaos dźwięków, barw i form. Ów ład jest podstawą i conditio sine qua non sztuki. Również jego jawna, lub niejako podskórna obecność leży u podstaw podobieństw, łączących wszystkie dyscypliny artystyczne i na nim też opierają się udane próby przełożenia dźwięków na obraz lub przeciwnie. Tylko na rytm też reagujemy równie silnie, jak na barwy, w czym nic dziwnego, zważywszy, że sami jesteśmy rytmem i w rytmicznym też żyjemy otoczeniu: w jego takt bije nasze serce i rytm dni wyznacza nasze istnienie. Lecz dość już może tego, niezrozumiałego zrazu wprowadzenia do sztuki Teresy Wallis-Joniak, choć w ostatecznej konkluzji wydaje się ono celowe: otóż matka artystki była pianistką. Studiowała zaś w berlińskim konserwatorium o mile brzmiącej nazwie "Sternchen", gwiazdka, z samym Arturem Rubinsteinem, co świadczy o renomie tej szkoły. Teresa Wallis-Joniak rosła i dojrzewała w domu wypełnionym muzyką. Dobrą, lub nawet świetną muzyką, należy dodać, a ta sprzyja rozwojowi wrażliwości na sztukę, o czym wiem, gdyż również moja matka kończyła konserwatorium w klasie fortepianu. Tyle że wiedeńskie, co jednak nie należy do rzeczy. Ojciec Teresy Wallis był dla odmiany znanym etnografem, a dziadek inżynierem - konstruktorem, przyjmowanym na berlińskim dworze Hohenzollernów, a inżynieria była zawsze zaliczana do sztuk. Czasem nawet wyżej od malarstwa stawianych, jak w przypadku Leonarda. Czyż można się więc dziwić artystycznym zamiłowaniom młodziutkiej Teresy Wallis?. Zaczęła więc malować w dziecinnych jeszcze latach. Spontanicznie i con amore i te również - jakże cenne, acz często niedocenione przymioty towarzyszą jej do dziś. Tyle że pomnożone wiedzą, doświadczeniem i świadomością dojrzałej artystki. Niemniej organiczna wręcz potrzeba malowania pozostała nie zmieniona i nie naruszona. Dla siebie tylko, lub głównie i w pierwszym rzędzie. Nie dla sławy zatem lub pieniędzy, jak to się zawsze zdarzało, zdarza i zapewne zdarzać będzie. Sztuka jest bowiem dla Teresy Wallis-Joniak facon d'etre, najbardziej naturalnym sposobem życia i bycia, a przy tym źródłem nieustającej radości i ucieczką od brzydoty w najszerszym tego słowa rozumieniu, o czym wiedział nawet daleki od optymizmu Fiodor Dostojewski, mówiąc, że piękno zbawi świat. A jeśli go nawet zbawić nie może w jego totalnym wymiarze - to potrafi odgrodzić jednostkę i najbliższe jej istoty od wszelkiej szpetoty. Tudzież pozwolić spojrzeć na otoczenie innych życzliwymi oczyma. Zaś te dostrzegą tylko najjaśniejsze strony rzeczywistości.
  Z takiego właśnie materiału, z takich spostrzeżeń, uczuć i przemyśleń Teresa Wallis-Joniak zbudowała swą sztukę. Najlepiej zaś przystosowanym i przygotowanym do opiewania urody świata nurtem był, i nadal w naszym przynajmniej stuleciu pozostaje, impresjonizm i jego pochodne. Nurt, który zdobył wstępnym bojem sale wystawowe i salony międzywojennej Polski i wyniósł na akademickie kadry swych najwybitniejszych przedstawicieli, a było ich wielu. W tym zwłaszcza w Krakowie, skąd uczniowie Pankiewicza wyruszyli na studia do Paryża, gdzie zdobyli szlify prawdziwych europejskich malarzy. A to znaczyło wówczas - najbardziej światowych i najbardziej en vogue, boć przecie Paryż był w tamtych latach niekwestionowaną stolicą sztuki, a Kraków pełnił jego rolę w naszym kraju, dla której to przyczyny mówiono do niedawna jeszcze o "krakowskim koloryźmie". Tego właśnie, "krakowskiego koloryzmu" nauczano na Akademii jako jedynego w zasadzie godnego współczesnego malarza sposobu budowania obrazu, lub raczej - "gry barwnej na płaszczyźnie", jak mawiano w kręgach wtajemniczonych. Lecz wówczas, po wojnie, klasyczny krakowski koloryzm miał już swój heroiczny okres poza sobą. Stał się, jak to zostało już powiedziane - przedmiotem nauczania.
A ten musi być ujęty w karby i obwarowany stosowną sumą zakazów i nakazów. Musi - chcąc nie chcąc - zmienić się w regułę, w receptę na malowanie dobrego, czyli pozbawionego błędów obrazu. Brak błędów, jaką jest gatunkowa czystość, oznacza jednak zaledwie poprawność. Czy można się zatem dziwić młodym buntowniczym z racji wieku i powołania adeptom sztuk pięknych, że - z całym szacunkiem dla mistrzostwa swych pedagogów - jęli szukać sobie terenów ryzyka? Tego ryzyka, bez którego nie ma prawdziwej sztuki?
  W latach powojennych polem tym była przestrzeń i mocno z nią związana postkubistyczna geometryzacja. Pociągała młodych swą innością, lecz nie tylko: również lekceważeniem największego sacrum postimpresjonistycznej doktryny, jaką była malarska płaszczyzna. Zwrot - "on przedziurawił płaszczyznę", lub krócej - "o, dziura!" dyskredytował obraz i odbierał mu wszelką wartość. Czy można się dziwić, że dziurowanie świętości kusiło młodych nieodpartą mocą zakazanego owocu?. Teresa Wallis-Joniak zaczęła więc od geometrii, nie zapominając jednak o kolorze i jego podwójnej naturze. Emocjonalnej i konstrukcyjnej. Tak właśnie, jak go traktowali artyści z kręgu Sonii i Roberta Dalaunay, a przed nimi Cézanne, zalecający postrzeganie natury poprzez walec, kulę i stożek. No i pragnący uczynić z impresjonizmu coś równie trwałego, jak sztuka muzeów.
  Lecz to nie oni jednak stali się jej ulubionymi malarzami. Ulubiony natomiast znaczy w tej szczególnej profesji - bliski duchem, ten, któremu chciałoby się dorównać, zrobić to samo, lecz po swojemu. A jeśli to możliwe - lepiej. Ulubionymi malarzami Teresy Wallis-Joniak są bowiem Tintoretto, Veronese i Goya. Dwu Wenecjan z najgorętszego okresu tamtego malarstwa i Hiszpan o wrzącym temperamencie i poczuciu takiej, ze nie liczącej się z nikim i niczym swobody i niezależności. Bo właśnie poczucie pełnej wolności łączy owych trzech, z pozoru tak sobie różnych malarzy. Nic nie jest w stanie położyć tamy ich wyobraźni. Żadne nakazy, żadne tabu i rygory, poza dobrym smakiem i malarskim instynktem. Oraz lekkość traktowania tematu, owo specyficzne i właściwe tylko dobrym i bardzo dobrym artystom wrażenie, jakoby ich obraz powstawał sam z siebie, bez trudu i mozołu, o czym tak przekonywująco pisał Francesco de Hollanda przed pięcioma już wiekami.
  Lecz to nie koniec jeszcze: ulubionym pisarzem artystki jest Dickens, mistrz refleksji, zrodzonej z drobnych, codziennych i zda się - niepozornych spraw, które potrafi podnieść do rangi i poziomu rzeczy najważniejszych i jedynych. Muzyka, wielcy mistrzowie renesansu, z nikim nieporównywalny Goya i - nagle, jak Deus ex machina - trzeźwy, wiktoriański Anglik? Tak, bo tenże Dickens potrafił poruszyć serca ludzi prostotą swej opowieści i trafną interpretacją faktów, i więcej nawet - umiał sugerować, że niczego poza nią nie ma, bo być nie może. A jeśli nawet jest - to nie zasługuje na uwagę, przygniecione przez temat największy i najważniejszy, temat jedyny. W sztuce Teresy Wallis-Joniak jest nim zachwyt nad światem i jego pięknem. Prawdziwym pięknem, a nie jego chłodną i dekoracyjną namiastką, w jaką tak często zmieniał się gorący przecież nurt postimpresjonizmu. Lecz świat oszałamia bogactwem form i barw. Należy więc wybrać z niego to, co najważniejsze, bo rację miał Nitzche pisząc, że artystom nie wolno postrzegać rzeczy takimi, jakimi są naprawdę". Właśnie wybór też i dokonane przez artystę zmiany określają temperament malarza i wyznaczają etapy jego rozwoju.
  Teresa Wallis-Joniak wyraża więc swe zauroczenie światem poprzez linie jego budowy, kolor i światło. Na równi, acz z coraz większą przewagą a nawet dominacją koloru i światłocienia, co plasuje ją w kręgu, lub też najbliższych regionach, ekspresjonizmu barwnego. Tym bliższych, że artystka ignoruje często koloryt lokalny, że jej tonacje i dominanty są autonomiczne, dalekie od prostej rejestracji rzeczywistości. Natura, czy szerzej - obiektywny widok - daje impuls, przeżycie i temperaturę emocji. Reszta jest sztuką.
  Teresa Wallis-Joniak rozpoczyna pracę od szkiców. Wielu szkiców, z których wybiera motywy i przetwarza je, podkreślając to, co w nich dla niej najważniejsze. "Bawią mnie plamy światła na trawie, czasem pies, czasem linie przecinające się w głębi pejzażu - lecz zawsze wyrażone kolorem. Kiedyś malowałam greckie rzeźby tak pięknie kontrastujące z zielenią... Różnie to bywa, bo nie istnieje żadna reguła. Jestem całkiem nieregularna." - powiada.
  A jednak. A jednak w owej nieregularności pewne reguły istnieją. Nie bez przyczyny w tak wielu obrazach Teresy Wallis-Joniak pojawia się architektura. Wyraźna i wyrazista siatka jej pionów i poziomów, okien oraz drzwi, dachów, narożników i gzymsów tworzy dalekie tło, lub scenę, na której artystka rozgrywa swe wielkie theatrum światła i cienia, ciepłych, słonecznych tonów, zestawionych z dźwięcznymi chłodami błękitów i zieleni. Częsty, acz być może - podświadomy wybór architektury świadczy jednak o potrzebie rytmu. Koło się zamyka. Tudzież o aprobacie ingerencji człowieka i jego myśli w naturę. A to niemało, gdyż wielu współczesnych pejzażystów, do których Teresa Wallis-Joniak - mimo podejmowania wielu innych motywów, jak portret czy martwa natura - się w rzędzie pierwszym zalicza, poszukuje i przedkłada ponad nią krajobraz dziewiczy", bo nietknięty jakoby ludzką ręką. Jakoby, ponieważ w Europie pejzaż taki przestał już istnieć przed paroma wiekami.
  Architektura, rytm, myśl i emocja zawarta w jej metrum, spokojnym, jak spacerowy krok, szybkim jak bieg lub złamany synkopą jak nagła zmiana nastroju. Kolor wraz z światłocieniem i rysunek, wszystkie złączone ze sobą głoski malarskiego języka mają wyrażać siłę. "Bo obraz - mówi artystka - ma działać, ma oddawać mnie i moje emocje, moje wzruszenia i uczucia. To ważniejsze nawet od klimatu rzeczywistości". Ważniejsze od obiektywnej prawdy zatem.
A my jej wierzymy, bo sztuka ma wielką moc przekonywania.

  Suplement.
  Należy chyba uprzedzić nieuniknione pytanie, tyczące podobieństw łączących sztukę małżeństwa Joniaków. Bo są podobni, gdyż podobnymi po prostu być do siebie muszą. Wszak dojrzewali w tym samym mieście i środowisku, ulegali więc tym samym fascynacjom i pasjonowali się tymi samymi zagadnieniami plastycznymi. Ponadto działo się to w niepojętej już dla najmłodszych, a zapomnianej często przez starszych, epoce hegemonii czystych kierunków w sztuce. Wyraźnie od siebie odgraniczonych, gdyż różniących się tym, co w dobrej sztuce najważniejsze - w leżącej u ich podstaw filozofii i światopoglądzie artystycznym, wraz z wyznaczoną przezeń hierarchią wartości. Wtedy zatem, gdy twórców nie obowiązywała jeszcze inność za wszelką cenę, bo czułe oko znacznie od demonstracyjnej odrębności wyżej ceniono.
  Obecnie państwo Joniakowie podróżują razem, oglądają te same widoki, ulegają podobnym zauroczeniom. I są ze sobą od lat wielu. Również dla tych właśnie przyczyn: dla podobieństwa temperamentów, zainteresowań i stosunku do życia. Jednako życzliwego i pogodnego, co znajduje odbicie w ich malarstwie. Jakże więc mogliby nie być podobni?. Lecz łączące ich związki przypominają dyskurs, toczony przez Niemca i Francuza, w którym pierwszy powiada: z czysto naukowego punktu widzenia, różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną są niewielkie... - na co drugi - ale niech żyją te drobne różnice!

                                                                                                                                                              Jerzy Madeyski

,

   In the beginning there was rhythm. It gave birth to all types of art. Music and poetry, and beautiful writing, sculpture and painting - as was authoritatively stated by Augustine, the bishop of Hippona, who was a saint but also a no mean aesthete. We must agree with him in this respect because rhythm obviously introduces order to the chaos of sounds, colours and forms. The orderliness is the principal basis and conditio sine qua non of art. Its either overt or concealed presence lies at the heart of the similarities which link all types of art. All successful endeavours to express sounds in a visual form or vice versa are also based on it. Only to rhythm is our reaction equally strong as to colours, which does not come as a surprise when we consider that we ourselves are the rhythm and that we live in a rhythmical surrounding: the beat of our hearts is rhythmical and the rhythm of days marks our existence. Perhaps, at this point my introduction to the artistic work of Teresa Wallis-Joniak seems to be unclear but in the end its purpose will become obvious when you learn that the artist's mother was a pianist who studied with Arthur Rubinstein at the famous Berlin conservatory "Sternchen". Teresa Wallis-Joniak grew up in the home filled with good and excellent music which was certainly conducive to the development of her sensitivity to art (I know the reaction from my personal experience, since my own mother studied the piano at the Vienna conservatory). Teresa Wallis's father was an ethnographer and her grandfather an engineer-constructor who was received at the Berlin court of the Hohenzollems. Engineering was recognized as an artistic discipline in those days and sometimes was even more appreciated than painting. Thus, we should not be surprised with Teresa Wallis's interest in art. She started to paint when she was still a child. She did it spontaneously and con amore. Those precious objects, so frequently unappreciated, have stayed with her until the present time. They have been sifted through the knowledge, experience and consciousness of a grown-up artist. However, the most essential need to paint has remained unchanged and intact. It is the want to paint only or mainly for herself. Not for fame or money, as it always happened, still happens and will surely happen in the future. Art is facon d'etre for Teresa Wallis-Joniak. It is the most natural way of life and manner and, at the same time, a source of continuous joy and an escape from ugliness, which fact Dostoyevski meant when he said that beauty would save the world. Even if it cannot save the whole of it, beauty can wall off a human being from all the surrounding hideousness. It also enables one to accept everything good-naturedly and perceive only the lightest sides of reality.
   Teresa Wallis-Joniak created her art of such a material, from such observations, feelings and thoughts. The artistic trend which in our century is best equipped and prepared to extolling the praises of the beauty of the world is the Impressionism and its variations. It is the trend which stormed exhibition rooms and artistic salons of Poland in the interwar period and elevated its most outstanding representatives to academic posts. Particularly in Cracow where from Pankiewicz's pupils set out to Paris in which in due time they were recognized as accomplished European painters. In those days the group included the most worldly and fashionable painters because Paris was undeniably the artistic capital of the world. Cracow played the same function in Poland and that is why until recently we spoke of "the Cracow Colourism". "The Cracow Colourism" was taught at the Academy as the only right style of painting, or "a colour play on the plain" which was truly worth the interest of a contemporary artist as they used to say in the circle of the insiders.
   However, after the war the classical Cracow Colourism had left its heroic stage already behind. It became simply a school subject. As such it was defined by restrictions and limits. It was transformed into a rule and turned into a prescription for a good and faultless painting. However, the generic purity and its lack of faults merely denotes correctness. Consequently, we cannot be surprised that young contesting students of art, while preserving full respectfulness for their teachers' mastery, began to look on their own for the areas of venture. The hazard without which no art can be created.
   In the post-war period the space and geometrization, closely related to it, was such an area of venture. It attracted the young not only with its originality but also with its disrespect to the most sacred element of the post-impressionist doctrine, namely the plain. The expression "he has made holes in the plain" or "oh, a hole" used to discredit any painting and its value. This being so, it is not surprising that the making of holes in the sacrum tempted the young with the irresistible taste of the forbidden fruit. Teresa Wallis-Joniak started with geometry not forgetting, however, about the colour and its double nature, i.e. its emotional and constructional aspects. In the same way as the artists from the circle of Sonia and Robert Dalaunay, and Cezanne before them, who recommended the perceiving of nature through the shapes of a cylinder, a sphere and a cone, and who wished that the Impressionism became as lasting as the art exhibited in museums. It was not they, though, who became Teresa Wallis-Joniak's favourite painters. In this extraordinary profession "a favourite painter" means an artist who is spiritually close and the one to whom you would like to be equal, do the same but in your own way or better, if possible. Teresa Wallis-Joniak's favourite painters are Tintoretto, Veronese and Goya. The two Venetians are the most temperamental representatives of their period and the Spaniard was their match as regards the disposition and the feeling of unrestrained liberty and independence. It is the sense of complete freedom which links the three painters who by all appearance seem so different. Nothing, no orders, taboo or rigour but only good taste and an artistic instinct could check their imagination. Another factor which they respected was the lightness of approach to the subject, that special quality which impressed viewers with an apparent effortlessness of the act of creation which was characteristic of only good and excellent artist, as Francesco de Hollanda wrote about five centuries earlier.
   Teresa Wallis-Joniak's favourite writer is Dickens, the master of reflection springing out from everyday, trivial matters on which he conferred the status of importance and uniqueness.
   Music, the great masters of the Renaissance, the incomparable Goya and a sober Victorian-minded Englishman? Yes, because Dickens was able to move people with the simplicity of his stories and a pertinent interpretation of the facts. What is more, he was capable of suggesting that there was no other explanation beyond his commentary. And even if there were, it was not worth paying attention to.
   In Teresa Wallis-Joniak's art this subject is the admiration for the world and its beauty. Its true beauty and not its cool and decorative ersatz into which the Post-Impressionist trend so frequently turned. The world with its wealth of forms and colours is amazing and one should choose from it the most important elements. Nietzche was right in writing that: "artists mustn't see things as they are". It is the choice that an artist makes and the changes he or she introduces into what he or she perceives which define his or her temperament and mark the stages of artistic development.
Teresa Wallis-Joniak expresses her enchantment with the world through its structural lines, colour and light. The growing predominance of the colour and chiaroscuro effects in her paintings places her in the circle of the colour Expressionism. The references become even more evident when we consider that the artist ignores the real colour scheme and instead of the simple registering of reality selects her own colour tones and autonomous dominants. Nature as an objective view gives an impulse, creates an impression and wakes up emotion, whereas the rest is Art.
   Teresa Wallis-Joniak begins her works with sketches. She prepares a lot of sketches from which she later chooses motives and transforms them, accentuating the most essential messages. She says: "I enjoy splashes of light on the grass, sometimes a dog, sometimes lines intersecting in the background of the landscape - but always showed in colour. One day I painted Greek sculptures which contrasted beautifully with the verdure... It depends on circumstances because there is no rule. I am completely irregular".
   And yet. And yet there is a rule in this irregularity. That is why architecture appears in so many of Teresa Wallis-Joniak's paintings. A clear and sharply outlined net of vertical and horizontal lines of windows, doors, roofs, angles and moldings creates a distant background or a stage on which the artist plays with light and shade, and contrasts sunny tones with the coolness of different hues of blue and green. Her frequent, although perhaps subconscious choice of architecture denotes the artist's need of rhythm. It also shows her acceptance of man's interference in nature. Thus she becomes one of few exceptions among other contemporary landscape painters, among whom she is included despite the fact that she also paints portraits and still lifes. Most of them seek and prefer a "virgin" landscape, as if untouched by the human hand, although such landscapes disappeared a few centuries ago in Europe.
Architecture, rhythm, a thought and emotion are enclosed in her meter, which is slow like a walking pace, fast as a run or fractured by a syncope as if by a sudden change of mood. The colour with the chiaroscuro and the drawing are like the sounds of the artistic tongue. They are joined together to express power. The artist says: "The painting must produce an effect. It must show me and my emotions, my affections and feelings. This effect is more important than the climate of reality". Consequently, it is more significant than the objective truth. And we believe her because art has a great force of persuasion.

Supplement:
   One should perhaps anticipate an inevitable question concerning the similarities between the art of the Joniaks. They are similar because they simply must be. They grew up in the same city and environment, and they held the same artistic fascinations. What is more, all this happened in the era of the hegemony of pure trends in art, which phenomenon now seems inconceivable for the young and has already been forgotten by the old. Those trends were clearly distinct from one another and their differences were based on the most essential elements, i.e. their philosophy and the outlook on life that dictated the hierarchy of values. It was the time when creators did not have to be different at any cost because sensitiveness in perception was held in higher esteem than an ostentatiously individual style. At present the Joniaks travel together, see the same views and are subject to the same enchantments. They have been together for so many years also for those very reasons, for the shared similarity of temperaments, interests and their warmhearted and serene attitude to life, which is mirrored in their painting. How could they not be similar?    
  However, the ties between them resemble a discourse between a German and a Frenchman. The first one says that from the scientific point of view the differences between a woman and a man are slight. The other one comments - long live the slight differences!

                                                                                                                                                                  Jerzy Madeyski


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Kilka słów o obrazach Karoliny Jakubowskiej zainspirowanych poezją Georga Trakla.
   Z malarstwem abstrakcyjnym, nieprzedstawiającym, rzecz się ma trochę tak jak z testem Rorschacha: z pozbawionych znaczenia plam i kształtów testowany wyławia domniemane skojarzenia i treści, których materiał testowy nie zawiera, bo zawierać z definicji nie może, a przynajmniej nie powinien. Wszystkie podobieństwa są w istocie projekcjami obserwatora i świadczą o tym, co mu “w duszy gra”. W podobnej sytuacji jest odbiorca sztuki abstrakcyjnej – i on nadaje własne treści i skojarzenia obserwowanemu i przeżywanemu przed-miotowi, z tą jednak różnicą, że ma do czynienia z rezultatem procesu twórcze-go, a nie z całkowicie przypadkowym układem plam, jak w teście Rorschacha. Obraz abstrakcyjny jest wyartykułowaniem przeżyć i stanów emocjonalnych twórcy, które posiadają własną, choć nie zawsze uświadomioną logikę. Jest za-tem obraz wypowiedzią, lecz w odbiorze wypowiedź ta nie da się przełożyć na jednoznaczne treści – jest zaszyfrowana, hermetyczna i dopuszcza wielość inter-pretacji. Dlatego na niepowodzenie skazane są próby ujednoznacznienia takich dzieł sztuki, mimo iż wcale liczna grupa odbiorców uzyskuje satysfakcję w ob.-cowaniu z obrazem dopiero po dokonaniu takiego ujednoznacznienia. W odległy sposób przypomina to konkretyzację hermetycznego dzieła literackiego, która u każdego czytelnika wydaje inne owoce. Odniesienie do literatury nie jest przy-padkowe, niniejsza refleksja powstała bowiem w kontakcie z obrazami Karoliny Jakubowskiej, zainspirowanych poezją Georga Trakla.
   Austriacki Konsulat Generalny w Krakowie zorganizował wystawę pt. “Cienie ślizgające się w ciemności”, która stanowiła także oprawę wręczenia li-terackiej nagrody im. Georga Trakla za rok 1995. Poezja Georga Trakla stanowi typowy przykład literatury hermetycznej, abstrakcyjnej nieledwie, pozbawionej znaczeń sprowadzalnych do jednego mianownika, tajemniczej i prowokującej do odszyfrowania. Czytelnik pragnący “zrozumieć” intencje autora przeżywa podobne trudności jak odbiorca malarstwa nieprzedstawiającego. Rownocześnie Traklowski świat to świat pełen barw i nastrojów, to mozaikowy i kalejdoskopi-czny, senny strumień obrazów, pojedyńczych wrażeń, synestezji i przenikają-cych się kształtów. Z tego względu swoisty mariaż malarstwa i poezji, jakim jest wystawa Karoliny Jakubowskiej stanowi bardzo udaną inicjatywę Konsu-latu. Zajmijmy się jednak osobą artystki i samymi obrazami, oraz ich związkiem z poezją Trakla. Profesor Juliusz Joniak określił prace Karoliny Jakubowskiej następująco: “Prace prezentują tendencje związane z malarstwem nieprzedstawiającym, z dużym ładunkiem ekspresji. Środki wyrazu to przede wszystkim faktura oraz bardzo gęsty rysunek dyktowany emocjonalnym gestem ręki”. Natomiast w recenzji Tadeusz Kornaś pisał między innymi: Świat według dziwnych zasad ulega uporządkowaniu. Tak, jakby obraz odgradzał od ukrytej za nim figuralnej rzeczywistości. Następuje nałożenie dwóch światów- rzeczy-wistego, który był inspiracją oraz powstałego w wyobraźni (.......). Na płótnach pojawiają się dziwne postaci, nieokreślone, istniejące na skraju nieistnienia”. Przytoczone sformułowanie o “odgradzaniu od figuralnej rzeczywistości” jest niemal identyczne z określeniem odnoszonym do poezji Trakla.
   Sama artystka rozumie sztukę jako “zadanie uświadomienia sobie tego, co nas straszy, tego, czego się boimy. Sztuka jest ucieczką od chaosu, szukaniem rytmu i uproszczeniem życia, jest ekspresją jakiegoś niepokoju wobec rzeczywistości.
   Wskrzesza niemal zatarte ślady powstałe w naszej psychice”. Wiele w tych wyz-naniach z atmosfery Traklowskiej “niedoskonałej pokuty poezji”. Ale na tym
   pododobieństwa się nie kończą. Za istotne dla inspiracyjnego procesu uznaje Jakubowska następujące wyznaczniki Traklowskiej poezji: koncepcję “jednego wiersza’, poetykę fascynacji osnutej m.in. wokół jesieni, upadku, melancholii, śmierci, immanentnej winy wszystkiego, co istnieje, powracający obsesyjnie sy-stem słów – kluczy, krajobrazów, sytuacji, kolorów, postaci, podniesiony do ra-ngi ogólnego symbolu, następnie tajemniczość wierszy, skłaniającą do domyśla-nia się i odtwarzania przeżyć i doznań, a także “zaszyfrowanie” świata osobis-tych przeżyć i stworzenie specyficznej “prywatnej semantyki” ważnej tylko w obrębie dzieła poetyckiego. Wiersze Trakla stały się dla Jakubowskiej “pretek-stem, pozwoliły zobaczyć coś, co teraz chce pokazać innym”. Powstały w ten sposób obrazy ilustrujące “przeżycie”, poszukiwanie pełni doznania zmysłowe-go (...........), nie obciążone znaczeniem”. Tak samo pozbawione zwykłego, co-dziennego znaczenia są Traklowskie słowa – klucze, podobnie też i jego poezja jest autopenetracją, zapisem lęku przed światem, wyrazem napięć emocjonal-nych, hermetyczna i abstrakcyjna. Przyjrzyjmy się jednak bliżej kilku obrazom. Ich tytuły są cytatami z wierszy Trakla i tutaj zdarza się, że słowo i obraz się uzupełniają i ukonkretniają fantazję obserwatora – odbiorcy. Jest tak na przy-kład w przypadku obrazu “Są cienie, które tulą się przed lustrem oślepłym”, gdzie tytuł pozwala wydobyć z przestrzeni płótna figury cieni czy postaci, podo-bnie “Życie w zapomnienie odchodzące” może sugerować duchy czy zjawy. Czasem jednak Traklowski tytuł jest wyraźnie tylko jedną z możliwych interpre-tacji. “Może to krzyki ze snu zasłyszane” mogą być domyślone lub interpreto-wane inaczej, np. jako scena ukrzyżowania. Ale to oczywiście dowolność inter-
   pretacyjna. Bardzo Traklowskie w zmysłowym cieple koloru jest “Lecz duszę pociesza sprawiedliwe rozmyślanie” a także i inne prace w których dominuje kolor. Aby “zrozumieć estetycznie” te obrazy można przejść drogą odwrotną – czytać wiersze Trakla oglądając równocześnie obrazy. Oba te światy uzupełniają się bowiem i mimo różnicy środków wyrazu spotykają się tam, gdzie zaczyna się – i kończy sztuka: w odczuwającej jaźni.,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
Prace prezentują tendencje związane z malarstwem nieprzedstawiającym, z dużym ła-dunkiem ekspresji. Środki wyrazu to przede wszystkim faktura oraz bardzo gęsty rysunek dyktowany emocjonalnym gestem ręki. Jest to sztuka na pograniczu malarstwa i grafiki klasycznej.
Prof. Juliusz Joniak

Prace Karoliny są konsekwentne, pełne wyrazu i trafnie rozwiązywane kolorystycznie. Sądzę ,że należy do grupy wybitnie uzdolnionych absolwentek naszej Uczelni, rozwijających w swoim malarstwie elementy kolorystycznej ekspresji.
Prof. Stanisław Rodziński

Od momentu, w którym człowiek zaczął malować, rysować czy rzeźbić- rozpoczęła się wielka rozmowa artysty z sobą samym, ale i z innymi. Malując ? robimy to dla siebie. Nie myślimy o odbiorcy, cały trud procesu twórczego skiero-wany jest ku powstającemu dziełu. Rzecz w tym, by w jego formie zawarte były nasze myśli i uczucia, nasze refleksje, ale i nieraz wnikliwe i uważne patrzenie na świat i odczuwanie świata.
Właśnie dlatego patrząc na dzieła sztuki dawnych epok, ale także siedząc w pracowni młode-go, współczesnego artysty i oglądając jego nowe obrazy ? jesteśmy świadkami stale ponawia-nego dramatu: jest to albo intelektualna analiza zjawisk rzeczywistości, albo ekspresyjna reakcja na świat.
Kiedy patrzyłem na nowe prace malarskie i monotypie Karoliny Jakubowskiej- myśla-łem o tej właśnie ciągłości tego, co w sztuce najważniejsze. Oczywiście ta łączność dawnego i nowego, łączność podskórna, nieraz tylko wyczuwalna- ma miejsce wtedy gdy artysta świadomie podejmuje dialog z tym, co w sztuce najważniejsze: z formą i treścią, z jakością i przesłaniem. Patrzę więc na lapidarne, jakby wykreślone błyskawicznie rysunki postaci w monotypiach. Kiedyś może zobaczone, zapamiętane, a teraz wywołane z pamięci i dzięki wyobraźni naryso-wane. Są to pojedyncze sylwetki ludzi ? zjawisk, ale też całe ich szeregi rytmicznie zestawio-ne, narysowane mocno i równie mocno podbarwione tam, gdzie malarka uznała to za istotne, służące właśnie wyrazowi.
Oleje na płótnie i tekturach- mają tę samą wewnętrzną siłę. Punktem wyjścia w pracy jest dla Karoliny Jakubowskiej natura. Pojęcie to może ogólne, ale rzecz tu nie w jakiejś ogól-nej nijakości określenia czy udawaniu inspiracji. Patrząc na oleje Jakubowskiej mamy przed sobą malarskie wariacje na temat życia. Na temat form przypominających człowieka, krajo-brazy czy rośliny. Malarka gwałtownie malując, korzystając z wyrazistego posługiwania się konturem, plamą barwną czy rozświetleniem- stwarza klimat intensywności przeżywania. Patrzymy więc na serie obrazów, w których forma jest wynikiem zderzenia plam, wzajemne-go ich przenikania i ma osobliwą biologiczną siłę. Ale w innych płótnach spotykamy pionowe lub poziome rytmy, wzmocnione materią farby pasy które pozwalają myśleć o krajobrazie. Jeżeli tak właśnie interpretuję obrazy Karoliny Jakubowskiej, to nie dlatego by niemal ?wy-muszać? na odbiorcy nieustanne odnoszenie się do postaci ludzkiej czy pejzażu.
Wydaje mi się, że malarka w swych monotypiach i obrazach ukazuje skalę inspiracji jaka- tam mi się wydaje- jest dla niej ciągle ważna.Swego lapidarnego i żywiołowego malarstwa Jakubowska nie chce tłumaczyć poprzez wska-zywanie genezy form jakie kreuje. Sądzę, że maluje swoje przeżycia, odchodzenie i powrót do widzialnej rzeczywistości, radość z patrzenia na świat i rozległość obszaru interpretacji, przetwarzania, deformowania. Ale też deformowanie nie jest ?wydziwianiem?. Jest rezultatem malarskiego gestu, wpatrywa-nia się i przeżycia.
Sądzę, że ta naturalna witalność Jakubowskiej- ale też traktowanie malowania jako trudu bycia ze światem, z człowiekiem, z drzewami, z przestrzenią ? pozwalają myśleć o jej malarskiej drodze, jako o drodze wiarygodnego poszukiwania tego, co w sztuce najważniej-sze. A najważniejsze jest szukanie własnej prawdy o sobie, o rzeczywistości, o Niewidzial-nym i widzialnym, odszukiwanie niepowtarzalnego tropu, którym zmierzamy do pełni włas-nego świata.
Stanisław Rodziński

Dwie dyscypliny twórczości artystycznej - malarstwo i grafika dają Karolinie Jakubowskiej możność wyrażania własnego stosunku do otaczającego nas świata, do złożo-ności ludzkiej psychiki ujawniającej się poprzez sztukę.
Tworzenie jest dla Karoliny Jakubowskiej potrzebą, nakazem i wyzwoleniem.
Prof. Bronisław Chromy

Świat według dziwnych zasad ulega uporządkowaniu. Tak, jakby obraz odgradzał od ukrytej za nim figuralnej rzeczywistości. Następuje nałożenie dwóch światów- rzeczywistego, który był inspiracją oraz powstałego w wyobraźni a potem na płótnie, zdeterminowanego spo-sobem patrzenia i materiałem. Konsekwencją połączenia staje się nastrój. Nastrój jest siłą a nie podporą pracy. Na płótnach pojawiają się dziwne postaci, nieokreślone, istniejące na skra-ju nieistnienia.
Kolory i kształty nie ukrywają, iż rodzą obraz na skraju nieistnienia.
Tadeusz Kornaś ? historyk sztuki

Karolinę uważam za jedną z najbardziej interesujących osobowości, z którą zetknąłem się na krakowskiej ASP. Karolina z równą pasją i determinacją oddaje się malowaniu i two-rzeniu grafik.
Jej prace pozornie dalekie od potocznej rzeczywistości, w istocie są w jej ? artystki- własnej rzeczywistości silnie osadzone. Czujemy ich autentyzm, czujemy, że zrodziły się z potrzeby wyrażenia tego, co przeżyte, a nie z zamiaru igrania dekoracyjną formą czy tworzywem. Dla Karoliny uprawianie sztuki jest tak oczywiste i konieczne, że nie wymaga komentarza ? więc najchętniej nie komentuje swoich dokonań.
Prof. Andrzej Pietsch

Tylko podczas pierwszego spojrzenia na obrazy Karoliny może powstać w nas wraże-nie, iż mamy do czynienia z malarstwem abstrakcyjnym. Jeśli jednak przyglądnąć się im wnikliwie i pozwolić oddziaływać na siebie, nagle okaże się, iż są to obrazy prezentujące lu-dzi. Postacie kontrastują z tłem, ożywają cienie, uwidaczniają się z pozoru niezrozumiałe ges-ty, nawet ludzie i ich los stają się wyczuwalne. Konkretne obrazy ? nie zaś abstrakcyjne.
A jednak konkret jest tutaj nieuchwytny.
Człowiek zatraca się w czasie i przestrzeni, w barwie i w formie, wydaje się ginąć w oddali, pozostaje jednak nieustannie tą jedyną fascynacją artystki podobnie zresztą jak odbiorców jej twórczości.

Rembert J. Schleicher ? krytyk sztuki

Monumentalne obrazy olejne poza światem uzewnętrznionym w mgnieniach rozbłys-ków, bardzo osobiście postrzeganych chwil, wyrażają tęsknotę za idealną techniką, która by-łaby połączeniem kreski, odbitki wypukłej, płaskiej i wklęsłej, prężności malarstwa olejnego i zwiewności akwareli.
Malarka dociera do głębin ducha najprostszymi środkami. Taki wydaje się dzisiaj plan twórczy.
Maluje szorstko, szeroko, bez laserunków. Bez kaligrafii. Za to z intuicją.

"Wpatruj się w cień" Marek Sołtysik- krytyk sztuki

Odkrywamy dzieła, w których zatrzymał się czas, na sekundy, będące dla Karoliny chwilami decydującymi o jej szczęściu.
Andrzej Giza ? historyk sztuki.

Karolina intrygująco łączy barwy i nie urzeczywistnione, zamienia w rzeczywistość pięknych wizji
Anna Zabdyr- Jamróz ?architekt

W tej twórczości zasadniczą rolę odgrywa kreatywna wyobraźnia, wielka intuicja w sferze trafności odnajdywania tak bardzo sugestywnych i silnie oddziałujących kształtów ,iście buddyjska spontaniczność tworzenia. Ta sztuka nie prowokuje piętrzenia komentarzy interpretacyjnych ,mimom wszędzie obecnej aury poetyckiej. Ona po prostu jest. Jest ze swą żywością i żywiołowością, ze swym bogactwem form i całym układem napięć między nimi. I z czystością koloru, nawet jeśli jest on bardzo skomplikowany w swej konsystencji. I bardzo szczególnym, skondensowanym klimatem emocjonalnym.
Te formy przede wszystkim odnalezione, cechuje je ogromna szybkość i trafność kształtowania.
I w tym tkwi największa siła indywidualności Karoliny, jej odwaga bycia sobą mimo wszystko.
Na szczególne podkreślenie zasługuje bardzo wysoka zazwyczaj klasa artystyczna jej prac, zarówno w odniesieniu do obrazów w technice olejnej, jak i rysunków.

Wojciech Skrodzki- krytyk sztuki

W malarstwie inspiruje się przyrodą, a raczej samą witalnością natury. Trudno w jej kompozycjach dopatrzyć się jakichkolwiek konkretów, widać jedynie nieregularne, łagodnie zarysowane formy. Ich dynamiczny układ oraz wzajemne przenikanie się sugerują ,że mamy do czynienia z organizmami żywymi, przemieszczającymi się, rozwijającymi. Nic tu nie tkwi w bezruchu, każdy kształt podlega nieustannym przeobrażeniom. Kolory są świetliste, czyste, pięknie skontrastowane. I choć to płótna abstrakcyjne, odnosi się wrażenie, że ?pozowała? cała flora i fauna świata, gdzieniegdzie wmieszał się między nie człowiek. Nie przeszkodził jednak naturze lecz dał się porwać jej rytmowi.
?W rytmie natury? -Monika Małkowska-krytyk sztuki, The works represent tendencies connected with non-depicting painting; there is also an enormous charge of expression in them. The means of expression are predominantly the texture and very dense drawing, which follows the emotional gesture of the hand. This art is on the borderline of painting and classical graphics.
Professor Juliusz Joniak

Two disciplines of artistic creation: painting and graphics give Karolina Jakubowska the possibility of expressing her own attitude towards the world around us and towards the complexity of human psyche which becomes unveiled through the art.
The process of creation is for Karolina Jakubowska a need, an imperative and an instance of liberation.
Professor Bronisław Chromy

The world created according to strange rules is ordered. It is as if the painting was a bar-rier between us and the figurative reality hidden beyond it. Two worlds overlap: the real one, which was an inspiration, and the world of imagination, which was created inside the mind first, and then, was moved onto the canvas. The latter world was determined by the way of looking and the material. The consequence of this superimposition is the mood. The mood is the strength not the support of her work. On her canvas strange, eerie characters appear, existing at the edge of non-existence.
The colors and the shapes admit, that they give birth to an image at the edge of non-existence.
Tadeusz Kornaś ? An art historian

From among them I consider Karolina Jakubowska to be one of the most interesting personalities, which I have come across in the Academy of Fine Arts.
She is devoted to painting and creating graphics with comparable passion.
Although she has mastered the workshop of the classic graphic art., she can also cross its limitations, without any difficulties and obstacles, if only it is required by the artistic concept, usually forming ? as improvisation- during the process of creation. Even under the conditions of a crowded students? atelier, Karolina was able to work in a way, which indicates the unique ability of concentration. Her works, apparently distant from the common reality, are in fact strongly embedded in her ? the artist?s- own reality. We feel their authenticity, we feel that they have been born from the need to express what was experienced, not from the intention to play with the decorative form or the material.
The creation is for Karolina so obvious and necessary that it needs no comment ? so she is not eager to comment her own achievements.
Professor Andrzej Pietsch

The impression that Karolina Jakubowska?s paintings are abstract can only be created at the first, occasional glance.
We have to look deeper into those pictures and allow them to influence us. If we do this, we can immediately discover that those paintings depict peo-ple. Characters contrast with the background, shadows seem to move, and see-mingly incomprehensible gestures be-come highlighted. During such an exami-nation of the paintings, we can sense human beings and their fate.
The paintings are factual ? not abstract. Yet their factual nature is blurred.
A man is lost in time and space, in form and colour. A man is lost in the huge space, and yet he remains the only fascination of the artist and her admirers.

REMBERT J. SCHLEICHER

Monumental oil paintings, apart from the world expressed in casual glimmers and flashes, and a very personal perception of a passing moment, the paintings express a longing for an ideal technique.
A technique that would be a combination of a line, linoleum print, litho-graphy, the vigour of the oil painting and the ethereality of the watercolour.
The painter reaches the depths of the spirit with the simplest means.
At least this seems to be her plan. She paints in a rough, wide way, without the use of scumble or calligraphy. But she does use her intuition.

Gaze into the shadow? Marek Sołtysik ? krytyk sztuki

We discover works, in which time has stopped, for seconds ? those very seconds that were decisive for Karolina?s happiness.
Andrzej Giza ? An art historian
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Pod względem pikturalnym chodzi o oddanie szerokiego światła pleneru; w odczuciu - o czystości pierwszego wrażenia - pisał przed stu trzydziestu laty francuski krytyk Burty o impresjonizmie, a jego spostrzeżenie zachowało do dziś swą pierwotną świeżość, bo istotnie, prawdziwą materią tego malarstwa jest światło i jednaka z nim barwa. Jego drugim kamieniem węgielnym jest siła pierwszej emocji, jest zachwyt nad urodą oglądanego fragmentu rzeczywistości, skłaniający artystę do sięgnięcia po pędzel i zanotowania go na płótnie obrazu. Ów właśnie stosunek artysty do inspiracji został sformułowany w lapidarnej formule ŚWIAT i ja, z naciskiem na dominującą rolę motywu.
   Późniejszy o pokolenie ekspresjonizm przeciwstawił mu dumną dewizę JA i świat. W przeciwieństwie bowiem do naukowego w genezie - gdyż opartego na znajomości fizycznych praw rozszczepienia białego promienia światła na siedem kolorów tęczy i płynących stąd zasad budowania malarskiej płaszczyzny impresjonizmu - ekspresjonizm był nową fazą romantyzmu ze wszystkimi płynącymi stąd konsekwencjami. W przeciwieństwie do impresjonizmu, a zwłaszcza jego pointylistycznej odmiany, ekspresjonizm nie dążył do ustalenia reguł formalnych sztuki. Położył nacisk na psychologiczną siłę wypowiedzi i wybuchowość dzieła, pozostawiając artyście pełną swobodę wyboru formy.
   Krzysztof Kuliś jest postimpresjonistą z przekonania i studiów w krakowskiej ASP, które odbył pod okiem jednego z koryfeuszy tego kierunku, lecz również ekspresjonistą z temperamentu oraz sposobu myślenia, odczuwania i reagowania, gdyż ekspresjonizm jest w większej mierze cechą osobowości, niż ujętym w jakiekolwiek rygory kierunkiem artystycznym.
   Obie tendencje determinują też, określają i definiują jego sztukę - postimpresjonizm swoją kulturą malarską i kultem koloru, zaś ekspresjonizm wybujałym indywidualizmem, swobodą traktowania motywu, emocjonalną temperaturą dzieł oraz sposobem filtrowania i przekształcania inspiracji, gdyż rację miał Zola pisząc, że pejzaż jest naturą widzianą przez temperament artysty, przy czym, w tym konkretnym wypadku, pojęcie pejzażu należy rozszerzyć, gdyż poza krajobrazami, Kuliś maluje również portrety, akty oraz sceny teatralne i rodzajowe.
   Poza wymienionymi, dwie jeszcze cechy wyróżniają wymienione nurty - piękno i dążenie do niego jest atrybutem postimpresjonizmu z tej chociażby tylko racji, że jego prawdziwą materią i celem podjęcia „malarskiej gry na płaszczyźnie" są wyrafinowane w urodzie zestawienia plam barwnych, przy czym warto przypomnieć, że to właśnie postimpresjoniści z KP, Komitetu Paryskiego, wprowadzili hegemonię „oka" i „słuchu malarskiego" do naszej sztuki; ekspresjonizm natomiast, oczywiście ten prawdziwy, jest szczery, gdyż wykoncypowany rozumowo ekspresjonizm staje się pospolitą blagą. A blagę w sztuce rozpoznaje się na pierwszy rzut oka.
   Jednym z przymiotów rasowego ekspresjonisty, którym Kulis wydaje się być ponad wszelką wątpliwość, jest skłonność podejmowania ryzyka, prowadząca do różnorodności form, organiczna wprost niechęć do wszelkiej maniery. Owszem, jego obrazy są rozpoznawalne na pierwszy rzut oka, owszem, rządzą nimi pewne nadrzędne prawa, lecz brak jakże wśród postimpresjonistów częstej i rozpowszechnionej recepty na nienaganne rozstrzygnięcie malarskiej płaszczyzny, brak bezpiecznego, a nawet asekuranckiego przestrzegania „czystości kierunku" i jego, ustalonych jeszcze przez Cybisa zasad.
   Dzieła Kulisia eksplodują kontrastowo kładzioną barwą, płoną czerwienią lub też, przeciwnie, są utrzymane w przestrzennych monochromach błękitów i zgaszonych ugrów, operują giętką jak arabeska linią lub syntetyczną plamą w zależności od nastroju, jakiemu uległ i jaki pragnął wyrazić artysta. Łączy je klarowność decyzji, objawiająca się wyraźnym określeniem formy. Tak mocnym i zdecydowanym, że jego obrazy wydają się być konstruowane z płaszczyzn i brył na geometrycznej niemal zasadzie.
   Również emocjonalna rozpiętość jego dzieł jest ogromna, sięgając jednym biegunem epik heroicznych, jeśli tak się można wyrazić, gdyż monumentalnych w założeniu i emanujących skoncentrowaną energią obrazów olejnych, a drugim intymnej liryki subtelnych akwarel. Z pastelami pośrodku, w którym to podziale Kuliś wykazuje świetne zrozumienie możliwości poszczególnych technik malarskich. Kolejną cechą wspólną - gdyż należy powtórnie podkreślić, iż artysta ma styl, choć obca mu jest jakakolwiek maniera - jest naturalne łączenie linii z plamą, rysunku z malarstwem, acz w różnych proporcjach.
   Ciekawe, że linia nie występuje najmocniej w malarsko-graficznej - boć przecie pałeczką pastelu można równie biegle malować jak rysować - technice „ołówków w pudrze umaczanych" jak mawiano w XVIII stuleciu, lecz predysponowanym do subtelnych przejść kolorystycznych w malarstwie olejnym. Jednak takie właśnie, graficzne po części rozwiązanie płaszczyzny dzieła sprzyja i służy sile jego wyrazu: linia buduje piony oraz przeciwstawne im poziomy i dynamiczne skosy, kreśli dramatyczne kształty konarów bezlistnych drzew, kłębi się we wnętrzach plam barwnych, sugerując istnienie zamkniętych w nich sił, nie innych - acz nie jest to zapewne nazbyt w krytyce często używana metafora - od siły ściśniętej sprężyny, która może w każdej chwili wyzwolić nagromadzoną w sobie energię.
   Rozpiętość emocji obrazów Krzysztofa Kulisia (sam mówi o sobie, że jest malarzem klimatów emocjonalnych) jest więc ogromna, lecz pewne, nadużywane skądinąd przez sztukę współczesną ich regiony są przed nim zamknięte: należy do nich pesymizm, rezygnacja, zło, brud, epatowanie turpistycznymi aspektami świata, te zatem, których synonimem w sztuce jest brzydota. Tej, jednej granicy Kuliś nie chce przekroczyć i nawet chyba nie może tego uczynić, gdyż te właśnie odczucia, ten stosunek do świata jest mu obcy i przez to obmierzły, bo niezrozumiały.
   Malarstwo jest pierwszą i naczelną pasją artysty. Drugą jest żyłka rasowego organizatora, przy czym znów trudno opędzić się przed skojarzeniem - zarówno malarstwo, jak organizacja są de facto kreacją, stwarzaniem czegoś od podstaw. Wszak nie bez przyczyny powiada się, że „artysta jest człowiekiem robiącym coś z niczego".
   Niemal z niczego też, wyjąwszy to, co najważniejsze, a mianowicie zapał, organizacyjne zdolności i dobrą wolę, powstało biennale pasteli, wpierw krajowe, a od dwu edycji już międzynarodowe.
   Impreza, zdobywająca coraz wyższy prestiż, o czym świadczy szybko rosnący poziom oraz liczba nadsyłanych prac i biorących w nim udział państw, co podniesie zapewne już w niedalekiej przyszłości Nowy Sącz do rangi stolicy tej dyscypliny artystycznej. Przesada?
   Ależ wręcz przeciwnie! Czyż Rawenna nie stała się tą właśnie drogą, stolicą europejskiej rzeźby miniaturowej? A nie jest odosobniona w świecie.
   O Krzysztofie Kulisiu, jego sztuce i działalności można pisać długo. A raczej - można by było, gdyby on sam nie zastrzegł w liście - (który przechowuję jako dowód i dokument) - by we wstępie do jubileuszowej wystawy zbytnio go nie chwalić.
   To dobrze, bo świadczy ponad wszelką wątpliwość, że jest co chwalić.

                                                                                                                                                   Jerzy Madeyski

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Człowiek to istota zagadkowa, zaskakująca, pełna sprzeczności. Jak to możliwe, że w obrębie jednej osobowości pomieścić się mogą przeciwstawne tendencje, sprzeczne dążenia, wykluczające się nawzajem predyspozycje?
   Oto doskonały manager. Profesjonalny, kompetentny, punktualny. Organizator, negocjator, decydent. Szef, umiejący zarządzać „zasobami ludzkimi”. Przemawia, dokonuje otwarcia, przecina wstęgę, wręcza, gratuluje, kieruje wyrazy uznania. Jedzie do ministerstwa, podpisuje decyzje. Podejmuje wyzwania, realizuje misję. W nienagannie skrojonym garniturze, w dyskretnie dobranym krawacie. Staranie przystrzyżona broda, czarna skórzana teczka.
   A oto niesforny artysta. Spontaniczny, nieprzewidywalny, wrażliwy. W poplamionych farbą dżinsach, kraciastej koszuli i słomkowym kapeluszu, z płótnem, kasetą pełna farb i składaną sztalugą pod pachą wyrusza o świcie polną drogą w poszukiwaniu motywu. W twórczej zapalczywości mnoży niecierpliwe szkice, nakłada grubo kolejne warstwy farby, szuka, burzy, buduje...
   Co łączy te dwie postaci? To po prostu dwa wcielenia Krzysztofa Kulisia, rasowego malarza i dyrektora Małopolskiego Biura Wystaw Artystycznych „w jednym”.
   Nie mogę pojąć fenomenu tej złożonej osobowości. I faktu, że na obu polach swej życiowej aktywności Krzysztof odnosi równorzędne sukcesy.
   Kiedyś najmłodszy, dziś najstarszy spośród dyrektorów BWA, niestrudzony animator życia kulturalnego w Nowym Sączu (z przyległościami), kurator wielu znaczących ekspozycji, jest postacią znaną i cenioną w wystawienniczym krajobrazie Polski. Jako pomysłodawca i organizator Biennale Pasteli uczynił rzecz bezprecedensową: małą lokalną wystawę przekształcił w ważną cykliczną międzynarodową imprezę, która stała się przeglądem dokonań polskich – a od niedawna także zagranicznych – pastelistów. Udowodnił, ze jeśli ma się wizję i zapał, można nawet tak niewielki, leżący nieco na uboczu ośrodek jak Nowy Sącz erygować na pastelową stolicę Europy. Ranga imprezy w kolejnych edycjach wzrasta, wystawa przyciąga czołówkę artystów parających się pastelem, wciąż przybywa zagranicznych gości, nawet z tak dalekich krajów jak Japonia czy Izrael, a zwycięzców wyłania międzynarodowe jury. Biennale, jako wystawa objazdowa, odwiedza wszystkie ważne miejsca ekspozycyjne w Polsce, gości w Krakowskim Pałacu Sztuki, w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Szczecinie. Była pokazywane za granicą, w Galerii Worringen - największej galerii Rotterdamu, w galerii radia słowackiego w Bratysławie, zawędruje do Włoch.
   Można by powiedzieć, że Biennale Pasteli to dzieło życia Krzysztofa Kulisia, ale przecież nie przerywając ciągłej pracy nad organizacją tego pokazu, MBWA w Nowym Sączu wykonuje swoje statutowe zadania, czyli regularnie comiesięcznie organizuje wystawy bieżące. Wystawy ciekawe dla widzów – i przynoszące satysfakcje artystom, bo nie znam galerii, która równie „dopieszczałaby” twórców, gdy idzie o logistykę, ekspozycję, ostrożność w transporcie prac, sposób ekspozycji, druk katalogu czy organizację samego wernisażu. Niemała w tym zasługa sztabu ludzi, których Krzysztof wokół siebie zgromadził. Ale nie bez znaczenia jest fakt, ze Krzysztof, sam będąc malarzem, wie najlepiej, jak – od strony artysty – powinna wyglądać wymarzona współpraca z galerią.
   Ale w tym miejscu trzeba podkreślić jeszcze jeden rys osobowości Krzysztofa: życzliwość.
   A życzliwość to koleżeństwo, empatia, serdeczność, to – wreszcie – brak zawiści. Chyba właśnie ten brak zawiści jest najbardziej niezwykłą cechą w środowisku nadwrażliwych egotyków, którzy parają się pędzlem i pastelowym sztyftem. I dzięki niemu Krzysztof staje się współautorem sukcesu swych kolegów i potrafi autentycznie cieszyć się z udanych wystaw swych „konkurentów”. Dzięki niemu też potrafi co dwa lata zmajstrować kolejny pastelowy show, i osobiście, wraz z Panem Wojtkiem wieszać przez noc 200 pastelów tak, by każdy autor mógł zaprezentować się jak najkorzystniej.
   I wszystko to wystarczyłoby już, by można było mówić o zrealizowanym życiu, oddanym sensownej i oryginalnej idei.
   Ale przecież Krzysztof Kuliś jest w równej mierze – a może głównie – malarzem. Kiedy zamienia dyrektorskie biurko na sztalugę, a czarną torbę z dokumentami na kasetę z pastelami – wtedy dopiero staje się sobą. Wtedy może mówić głosem nieskrępowanym przez piastowaną funkcję, wtedy może też chyba odreagować napięcie związane z obowiązkami i odpowiedzialnością szefa. Bo twórczość Krzysztofa jest w pewnym sensie zaprzeczeniem odpowiedzialności i obowiązkowości. Jest jakby wyrwaniem się z klatki na wolność, zachłyśnięciem się tą wolnością i jej beztroskim używaniem.
   Jako pracę dyplomową na krakowskiej ASP pod wpływem prof. Franciszka Walczowskiego stworzył rozbudowaną symboliczną kompozycję z programem opartym na wątkach ezoterycznych i astrologicznych, jednak w trakcie późniejszej drogi twórczej Krzysztof stopniowo upraszczał swój malarski język, odchodził od mnożenia skomplikowanych znaczeń, powracał do źródeł. Jest w jego malowaniu coś z radości dziecka, które dostało swój pierwszy komplet farbek, żywiołowość i witalność, czysta malarska radość, która wyzwala się na widok płótna, farb i pędzli, którą pobudza zapach oleju lnianego i terpentyny. I jakiś prehistoryczny zachwyt nad Widzialnym, nad pejzażem w jego wszelakich przejawach, i nad najpiękniejszym pejzażem na tej ziemi – nagim ciałem kobiety.
   Kuliś - twórca krajobrazów – realizuje się w malarstwie plenerowym. Czas, który inni dyrektorowie przeznaczają na wyjazd urlopowy czy odpoczynkowy, on poświęca na twórczość. Na wyjazdach wyładowuje całą swą twórczą energię potencjalną, jaka nagromadziła się w nim podczas pracy menedżerskiej. Niby Doktor Hyde przekształcający się w Mister Jekyll’a, Krzysztof zmienia się nie do poznania – na szczęście ten Mister Jekyll wyżywa się nie na bezbronnych ofiarach, a na płótnach i kartonach rysunkowych.
   Najpierw sporządza z różnych punktów widzenia spontaniczne pastelowe lub akwarelowe notatki w plenerze, rejestrując topografię, pogodę i osobliwości miejsca. Później, w pracowni, opierając się na tych wrażeniowych szkicach dokonuje olejnej syntezy swych spostrzeżeń, ale syntezy bardzo subiektywnej, równie żywiołowej jak materiał wyjściowy. Czyni to, nie tracąc plenerowego „rozpędu”, wyładowując energię w eksplozjach koloru i grubych warkoczach faktury. Najbardziej odkrywcze w tych krajobrazach jest dla mnie przedstawianie światła – często wylewa się ono z nieba grubą strugą, kolorowym wodospadem impastów, bardziej niekiedy materialne od „dotykalnych” elementów pejzażu.
   Widzę tu jakąś analogię do sławnej akwaforty Rembrandta, przestawiającej Ukrzyżowanie („Trzy krzyże”), gdzie - przy uwzględnieniu całkowitej odmienności nastroju - światło padające na Golgotę wydobyte jest z zaskakująco grubo, zaskakująco brutalnie zaoranego równoległymi szrafunkami nocnego nieba. I z ostatnimi mistycznymi krajobrazami Van Gogha, gdzie nieboskłon to gęste wiry światła tonące w odmętach błękitu. Jednak światło, które maluje Kuliś jest jeszcze inne: jest jakby wiązką chrustu dołożoną do tańczącego ogniska pejzażu. Bo choć rysunkiem rządzi pewien pierwotny, dziecięcy schematyzm formy, góry przypominają trójkąty, drzewa – koła, łąki - trapezy, a jeziora – elipsy, to gdy dotknie ich to zagęszczone światło (obojętne, czy jest to słońce przebijające się przez chmury nad Beskidem Sądeckim, Malą Fatrą na Słowacji czy wyspami Chorwacji) wybuchają szaleńczymi fajerwerkami koloru, eksplodują chaosem barwnych rozbryzgów.
   Osobnym wątkiem malarstwa Krzysztofa są akty, tworzone z zachwytem, z pasją, ze znawstwem – akty adoracji kobiecego ciała. Tutaj dzika intensywność koloru, znana z krajobrazów, ustępuje miejsca pastelowej harmonii. Pastelowa jest też delikatność rysunku, znika geometryczna kanciastość, pojawia się płynna, falista linia opisująca kontur pleców, bioder i ud. Kobieta Kulisia jest pełna, krągła, zmysłowa. Wiolonczelowa. Odpoczywa siedząc lub leżąc, zapatrzona w ciszę, leniwa i senna. Wcielenie Ewigweiblichkeit – wiecznej kobiecości, która była natchnieniem tylu malarzy. Można powiedzieć, że charakterologicznie jest całkowitym zaprzeczeniem Krzystofa – energicznego, wiecznie aktywnego, wiecznie gdzieś spieszącego.
   Są jeszcze rysunki teatralne, gdzie Kuliś daje się poznać jako świetny obserwator ludzkiej postaci i reżyser psychologicznych scen – kilkoma zdecydowanymi kreskami wydobywa z osób dramatu najbardziej charakterystyczne cechy i buduje relacje między nimi tak trafnie, że na pierwszy rzut oka rozpoznajemy, czy mamy do czynienia z antycznym patosem, szekspirowską tragedią czy z witkacowską groteską.
   Lubię patrzeć, jak Krzysztof pokazuje obrazy w swej pracowni, w pośpiechu wyciąga kolejne płótna z regału, rozkłada na podłodze pastele, niecierpliwie, z tą samą zapalczywością, która towarzyszy jego malowaniu. I nagle wokół zdumionych gości w kilka chwil zakwita wielobarwny ogród, dziesiątki obrazów wspinają się po ścianach, pełzną po podłodze, zakwitają na kanapie, stole i krzesłach. Myślę, że tak powinna wyglądać wystawa Krzysztofa: obfitość prac rozrzuconych we wnętrzu jak odłamki granatu, jak ślad przejścia huraganu.
   Wtedy być może najlepiej wyeksponowana zostałaby ta niespożyta energia, która go przepełnia i która znajduje od lat dwa ujścia: w organizowaniu wydarzeń kulturalnych i w samodzielnym kultury tworzeniu.,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   „Kiedy obraz jest dobry? - zapytał Renoir i natychmiast sam sobie udzielił odpowiedzi - dla mnie obraz musi być czymś przyjemnym, radosnym i ładnym. Jest dość brzydkich rzeczy na świecie, byśmy mieli wytwarzać następne..."
   Wiele zmieniło się od jego czasów. Przemineła epoka, zwana dziś „Piękną", la belle epoque, w której przyszło mu żyć. Nadszedł zdyszany wiek 20-sty, w którym nawet radość nabrała nieznanego dotąd tempa i jakby pośpiechu, bo czyż o roztańczonych latach dwudziestych z ich jazz bandem, charlestonem i opętanym ruchem art deco nie mówi się „szalone lata dwudzieste"? Być może cały nasz wiek będzie się kiedyś wydawał szalonym wraz ze Sztuką, która w nim powstała jako widomy przejaw stanu umysłów, czyli, najogólniej rzecz biorąc - świadomości. I dopiero wówczas okaże się, jak niewielu jego twórców zdecydowało się na spontaniczność reakcji, na pełną, niepohamowaną szczerość wypowiedzi. Lub może raczej - pozwoliło sobie na nią i jak wielu z nich wzięło do serca słowa, wypowiedziane z początku kończącego się właśnie stulecia: „Sztuka musi z konieczności stroić minki do wyrafinowanych koneserów i nie może być". Właśnie, jaką nie może być, skoro już wówczas mogła obalać tabu i obrażać uczucia, rzucać wyzwanie wszelkim odmianom piękna, a później, jak w konceptualizmie, nawet konkretnie istniejącemu, materialnemu dziełu?
   Otóż wydaje się, że sztuka naszego wieku nie może być spontaniczna, żywiołowa wówczas, gdy nie oskarża i nie grozi, nie chce wstrząsać sumieniami ni wspinać się na piedestał moralności świata.
   Krzysztof Kuliś nie chce go osądzać. Przeciwnie chce chwalić lub nawet wielbić jego piękno i wszystkie, nawet te najprostsze, lecz jakże męskiemu zwłaszcza sercu miłe uroki. Pragnie uchwycić i zanotować wszystkie jego barwy i odcienie w sensie jak najbardziej dosłownym. Wszystkie, z wyjątkiem tych ciemnych, mrocznych i przez to niemiłych.
   Malarstwo Kulisia jest - chciało by się powiedzieć słowami przedwojennego sloganu - zdrowe i pełne tężyzny, boć przecie „w zdrowym ciele zdrowy duch" i właściwego dla owego połączenia optymizmu. Jest być może nieco pogańskie nawet, bo czyż to nie poganie ukuli w swej żywiołowej aprobacie istnienia powiedzonko: „gdy jesteśmy my - nie ma śmierci - gdy jest śmierć - nie ma nas"?
   W sztuce Kulisia nie ma śmierci, a nawet przeczucia jej istnienia i nieuchronności, wraz ze wszystkim, co owo pojęcie w sobie zawiera, a jest ono wszak niezwykle pojemne.
   Krzysztof Kulis notuje więc i przetwarza we własnej wyobraźni malarskiej i we własnym temperamencie (czyż to nie Zola powiedział: „pejzaż jest naturą, widzianą przez temperament artysty"?) wszelkie uroki i barwy świata. Zaś kolor i jego zestawienia jest głosem uczucia, lub jego wyższej i bardziej niejako gorącej odmiany, jaką jest emocja.
   Również to słowo jest jednak bogate w odcienie. Emocje bywają żywe i wybuchowe, jak zestawienie najsilniej ze sobą kontrastujących barw dopełniających, lub romantyczne i refleksyjne, jak stonowany monochrom. Bywają dynamiczne, jak dukt linii, notującej spontaniczny ruch ręki i rozlewne jak miękka plama. Bywają przepojone równomiernym światłem południa i skąpane w burzowym światłocieniu. Lecz zawsze są przepojone własnym blaskiem, bo czyż światło nie jest jednakie z barwą w tym samym stopniu, w jakim on jest nośnikiem uczuć, w jakim je wyraża i przekazuje?
   Obrazy Krzysztofa Kulisia zdumiewają różnorodnością tak wielką, że aż niekiedy odnosi się wrażenie obcowania z kilkoma, nader sobie odległymi, choć równie silnymi osobowościami: z subtelnym lirykiem w wyrafinowanych, lekkich akwarelach wraz z ich skłonnościami do statyki oraz amor vacui i bardzo czasem daleko posuniętej syntezy kształtu i gamy, lub nieprzebierającym w środkach ekspresjonistą z typowym dla tego nurtu horror vacuum, obawy przed pustką, przed pozostawieniem choćby skrawka niepokrytej gmatwaniną plam i linii płaszczyzny.
   Mamy więc do czynienia z artystą refleksyjnym i pragnącym skłonić nas do refleksji i tym, który stara się nam narzucić swoje zdanie, wręcz zmusić do spojrzenia na rzeczywistość lub choćby jej wycinek tylko przez pryzmat jego emocji. Mamy do czynienia z artystą, który chce nam powiedzieć - spójrzcie, jak można spotęgować klimat, drzemiący w jednym, banalnym krajobrazie, jak można doprowadzić go do granic eksplozji, do granic rozsadzenia dzieła przez kolorystyczne zestawienia i napięcie kompozycji o sile masy krytycznej.
   W takich sytuacjach mówi się na ogół o bogatej osobowości. Istotnie, Krzysztof Kuliś ma bogatą osobowość i potrafi to w swych obrazach wyrazić.
   Odrębnym jakby działem, czy też motywem jego twórczości jest cykl teatralny, oraz inne mini cykle o wszelkich cechach inscenizacji (a artysta zna się na teatrze, i to zna go niejako „od wewnątrz") w rodzaju „Ławeczki". Są figuralne i w pewnym sensie monotematyczne, gdyż złączone w całość postacią przewijającej się przez wszystkie dzieła nagiej, lub na pół nagiej dziewczyny o okrągłych biodrach. Jej postać widnieje zarówno w „Dziadach" Adama Mickiewicza jak i „Niemcach" Leona Kruczkowskiego, więc i tam, gdzie jako żywo, w zamyśle autorów nie występowała.
   Więc owa, z krwi i kości dziewczyna, zmienia się -z konieczności może - w oczach widza w symbol zmysłów i zmysłowości, w personifikację zmysłowej wszak i niepohamowanej przez żadne, najmniej nawet sprzyjające okoliczności, natury.
   I właśnie takie jest malarstwo Krzysztofa Kulisia: niepohamowane, zmysłowe i niezważające na to, czy się komuś podoba, czy nie. To też mieć może, i ma, swych gorących zwolenników i równie nieprzejednanych wrogów, lecz nie pozostawia nikogo obojętnym. I to też chyba najlepiej oddaje jego miarę.

                                                                                                                                                             Jerzy Madeyski
   

,

"When is a painting good? - asked Renoir and gave himself the answer immediately - for me the picture must be something pleasant, merry and pretty. There are enough ugly things in the world to create new ones..."

A lot has changed since his times. The era called "beautiful7', la belle epoque, the era in which he lived had passed. The breathless twentieth century came, the cen­tury in which even the joy developed an unprecedented pace and maybe even a rush; aren't the dancing twenties with their jazz band, Charleston and the frantic art deco movement called "'the crazy twenties"? Maybe all our cen­tury will seem some time in the future crazy with its art which developed as a visible sign of the state of people's minds, that is generally speaking - conscience. Only then will it turn out how few of its artists decided to react spontaneously, to make a full, unrestricted and sincere expression. Or maybe in a different way - they could indulge in it and as many of them took to heart the words said at the beginning of the century that is just about to end: "art has to pull faces at sophisticated connoisseurs and cannot be". That's the point, what cannot it be like, as already at that time it was able to abolish taboos and hurt feelings, challenge all kinds of beauty, and then as in conceptualism, even really existing, material creation?

Well, it seems that our century's art cannot be spon­taneous or impetuous unless it accuses or threatens, un­less it wants to disturb people's minds or climb the ped­estal of the world's morality.

Krzysztof Kuliś does not want to judge it. Just the opposite, he wants to praise or venerate its beauty and all, even the simplest charms, which are so precious to his masculine heart. He wants to notice and express all his colours and hues in the most literal sense. All, except for those dark, sombre and as a result, unpleasant ones.

His painting is - if to use the slogan from before the War - healthy and full of stamina, since "healthy spirit in a healthy body" - which is suitable for this mixture of optimism. It is maybe even a bit pageant since weren't they pageants who coined this saying as a sign of their spontaneous approval of existence.- "as long as we are - there is no death - when there is death - we are not there"?

In the art made by Kuliś" there is no death, or even a premonition of its existence and inevitability together with everything that this term implies and it is in fact a very broad one.

Krzysztof Kuliś observes and transforms in his own imagination of a painter and in his own temperament (wasn't it Zola who said: "landscape is nature seen through the artist's temperament"?) all charms and colours of the world. Whereas the colour and its arrangements are ex­pressions of a feeling, or its higher and hotter variant, which is emotion.

Also this word is full of tinges. Sometimes emotions are intense and violent, as the composition of the most contrasting with each other complementing colours, or romantic and reflective, as a toned monochrome. Some­times they are dynamic as the line's vista, noting a spon­taneous hand movement and prolix as a soft spot. Some­times they are saturated with the uniform light of the south and basking in the stormy light-and-shade effects. Still, they are always saturated with their own brightness, since isn't the light alike the colour to the same degree as it is the carrier of feelings, as it expresses them and passes to others?

Paintings by Krzysztof Kuliś amaze with their vari­ety which is so enormous that sometimes you get an impression of being in the company of a few, extremely distant from each other, although equally strong person­alities: of a gentle poet in sophisticated, light water-col­ours together with their tendency to being static and amor vacui and sometimes very advanced synthesis of shape and scale, or an unscrupulous expressionist with typical of this trend horror vacuum, fear of emptiness, of leaving at least a patch uncovered with a tangle of spots and lines of the plane.

Thus, we have to do with a contemplative artist who wants to make us meditate and such an artist who tries to impose on us his point of view or even force us to look at his reality or at least its fragment through the prism of his emotions. We have to do with an artist who wants to tell us - look how it is possible to magnify the ambience drowsing in one prosaic landscape, how it is possible to get it to the edge of explosion, to the edge of bursting the creation by colour arrangements and ten­sion of the composition with the strength of critical mass.

In such situations we usually talk about rich perso­nality. Indeed, Krzysztof Kuliś has a complex personality and is able to express it in his paintings.

A separate chapter, or a motive in his creation is a theatrical cycle, and other mini cycles of all features of stage-setting (and the artist knows all about the theatre, in a way, he knows is "from the inside") in "Park Bench" style. They are figural and in a way monothematic since linked in one whole by the character of a naked or half-naked girl with rounded hips, appearing in all the works. Her personality appears both in "Dziady" ("Forefathers") by Adam Mickiewicz and in "Niemcy" ("Germans") by Leon Kruczkowski, therefore also there where she was not intended by the authors.

Thus, in the spectator's eyes, this true-born girl changes into a symbol of senses and sensuality, becomes a per­sonification of sensuous nature, unrestrained by any, even the least favourable circumstances.

That's exactly the painting by Krzysztof Kuliś: unre­strained, sensuous and not taking into consideration the fact whether it is going to please anybody or not. That's why is may have, and does have, its fervent supporters and equally uncompromising enemies, but leaves nobody indifferent. And this is what best expresses its calibre.

 

                                                                                                                           Jerzy Madeyski


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   We dwoje - ona i on. Dwie figury. Ona jest wysmukła, zarysowana miękkim konturem. On jest szeroki w ramionach, większy, kanciasty. Są blisko siebie. Prostokąt obrazu wyznacza i ogranicza ich wspólną przestrzeń. Przestrzeni jest tyle, ile na obrazie. Muszą się zmieścić. Skuleni przylegają do siebie, chociaż czasem chcieliby uciec od siebie. Ich ręce, nogi już biegną na zewnątrz.
   Nie uciekają. Są razem, są jednością, jedną formą tworzącą podwójny znak. Zawieszeni w spokojnej lub pełnej napięcia równowadze. Linie moich figur przecinają płótno obrazu. Chciałam, by ich kontury wyznaczały przestrzeń, by wydarzenie na obrazie było opowiedziane tylko nimi.
   Pomimo stosowanych przeze mnie uproszczeń są tacy bogaci w środki wyrazu. Ręce - na początku jest dłoń, giętka, jej palce, przegub układa się na wiele sposobów, potem jest wyciągnięte ramię, linia prowadząca w głąb ciała. Ręce skulone, przylegające do ciała, podpierają głowę, ubogacają kontur figury. Albo ręce wewnątrz, zakłócają spokój ciała. Ręce mówią. Także głowy, nogi, dążą do siebie lub odpychają się.
   Kobieta jest mniej materialna, maluję ją gładko. Mężczyznę maluję piaskiem, ziemią. Jego tors staje się matowy, głębszy. Zyskuje jeszcze jeden wymiar na płaskim obrazie. Jeszcze jeden sposób różnicowania.
   Moje figury są również we wnętrzach. Wystarczy zaznaczyć cztery kąty i już jest przestrzeń dla miłości lub dramatu. Wnętrze może być cudownym miejscem spotkań albo klatką bez wyjścia, w której trzeba trwać obok siebie.
   Malując cykl "We dwoje" zamknęłam się z moimi figurami w ich świecie. W trakcie pracy nad obrazem przychodził pomysł na następną kompozycję. Każdy obraz był osobną próbą wyrażenia tego, czego jeszcze nie powiedziałam w poprzednim. Pomimo podobieństw w rozwiązaniach malarskich, żyłam z moimi obrazkami i malowałam je oddzielnie.
   Jeżeli moje obrazy przekazują pewną treść, to dobrze. Nie uciekam od znaczeń, chociaż w trakcie malowania nie jest to sprawa najważniejsza.
   Z tyloma "problemami na płótnie" muszę uporać się po drodze. Treść jest gdzieś na początku, gdy pcha mnie chęć malowania. Projekt jest w zarysie i nigdy określony do końca. Zresztą płótno i farby olejne mają swoje prawa i trzeba im się poddać, gdy używam ich jako środków wyrazu. Maluję obraz i zaczynam z nim obcować jak z żywą istotą. To on mnie gdzieś prowadzi, nie ja jego. Dużo jest problemów z kompozycją, kolorem. Potem wreszcie obraz zaczyna "grać". Zdaje mi się, że jest gotowy, opowiada o czymś już niezależnie ode mnie. Niech ten samodzielny przekaz odbiera widz. Oby mój cykl opowiedział o byciu "we dwoje "jak najwięcej.
   Czyż można uciec od treści malując kobietę i mężczyznę ?
   
                                                                                                                                                      Jolanta Johnsson

,

   “The two of them” - him and her, two figures. She is slender, traced in a delicate contour. He is broadshouldered, bigger, angular. They are close to each other. The painting's frame delimits and confines their shared space. There is the same amount of space as there is on the image. They have to fit in. Crouching, they cling to each other, even though they sometimes long to escape.
   Their hands and legs are already fleeing. They don 't escape. They are together, they are one, one shape, they form at times a double symbol. They are floating in a calm or tense balance. The lines of my figures are crossing the canvas. I wish that their contours indicate space, that the action on the picture be told by them alone.
   Despite used simplifications, they are rich in expression. Hands - at the beginning there is the palm, flexible, her fingers, wrist is positioned in many ways, after there is a stretched arm, it's line leading to the depth of the body. The hands are folded, close to the torso, supporting the head, enriching the figure's contour, or hands inside, disturbing the calmness of the body. The hands talk. Also the heads, legs reaching for each other or pushing each other away.
   The woman is less materialistic, I painted her smoothly. The man I painted with sand, earth. His torso becomes matte, deeper. It gains another dimension on the painting. Another way to differentiate.
   My figures are also in rooms. It is enough to mark four corners and there is already space for love or drama. The interior can be a wonderful meeting place or a cage without an exit, in which you have to stay together.
   While painting the series "The two of them", I shut myself with the figures in their world. During the work on canvas, there came an idea for another composition. Each painting was a seperate try to express what I didn 't show in the one before. Aside from the similarities in the painting techniques, Hived with my paintings and painted them separately.
   If my work transmits a certain meaning, that's good. I don't escape from signifance, although while painting this isn 't foremost in my mind.
   On the way to creation many "problems on the canvas" must be solved. The meaning is somewhere at the beginning, when I get the urge to create. The project is a sketch, and never defined completely. Anyway, the canvas and the oil paints have their own rules and I have to submit myself when I use them to express myself. I paint an image and I start to live with it like with a real being. It leads me somewhere, not vice versa. There are a lot of problems with the composition and the colors. When I think that it is finished, it tells about something, indepndently. I hope that this autonomous transmission is understood by the public. I wish for it to tell of being "in a couple" as much as possible.
   Is it possible to escape meaning while painting a man and a woman?
   
                                                                                                                                                       Jolanta Johnsson


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   "Czasami czuję się jak widz w opustoszałym teatrze, gdzie na ogromnej scenie rozgrywa się niesłychanie bogate widowisko..." To wyznanie Jolanty Johnsson, opublikowane w szwedzkiej prasie z okazji jej pierwszej indywidualnej wystawy w dalekim Nässjő, nie straciło nic na aktualności, mimo iż tym razem artystka skupiła się wyłącznie na pejzażach wewnętrznych - warto pamiętać o dwoistym charakterze tej wewnętrzności, którą wrażliwy widz odkryje bez trudu, a która mnie, jako przybysza z zewnątrz, oglądającego w jej pracowni niekiedy jeszcze wilgotne płótna, uderzyła z niezwykłą siłą, wręcz zafascynowała.
   FASCYNACJA. Nie bójmy się tego słowa. Jakże często przechodzimy obojętnie wobec frapujących zjawisk malarskich, jeśli nie są one "autorytatywnie" potwierdzone.
   Malarstwo Jolanty Johnsson poruszyło mnie głęboko. Musiałem je nosić w sobie przez wiele dni, zanim dojrzały we mnie pierwsze słowa. Powściągliwość tej "spowiedzi malarskiej" przymusza do powściągliwości, ważenia słów. Żadne z nich nie powinno unosić się siłą bezwładności...
   Szkoda, że nie jestem w stanie odtworzyć większości wypowiadanych przez artystkę komentarzy do pokazywanych prac, które zapoczątkowała we wrześniu 1997. A były one godne zapamiętania! W dodatku nie mam przed sobą nawet czarno-białych odbitek owych "wnętrz", które tak bardzo pobudziły moją wyobraźnię! Dobrowolnie skazałem się więc na chaos, na jaki wydany jest każdy artysta w momencie rozpoczęcia pracy, kiedy nie może mieć jeszcze pewności, powtarzam za Eliotem, czy naprawdę wie, rozumie i czy będzie miał prawo do uśmiechu!
   Ale z chaosu, jeśli nie jest zamaskowaną pustką, może się zawsze coś wyłonić! "Postać człowieka we wnętrzu bardzo mnie intryguje: jak on w tym istnieje, linearnie i na głębszym, wewnętrznym planie.." Te rzucone przez nią jakby mimochodem słowa, które dziwnym trafem nie uległy rozproszeniu, pociągnęły za sobą słowa Alberta Gleizesa i Jeana Metzingera, wypowiedziane chyba w roku 1947 (wprawdzie w związku z kubizmem, ale w tym wypadku jest to bez znaczenia): ...RZECZYWISTOŚĆ WEWNĘTRZNA JEST JEDYNĄ ISTNIEJĄCĄ Z PUNKTU WIDZENIA SZTUKI. Zgodnie z tym założeniem - uświadomiłem to sobie w trakcie oglądania prac Jolanty Johnsson - malarka przenosi modelowane przez siebie postaci w przestrzeń plastyczną, która jest zarazem przestrzenią duchową, a ich wartości linearne stają się jakościami daleko wykraczającymi poza wartości czysto malarskie...
   Modele brane są ze świata zewnętrznego i w pewnym sensie do niego przynależą, ale usadowione we wnętrzu przechodzą jakby w inny wymiar, stając się modelami wewnętrznymi (Andre Breton mylił się, twierdząc, że jest to możliwe tylko w malarstwie surrealistycznym; tutaj, w miarę odrealniania, nabierają one, o dziwo, coraz większej realności). Nie wiem dlaczego - może przez świadomość głębokich, związków artystki ze Szwecją - nie mogę się oprzeć wrażeniu, pogłębiającemu się w miarę upływu czasu, że modele te biorą udział w swego rodzaju Bergmanowskim spektaklu, gdzie szepty i krzyki wtapiają się w o wiele więcej mówiące milczenie...
   Dlatego obawy artystki, która chciałaby, "aby to wszystko było bardziej ostre, zdecydowane, kontrastowe, mniej przygaszone, smutne", nie mają tu żadnego uzasadnienia - światła wewnętrzne mogą być stokroć jaskrawsze od świateł reflektorów, z tym że ich zadaniem jest nie oślepiać , lecz rozświetlać. Na szczęście człowiek poza oczami zewnętrznymi ma jeszcze oczy wewnętrzne. A smutek? Kto to powiedział: "Nie każcie mi się śmiać, bo póki co śmiech jest niedorzeczny!"? Póki co!
   W chwili, gdy je oglądałem, obrazy te nie miały jeszcze żadnych tytułów, ale całość została już nazwana. WE DWOJE - a więc powinienem rozwinąć zaznaczoną na wstępie tezę o ich dwoistym charakterze... Nęcące byłoby odwołanie się do geometrycznej zasady dwoistości czy do zjawiska dwoistości kwiatów, lecz myślę, że będzie jednak prościej odwołać się do dwoistości ludzkiej natury, tej cielesnej i tej duchowej, we wszystkich jej możliwych skomplikowaniach, w ściśle wyznaczonych przez los konfiguracjach czy w pożądaniach i tęsknotach będących poza wszelkimi układami, nawet poza świadomością, chyba że w samoudręczeniu odnajdujemy radość życia!
   Chwała Bogu, że wbrew twierdzeniu Jeana Cassou rysunek linearny nie zniknął całkowicie z naszej epoki, że obraz może być nie tylko "kolorową powierzchnią", z której jedynie hedoniści mogą czerpać naskórkową przyjemność, czy "kolorową rzeką" z kaskadami wręcz mechanicznie nakładanych farb, toczących się po widzach jak rydwan zwycięskiego wodza, który nie wie, że niewolnikiem, co stoi za nim głosząc znikomość wielkiej sztuki, jest on sam! Chwała Bogu, że istnieją obrazy takie jak te, które rozwiązując najbardziej skomplikowane zadania malarskie nie usiłują nam wmówić, iż są one ważniejsze od problemów egzystencjalnych trapiących człowieka we wszystkich kulturach i czasach...
   
                                                                                                                                             Janusz B. Roszkowski

,

    "Sometimes I feel as if I were a spectactor in an abandoned theater, where the huge stage serves as the site of a grand spectacle..." confessed Jolanta Johnsson in an article published as a tribute to her first individual exhibition in the far away town Nässjő. Her statement is still the perfect summary of her work, even though this time she has solely concentrated on the inner landscapes. The duality of inner character should be kept in mind - it will be discovered with case by the sensitive viewer.
   I, being a person from the outside, having had the chance to admire her paintings even before they were dry was struck hard by this duality, fascinated by it.
   FASCINATION. We shouldn't be afraid to use the word. How often do we pass by striking paintings without giving the a second thought, unless they have been "authoritatevely" recognized by someone? Jolanta Johnsson's paintings have moved me deeply. I had to carry the impression they made, hidden within, before uttering my acclaim for them. The continence of this "artist's confession" requires moderation, weighing of words. None should be spoken without contemplation.
   It is a shame that I cannot recall all the comments made by the artist as her works went on display, beginning in September 1997. They were worth remebering! Why don't I have black and white copies of those "interiors" that enveloped my imagination? I therefore willingly committed myself to the chaos, to which each artist is subjected when starting his work, when he still can't be sure, as I quote Elliot, wheteher he truly knows, understands and whether he will have the right to smile!
   Chaos can always bring about new creation, unless it is an excuse for naught. "I find the inner side of the human being very intriguing: how he exists inside, linearly and on the inner depths..." These seemingly nonchlant words, which somehow did not disperse, were a reaction to the words of Albert Gleizes and Jean Metzinger, which were spoken, I belive in 1947 (in relation to cubism, but even here are relevant) "INNER REALITY IS THE ONLY ONE EXISTING IN ART". And so I was finally aware, while admiring Jolanta's work that she fully realizes this mission satement - she transfers her characters into the artstic plane, the spiritual plane, and thus their linear values become qualities set far beyond the plain painting values...
   The models are taken from the outside world and, in a way, are a part of it, but once inside they take on different dimension, thus becoming inner models Andre Breton was wrong in saying that this is only possible in surecal painting; here, as they become more unreal, they gain, imagine that, ever greater realism). I don't know why - maybe because I am aware of the artist's close ties with Sweden - I can't help feeling, which intensifies with time, that these models participate in a kind of Bergmanesque spectacle, where the whispers and shouts are overwhelmed by the more expressive silence...
   For this reason the fears expressed by the artist, who wants "everything to be sharper, decisive, contrasting, not so subdued and sad", find no justification here - inner lights may be a hundred - fold brighter than searchlights, with the reservation that their effect is not to blind but to highlight. Fortunately, the human being has the inner eyes of the soul that are complemented by the eyes that view the outside world. And sadness? Who was it that said: "Don't tell me to laught, because as of yet laughter is senseless!"? As of yet!
   When I was viewing them, the paintings were still unnamed but the whole had already been christened. THE TWO OF US. I should expand the thesis stated at the introduction about their dual character... It is very tempting to refer to the geometric rule of duality or the phenomenon of the duality of flowers, but I belive that it will be simpler to refer to the duality of human nature, the bodily side ant the spiritual side, in all of its possible entanglements, in the configurations strictly defined by fate or in the nostalgia and yearning that fall outside all possible schemes, even outside counsionsness, unless it is in self-torment that we find our purpose in life!
   Glory to the God that in spite of Jean Cassou's statement the linear drawing has not completely disappeared from our era, that a painting may be more than just a "colored plane" from which only hedonists can gain pleasure; or a "colorfull river" with cascades of almost automatically placed plaint, rolling over the viewer like the chariot of a victorious leader, who is unaware that the slave who stands behind him and preaches about the pettiness of great art is himself! Glory to the God that there are paintings like these, which by solving the most complicated painting problems do not attempt to convince us that they're more important than existential problems that have tormented the human being troughout the history and in all cultures...
   
                                                                                                                                                 Janusz B. Roszkowski


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Nie często dzisiaj młody malarz szuka w sferze myśli, wystarcza mu paleta lub inaczej zorganizowana wypowiedź plastyczna. Nie częsta jest także, zwłaszcza u młodych kobiet, bardzo silna determinacja uprawiania sztuki. Obydwie te sprawy wyróżniają Jolantę Johnsson z rówieśnego tła. Nie tylko wtedy kiedy jej się udaje, ale i wówczas gdy błądzi, szuka, znajduje, gubi, kiedy uporem pokonuje zwątpienia i słabości, kiedy o tym mówi, jest wyrazista. Jej początki artystyczne dają obietnicę postawy poważnej, a to już bardzo dużo.
    Kiedy robiła studia w warszawskiej Akademii, nie malarstwo było jej strefą główną, ale grafika. Konkret i rzeczowość graficznego warsztatu, i prymat rysunku nad kolorem dają o sobie znać i teraz jeszcze, kiedy już zdecydowanie wybrała miejsce przed sztalugą. Nie jest to złe, przeciwnie, to może być rzetelny punkt startu, bo grafika uczy prostoty i rzetelności. Wrażliwość malarską, kulturę malarską można w sobie wzbudzać długo i świadomie. W dużym stopniu waży tu wtedy osobowość i jej wewnętrzne światło. Więc u niej płótno i olej nie dają pokusy zabawy plastycznej, żartu czy prowokacji, czego pełne są młode roczniki malarskie, ani też nie wyosobniają jej w samotnych, ezoterycznych zabiegach. Wydaje się natomiast, że malarstwo spełniać ma dla niej szerszą i ważniejszą funkcję myślenia obrazem o świecie, życiu i śmierci. Że wynika z nie młodzieńczej już jak gdyby potrzeby stałej refleksji i stałego dialogu, który pomaga zrozumieć wszystko wokół. Ten dialog nie koniecznie musi odbywać się w sposób widoczny, czy wobec drugiego, przyjaznego wymianie człowieka. Jolanta odbywa go najczęściej ze wzgórzem, wiatrem, głosami z dna historii, wreszcie z samą sobą. Ona rozmawia, pyta i odpowiada, nie otwierając ust, ruchem pędzla. Oczywiście, to zwiększa oczekiwania i odpowiedzialność malarza, ofiarowuje największą ilość pracy, męki i rozczarowań - ale, kto wie, czy nie liczy się najwyżej. Jolanta chyba wie, że weszła na niełatwe ścieżki, ale ma przecież w sobie upór i ambicje cichych, łagodnych kobiet.
    Jej obrazy zwracają się zatem ku formie pierwszej, ku naturze, w jej niewzruszonym kośćcu szukając wskazówek, rady i uspokojenia. Pejzaże mają za przedmiot pewny grunt ziemi syntetycznie zarysowanej i dającej oparcie. Ale ziemia ta oglądana jest jak gdyby z lotu ptaka, z wysoka i stromo, poprzez ogrom szaro-błękitnych przestrzeni. Od jej pewnych gruntów dzieli oglądającego zagadkowy, lekko wibrujący kolor. Jakkolwiek ziemia ta ma swoje zagajniki, pastwiska i krowy, wszystko to jest pochłonięte jednoczącą smugą koloru, który tę rzeczywistość na pewien sposób odrzeczywistnia i zamienia w język symboli. Krajobrazy Jolanty Johnsson, wiele zawdzięczają ( nie wiem na ile świadomie ) dwu odmiennym zjawiskom: naturze północnego światła i sztuce malarstwa czen(zen) w dawnych Chinach. Jest to osobliwe i ciekawe połączenie, mogące ilustrować - trzeba to przyznać - jedynie wyobraźnię oglądającego krytyka. Jakkolwiek by się do tego podeszło, natura w chłodnym, skrótowym obrazie Johnssonowej przejawia się nieco podobnie jak to było praktykowane w monochromatycznych zwojach: jako wycinek kosmosu, z niewidocznym w jego masie człowiekiem. Ten człowiek wszakże zjawia się sam i osobno w rzadkich obrazach jemu tylko poświęconych. Są to portrety - nie portrety osób zazwyczaj pojedynczych, kobiet zapewne, uwydatnionych głównie sylwetą. Tak traktowane stają się bliźniacze w stosunku do portretów ziemi, skupione na sobie czujące i myślące jej fragmenty.
    Jolanta Johnsson szuka dopiero swojego miejsca wobec tych dwóch największych w historii malarstwa tematów: pejzażu i człowieka. O tych poszukiwaniach - mimo naporu rozpraszającej codzienności, ale i z jej pomocą - ładnie mówi i pisze. Wydaje się godne podziwu, że w dzisiejszym szalonym świecie młoda kobieta chce, pośród dzieci i domowych obowiązków, sprostać takiemu zadaniu. Sprostać na klasyczną miarę.
   
                                                                                                                                             Danuta Wróblewska

,

   It is not often today that a young painter is a seeker in the sphere of thought; usually the palette or another means of artistic expression is enough. Another unusual characteristic, especially in young women is a very strong determination to become an artist and persevere at art. Both these features make Jolanta Johnsson stand out from her peers. Not only when she is successful, but also when she errs, seeks, finds, loses, when she conquers doubts and weaknesses with persistency. When she speaks about these things, she is expressively meaningful. Her artistic beginnings are a promise of a serious attitude, and already that is very important.
   When she studied at the Warsaw Academy of Arts, it was graphic art and not painting that was her major area of interest. The straightforwardness and honesty of the technique, and the primacy of the drawing over color are still present in her work even now, when she has finally decided that her place is in front of an easel. This is not a fault, quite the opposite, this can be a good and honest stepping stone, because graphic art teaches candor and simplicity. Artistic sensitivity and artistic culture are something which an artist can develop in him or herself through long conscious work on oneself. An important factor in this is personality and its innner light.
    For her, the canvas and the oils do not constitute a temptation for playing, joking or provocation, a temptation to which so many of the young painters succumb; neither do they isolate her in lonely, esoteric activities. Instead, it seems that for her painting has a more important and broader function; she uses painting to think of the world, life, and death. It seems that it comes out of a youthful need for constant reflection and a constant dialogue, which helps to understand everything around you. This dialogue does not necessarily have to take place in the open, in the presence of another person receptive to the dialog. Most frequently, Jolanta conducts her dialog with a hill, with wind, the voices from the dark recesses of history, and, finally, with her own self. She talks, asks and answers, without opening her mouth but with the movement of her brush. Of course, this heightens the expectations and responsibility of the painter, requires the largest amount of work, suffering and disappointments - but, who knows, it might the way which is the highest attainable. It seems Jolanta knows that she has chosen a difficult path, but she has the self-will and ambition of many quiet, gentle women.
    In their search, then, her paintings turn toward the first form - nature, on its framework seeking directions, advice and peace. The subject of her landscapes is the firm ground of the earth, synthetically drawn and giving support. But this earth is seen from, as it were, a bird's-eye view, through vast expanses of grey-blue space. The viewer is seperated form its firm ground by mysterious, slightly vibrating color. Even though this earth has its groves, pastures and cows, all of them are submerged in this uniting swath of color. And because of this color, reality becomes less real and changed into the language of symbols. Jolanta Johnsson's landscapes owe a lot (I don't how conscious this is) to two different phenomena: the nature of northern light and czen (zen) painting of ancient China. This is a singularly interesting combination, which can illustrate - we have to admit this - only the imagination of the critic beholding the canvas. Whichever way you approach the issue, nature in Johnsson's cool, spare picture is similar to monochromatic scrolls: like a section of the universe, with the human invisible in its mass enormity.
   These humans, however, do appear alone and separate in the rare paintings devoted to them. These are the portraits/un-portraits, usually of single people, probably women, who are identifiable mostly by their silhouette. Portrayed in this manner, they come to mirror the portraits of the earth, a focus for its feeling and thinking fragments.
   Jolanta Johnsson is still searching for her own place in relation to these two subjects, the most important in the history of painting - landscapes and people. In spite, but also thanks to the constant onslaught of the mundane, she talks and writes well about this search. It seems admirable that in today's mad world a young woman would want to undertake such a challenge amongst the distractions of children and daily routine. All the more admirable since she only undertakes, but also unequivocally succeeds.
   
                                                                                                                                           Danuta Wroblewska


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Powołanie artystyczne jest zaproszeniem do intensywnego życia. W pracy artystycznej ocieramy się o tajemnicę. Można używać słowa podświadomość.
   To słowo o mniejszym ładunku jest przydatne, gdy mówimy o sztuce i jej powstawaniu. Lecz nie wystarczy gdy zastanawiamy się nad przyczyną twórczości. Artysta tworząc ma swój współudział w tajemnicy życia.
   Sztuka nie daje odpowiedzi, lecz zbliża do tego, co potocznie nazywamy sensem życia.
   
                                                                                                                                            Jolanta Johnsson

,

   An artistic calling is an invitation to an intensive life. In art we touch the mystery. Another word which can be used here is "subconscious". Being less charged, it comes in handy when speaking about art. But it is not sufficient when we consider the roots of creativity and art. The artist, creating, participates in the mystery of art. Art may not have the answer, but it is closer to what is often called the meaning of life.
   
                                                                                                                                             Jolanta Johnsson


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   W szacownych murach liczącego ponad 100 lat Pałacu Sztuki w Krakowie wystawiali swoje prace najwybitniejsi artyści polscy i zagraniczni. To w Pałacu Sztuki w 1983 roku, jakby na podsumowanie pierwszych 20 lat pracy twórczej pokazano szerokiej publiczności wystawę „Manhattan Plantami otoczony" artysty i pedagoga Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Stanisława Wiśniewskiego, obecnie profesora w swej macierzystej uczelni. Kim jest i jaką drogę przebył ten niezwykły artysta, którego dane mi było poznać osobiście w pracowni prof. Jana Szancenbacha w późnych latach 80-tych XX wieku, podczas realizacji filmu.
   Profesor Stanisław Wiśniewski urodzony w Krynicy kilka lat przed II Wojną Światową, przebył niezwykłą drogę życiową. Po ukończeniu Szkoły Górniczej był krótko górnikiem, później chciał być „wilkiem morskim", stąd pobyt w Szkole Morskiej w Gdyni (niestety rozwiązanej w 1949 roku). Po powrocie z nad morza w rodzinne strony ukończył Liceum Plastyczne w Sędziszowie Małopolskim.
   Później studia artystyczne w Krakowie, w pracowniach prof. Zbigniewa Pronaszki i prof. Zygmunta Radnickiego na Akademii Sztuk Pięknych, które ukończył w 1960 roku. Prof. Zbigniew Pronaszko dość szybko, bo już na drugim roku studiów odkrył niezwykły talent wszechstronnie uzdolnionego studenta, mającego odwagę wybrać własną drogę artystyczną. Pierwsze publiczne pokazy jego prac odbyły się na I Festiwalu Malarstwa Współczesnego w Szczecinie w 1962 roku. Później zorganizowano mu wystawy w Krakowie, Warszawie, Zakopanym oraz wiele wystaw za granicą: w Belgradzie, Vasteras, Sőderlälje i Malmő.
   W Szwecji, w Hässelholm, pokazał pamiętną wystawę „Jesień kawalerii", będącą hołdem złożonym żołnierzom września 1939 roku, a jednocześnie, poprzez sztukę ukazał Szwedom prawdę o nas, obalił mity o walkach polskiej konnicy z niemieckimi czołgami, koń w polskiej armii był dla żołnierzy jedynie środkiem transportu.
   Stanisław Wiśniewski, piekielnie inteligentny, dowcipny i nieustępliwy dyskutant, odważny, wrażliwy z „błyskiem w oku" był dwukrotnie stypendystą Fundacji Kościuszkowskiej.
   Podczas pierwszego swojego pobytu w Nowym Jorku artysta pochłonięty pasją kolekcjonerstwa, członek elitarnego Stowarzyszenia Przyjaciół Dawnej Barwy i Broni, gościł w słynnej Akademii Wojskowej „West Point" oraz wygłosił szereg wykładów o współczesnym malarstwie polskim dla Polonii. Po raz drugi zaproszono go do Nowego Jorku w 1986 roku. Po wystawach w Nowym Jorku zorganizowano wystawy cieszące się dużym powodzeniem w Lund (1974 r.) w Szwecji, Kolonii (1981 r.) w RFN oraz w Londynie. Na początku lat 90-tych poprzedniego stulecia los zetknął mnie ponownie z prof. Stanisławem Wiśniewskim w pracowni rzeźbiarskiej prof. Mariana Koniecznego. Ku mojemu zaskoczeniu był zajęty rzeźbieniem portretu swojej żony Danuty. Później okazało się, że rzeźb autorstwa prof. Wiśniewskiego było więcej. Znakomity artysta malarz zaprezentował rzeźby swojego autorstwa w Galerii Związku Artystów Rzeźbiarzy na ulicy Brackiej w Krakowie. Były wśród nich rzeźbiarskie autoportrety i portrety przyjaciół, w tym prof. Mariana Koniecznego. Po raz drugi Pałac Sztuki gościł wystawę Stanisława Wiśniewskiego w 1995 roku.
   Obecna, trzecia z kolei wystawa w Pałacu Sztuki została zorganizowana z okazji 40-lecia pracy twórczej profesora, ma charakter retrospektywy i przeglądu różnych kierunków w sztuce uprawianych przez artystę: malarstwo, rzeźbę i rysunek. Gratulując dotychczasowych osiągnięć artystycznych, dydaktycznych, kolekcjonerskich i towarzyskich życzę prof. Stanisławowi Wiśniewskiemu zdrowia i dalszych sukcesów.

 

                                                                                                                                         Zbigniew Kazimierz Witek

,

   For over a century in the stately walls of Patac Sztuki (Palace of Art) in Krakow works of the most out¬standing Polish and foreign artists have been presented.
   In 1983 the exhibition "Krakow Plantami otoczony" ("Krakow Surrounded With the Green Belt") was shown, as if to sum up the output of the 20 years of Stanisław Wiśniewski's work as an artist and a teacher at the Academy of Fine Arts in Krakow. Who is this extraordinary artist whom I had a pleasure to meet in Prof. Jan Szancenbach's studio in the late 1980s?
   Professor Stanisław Wiśniewski was born in Krynica a few years before the outbreak of World War II. His vicissitudes were truly unusual and quite complicated. After the completion of the School of Mining he worked as a miner for a short time. Then he had a desire to become a "sea-dog" and applied to the Naval College in Gdynia (which unfortunately was closed in 1949). So he returned to Sędziszow Małopolski where he completed the Secondary School of Fine Arts.
   He studied at the Academy of Fine Arts in Krakow as a student of Professor Zbigniew Pronaszko and Professor Zygmunt Radnicki. He completed the Academy in 1960. When he was a second-year student Professor Pronaszko discovered the extraordinary talent of his versatile student who had courage to choose his own artistic path.
   His works were presented to the public for the first time at the 1st Festival of Contemporary Painting in Szczecin in 1962. Later exhibitions of his works were held in Krakow, Warsaw and Zakopane, and abroad in Belgrade, Vasteras, Söderlälje and Mälmö. He presented his famous exhibition entitled “Jesień kawalerii” ("The Autumn of the Cavalry"), which was a tribute to the Polish soldiers fighting in September 1939, in Hässelhölm in Sweden. The exhibition helped also to dispel a myth of the Polish cavalry fighting against German tanks. It showed that horses in Polish army served only as means of transportation. Stanisław Wiśniewski, an extremely intelligent, witty and brilliant disputer, and a brave and sensitive man with "a mischievous twinkle" has been a holder of the scholarship of the Kościuszko Foundation twice. During his first stay in New York, being not only an artist but a passionate collector and member of the selective Association of the Friends of the Colours and Arms, he visited the Famous Military College in West Point and gave a number of lectures on Polish painting to the local Polish community. In 1986 he was invited to New York once again. His successful exhibitions in New York were followed by other exhibitions in Lund (1974) in Sweden, Koln (1981) in German Federal Republic and in London.
   At the beginning of the 1990s I met Professor Wiśniewski in Professor Konieczny's studio. To my surprise I found him sculpting his wife Danuta's portrait. Later I learned that he made many more sculptures. The splendid painter presented his sculptures in the Gallery of the Union of Polish Sculptors in Bracka Street in Krakow. One could find among them the artist's self-portraits and portraits of his friends, including one of Professor Konieczny. Pałac Sztuki housed Stanisław Wiśniewski's exhibition in 1995 for the second time. The present exhibition has been prepared on the occasion of the jubilee of forty years of Professor Wiśniewski's artistic work. It is retrospective in character and shows a spectrum of different artistic fields in which the artist has been active, i.e. painting, sculpture and drawing. While congratulating Professor Stanisław Wiśniewski on his achievements as an artist, a teacher and a collector, I simultaneously wish him good health and further success.

 

                                                                                                                                          Zbigniew Kazimierz Witek


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Kolekcjoner, znawca barwy i broni z białą na miejscu pierwszym, facecjonista w dawnym, dobrym stylu, erudyta i po części filozof żywcem z zielonobalonikowej bohemy wyjęty i przeniesiony, wbrew własnej woli, chyba w prostacką rzeczywistość naszego przełomu wieków. Stanisław Wiśniewski, jedna z legend Krakowa, profesor ASP, lecz przede wszystkim człowiek autentycznego esprit, obdarzony przez nazbyt hojną naturę również dobrym smakiem. A ten nakazuje mu zachować dystans do wszelkich parweniuszowskich sensacji naszej epoki. Również w kwestiach sztuki, traktowanej przez niego tak, jak traktowana być powinna: jako poważny zawód, nie zaś tor wyścigowy i pole harcowniczych popisów. Dla tej też przyczyny zapewne nie brał i nadal nie bierze udziału w sporach i faktycznych lub pozorowanych bojach kolejnych awangard, bo wie, że teorie mijają, a malarstwo zostaje. Zawsze to samo, choć nieco inne zarazem. To samo, bo nadal jest płaszczyzną pokrytą barwami w określonym porządku i z zamierzonym sensie w rzędzie pierwszym. Inne, bo zmienia się światopogląd, a wraz z nim nasz stosunek do rzeczywistości i przedmiotu tym samym, bo czyż filozofia, której widzialną formą jest, bądź też powinna być sztuka, nie zajmuje się stosunkiem pojęć do zjawisk i ich współzależnościami?
   W jego oczach i praktyce sztuka jest środkiem wyrazu, a będąc nim, musi mieć przede wszystkim coś do powiedzenia i zrobić to w sposób inteligentny, bo przecie nikt nie chce słuchać nieskładnego bełkotu debila. Zwłaszcza przez czas dłuższy, a dzieła Wiśniewskiego są z całą premedytacją tworzone do wnętrz mieszkalnych, dla dzisiejszych odbiorców i ich następców w najdalszym pokoleniu. Tak, jak było zawsze, więc choć praktyka ostatniego wieku stworzyła cały przemysł - bo trudno go inaczej nazwać - „sztuki wystawowej", tej, której zadaniem jest zwrócenie uwagi znudzonych, zmęczonych i zblazowanych widzów wielkich przeglądowych ekspozycji i międzynarodowych Biennale.
   Wiśniewski ceni więc filozofię i teorię estetyki, lub raczej, płynące z nich nauki i doświadczenia, lecz nie lubi doktryny. Cudzej ani własnej, której nigdy nie starał się sformułować, co u pedagoga, którym jest „od zawsze" należy uznać za ewenement, gdyż podniesiona do rangi kanonu doktryna ułatwia nauczanie i opromienia wykładowcę nimbem wyroczni, znającej prawdę absolutną i niepodważalną, gdyż możliwą do sprawdzenia i udowodnienia. Wszak pojęcie akademizmu nadal nie jest pustym dźwiękiem ani terminem historycznym tylko - jak długo istnieć będą Akademie - będzie również istniał akademizm, bądź też tylko tęsknoty ku niemu.
   Wiśniewski jest malarzem. A malarstwo jest pasją i powołaniem, zaś powołanie jest zaborcze i egoistyczne, więc żąda wyłączności. Lecz nie od wszystkich. Wszak historia sztuki zna malarzy-architektów i malarzy-grafików, peintre-graveurów jak ich nazywano i malarzy-rzeźbiarzy, peintre-sculpteurów. Był nim Michał Anioł i Degas, Renoir i - sporadycznie - nasz Michałowski, oraz Dunikowski, który był dla odmiany rzeźbiarzem-malarzem z naciskiem na pierwszą profesję. I Picasso, pokazany w zmienionym w jego muzeum paryskim Hotel Sale w sposób nader przewrotny, lecz i trafny zarazem jako rzeźbiarza, który swe odkrycia dokonane w trójwymiarowej przestrzeni przenosił na płaszczyznę.
   Wiśniewski rzeźbi monumentalne głowy i niewielkie medale, bada rzuty, buduje bryłę, przetwarza realny obiekt w równie realny i namacalny przedmiot sztuki. Bo rzeźba jest szczególną dyscypliną: ona jedna nie dąży do iluzji. Jest zawsze konkretem, niczego nie udaje i nie chce udawać. Jest materią uformowaną w określony kształt, ma swe realne ciążenia, namacalne podziały, ma takąż powierzchnię i jej napięcia, podlega prawom fizyki. Jak my, jak otaczający nas świat.
   Takie też jest malarstwo rzeźbiarzy: budzi zaufanie logiką konstrukcji i swoistą funkcjonalnością. Te, przydługie zapewne rozważania usprawiedliwia jedna tylko, lecz dostateczna przyczyna: otóż Stanisław Wiśniewski obchodzi czterdziestolecie pracy artystycznej, a czterdzieści lat to więcej niż pokolenie. Czterdzieści lat w życiu sztuki - to epoka. Czterdzieści lat temu istniała jeszcze prawdziwa awangarda, toczyły się prawdziwe boje pomiędzy nowoczesnymi a tradycjonalistami, radykalna Grupa Krakowska urzędowała w kawiarni Warszawianki przy ulicy Sławkowskiej i krzywym okiem spoglądała na „kapistów" okupujących Dom Plastyków przy Łobzowskiej. Odbywały się jeszcze Salony Wiosenne i Jesienne, a każda wystawa była wydarzeniem, bo w mieście działały zaledwie trzy stałe galerie. Wtedy nowość goniła nowość, zaś o lepsze walczyło około 20 orientacji od tradycyjnej figuracji po op, pop, malarstwo materii i rodzący się właśnie konceptualizm, odbywały się happeningi... Możliwości wyboru nie brakowało.
   Wtedy każdy młody artysta chciał być „jakiś", należeć do tej lub innej orientacji, najlepiej do najnowszej, więc najbardziej en vogue, wystąpić z jakimś manifestem albo też czymś, co by zadziwiło kraj i dało mu wstęp na Salon Marcowy Tadzia Brzozowskiego. Niewielu tylko młodych chciało być sobą i robić to, co uważali za słuszne. Wśród nich zaś był Wiśniewski. Z tej być może również przyczyny, że jego mistrzem i preceptorem był Pronaszko, artysta niezwykły nawet w czasach, w których mu żyć przyszło; uczeń dwu tuzów Młodej Polski, a mianowicie Malczewskiego i Axentowicza, kubista „z pierwszej ręki" gdyż poznał ów prąd w Paryżu niemal w chwili jego narodzin, następnie jeden z twórców Grupy „Polskich Expresyonistów", zwanych później Formistami, malarz i rzeźbiarz zafascynowany nie tylko futuryzmem lecz również ostro ciętą snycerką naszych twórców ludowych, autor słynnego pomnika Mickiewicza dla Wilna, okrzyknięty w końcu zdrajcą Formizmu, luminarz naszego postimpresjonizmu, o klasycyzujących skłonnościach. Lecz przede wszystkim wielki artysta. Świadomy swych celów, zamierzeń i roli, jaką wyznacza sztuce.
   Trudno nie ulec wrażeniu, że Wiśniewski jest nie tylko jego uczniem i pupilem - wszak to właśnie Pronaszko wpadł w zachwyt na widok jego malarskiego studium już na II roku, a ściślej - sposobem operowania światłem swego wychowanka - lecz również kontynuatorem. Nie formy, lecz sposobu myślenia i wartościowania, podejścia do sztuki więc. Z chromatycznością środków na miejscu poczesnym, co oznacza, że w dziele powinny współdziałać wszystkie dostępne danej dyscyplinie tony i akordy, jeśli są tylko potrzebne dla uzyskania zamierzonego wyrazu. Że zatem będące specjalnością awangardy muzykowanie na jednej strunie może, bądź nawet musi doprowadzić do ubóstwa i wyjałowienia każdego prądu, a w efekcie do jego katastrofy, bądź gorszego od niej zapomnienia. Wiśniewski miał również szczególne predyspozycje po temu: był przecie w młodości przeznaczony na skrzypka, bo takie były rodzinne tradycje, zaś skrzypce są instrumentem bogatym w możliwości i uniwersalnym. I są okrutne dla grających na nich zarazem: już pierwszy ton, pierwsze pociągnięcie smyczkiem ujawnia, czy trzyma je w ręce wirtuoz, czy nieudolny rzępoła. Ponadto muzyka to rytm i melodia. W przełożeniu na język plastyki natomiast to język form, to konstrukcja dzieła i melodyjnie prowadzona gama barwna. Muzyka jest również najbardziej abstrakcyjną ze wszystkich sztuk, uczy więc i wymaga operowania wysublimowaną materią swej dyscypliny, nie można w niej podeprzeć się atrakcyjną anegdotą, bo nawet zwykła onomatopeja zaczyna rychło drażnić swą prostacką dosłownością.
   Wiśniewski nie był jednak nigdy abstrakcjonistą, nigdy nie zerwał kontaktu z rzeczywistością i przedmiotem, choć pociągały go uroki niefiguratywizmu, polegające na ich malarskiej syntezie i daleko idącym przetworzeniu. Lecz nie był również nigdy realistą. Czerpał impulsy z rzeczywistości i czyni to nadal, lecz bez serwilizmu wobec natury, którą zmienia w zależności od artystycznego zamierzenia, i własnej wyobraźni.
   Z kolorytem lokalnym na miejscu pierwszym. Postąpił tak już w młodzieńczym autoportrecie, i później, na studiach, w utrzymanym w błękitno czerwonej tonacji wizerunku „Hanki", ślicznej, jak powiada, dziewczyny, której naturalne walory musiały ustąpić przed imperatywami malarstwa, bo w nim „zawsze musi być wiadomo o co chodzi".
   W wypadku „Hanki" - wiadomo. I w innych obrazach również, choć Wiśniewski zmieniał się i dojrzewał w rytmie przemian sztuki, lecz głównie zdobywanych doświadczeń i przemyśleń, boć przecie sztuka jest kwestią dojrzałości psychicznej i umysłowej w stopniu znacznie większym, niż się na ogół przypuszcza. Różne więc przechodził fazy i różnym też fascynacjom ulegał, co opisują zamieszczone w tym albumie wypowiedzi krytyków i samego artysty o wadze spisanego na żywo, w określonym czasie i sytuacji artystycznej, dokumentu. Dziś, w jubileuszowym roku lepiej więc spróbować wyłuskać ze sztuki to, co w niej stałe, co wspólne wszystkim jego dziełom. To zatem, co jest ubraną w kształt widzialny osobowością artysty więc łączy je w logiczną i spójną całość. Poza tym, co już zostało napisane, można chyba wymienić kilka jeszcze cech, a mianowicie romantyzm najczystszej, młodopolskiej próby. Wtedy zaś, w la belle epoque w której Wiśniewski czułby się znakomicie, Nietsche podzielił sztukę na dwa zasadnicze grupy-Rausch i Traum, szał i sen. Rausch, „jako konwulsyjne napięcie bólu żądzy, tęsknoty, przerażenia". Traum, „sztuka jako sen, w którym jak w tafli zaczarowanego jakiegoś jeziora odbija się obiektywnie a syntetycznie złuda życia..." pisał swego czasu Boy, a jego słowa można odnieść do obrazów artysty. Sztuka Wiśniewskiego jest więc liryczna i uczuciowa tym samym, co jednak w niczym nie osłabia jej siły. Skupionej i wyrazistej, jak w kapitalnej akwareli „Widzowie" na przykład, choć nie tylko, gdyż przykłady można by mnożyć niemal infinitum. Kolejną cechą sztuki Wiśniewskiego jest jej organiczność: nawet geometryczne i mechaniczne w swej regularności podziały „Okna" sprawiają wrażenie tworów biologicznych i pulsujących życiem, kaprysu natury zatem w mierze większej, niż chłodnej precyzji liniału i kątomierza, gdyż Wiśniewski buduje formę światłem i jego temperaturą, a są to wartości niemożliwe do ujęcia w matematyczne wzory. Kto jednak wie, czy nie najważniejszą cechą jego sztuki, zarówno malarstwa, jak rzeźby jest jej odruchowa, w pełni naturalna zatem i nie wymuszona elegancja w najlepszym rozumieniu tego terminu, który w teorii sztuki zastępowany jest bliskim mu, lecz uboższym w treści pojęciem kultury. Wiśniewski lubi bowiem dawne, wytworne ex definitione malarstwo i nigdy się go nie wyparł. Nawet w czasach, w których Matejko i Malczewski zostali odsądzeni przez awangardę od czci i wiary, a ich dzieła uznano za pozbawione ambicji i talentu, nawet w tych przedziwnych i fascynujących latach Wiśniewski pozostał zwolennikiem sztuki obu mistrzów, podobnie jak sztuki Wojtkiewicza i całej plejady swych poprzedników. Nigdy też nie chciał być „modern całkiem" i nie podpisał się pod hasłem „nowe jest gatunkowo lepsze od minionego", bo już wówczas przeczuwał bądź już nawet wiedział, że prawdziwie wielcy artyści byli zawsze poza modą. Na ich też wzór nawiązuje kontakt z odbiorcą: wpierw obraz uderza, wabi, przykuwa wzrok, zaciekawia, a później wciąga do rozmowy, tej samej, którą prowadził z nim artysta w czasie malowania, bo Wiśniewski podchodzi do sztalug z generalnym zarysem dzieła tylko, z jego ideą, by później tworzyć na prawach sprzężenia zwrotnego, w nieustannym dialogu z powstającym obrazem. Tym sprzężeniem, w którym skutek oddziaływuje na przyczynę. I kończy, gdy wszystkie niejasności i wątpliwości zostały wyjaśnione. Aż do najdrobniejszego punkcika farby na płaszczyźnie, bo - wszystko inne pomijając - jego płótna są, jak to się eufemistycznie mówi, dopracowanymi, w najdrobniejszym szczególe obiektami estetycznymi, bo są po prostu dekoracyjne, gdyż należy chyba teorii sztuki przywrócić również to, spostponowane praktyką ostatnich dekad i sprowadzone do rzędu trywialnego rękodzielnictwa określenie, o którym Wyspiański miał zgoła odmienne zdanie: „sztuka dekoracyjna – mawiał - takiego pojęcia nie ma, każda dobra sztuka jest ze swej natury dekoracyjna". Wiśniewski ujmuje to nieco inaczej: wolę sztukę, która śpiewa od tej, która prawi kazania, a Gałczyńskiego od wierszy naszych noblistów. I śmieje się jako zwykł, a nie ma ponoć nic bardziej serio, od śmiechu mądrego człowieka.

 

                                                                                                                                             Jerzy Madeyski

,

   A collector, an expert at the colours and arms, a joker in the old, good style, an erudite and partly a philosopher as if moved directly and against his will from the Bohemia of the Zielony Balonik (Green Balloon) cabaret to the crude reality of the turn of the century. Stanisław Wiśniewski, one of the legends of Krakow, a professor of the Academy of Fine Arts and, first of all, a man of authentic esprit, endowed also with good taste by generous nature, which makes him keep a healthy distance from all vulgar sensations of our epoch and treat art in an adequate way, namely as a profession not a racecourse or a ground of skirmishers' games. Maybe for this reason he has never taken part in disputes or got involved in real and alleged battles of subsequent avant-garde movements, because he knows that theories pass and painting remains. Painting is always the same and different at the same time. It is the same because it is still a plane covered with colours arranged in a particular order and in accordance with some intention. And different because the view on life changes and therefore our approach to reality and objects alters too. In Wisniewski's opinion and practice art is a means of expression and as such must have something to say and do it in an intelligent way as nobody wants to listen to a halfwit's awkward gibber. Especially for a long time. Wiśniewski creates his works for homes, for contemporary viewers and their followers in next generations. It has always been like this although the practice of the last century created the whole "industry" of "exhibition art" which aimed at catching the eye of bored, tired and spoilt exhibition - and international biennial-goers.
   Wiśniewski values the philosophy and theory of aesthetics, or the knowledge and experience sourcing from them, but he does not like the doctrine. He does not appreciate either his own or anybody else's doctrines, which is unusual in the case of a teacher whom he can also be called, because a doctrine treated as a canon makes teaching easier and turns a teacher into an oracle who knows the absolute and unquestionable truth that can be verified and proven. Why not, since the notion of academism is not an empty word or a historical term but still a living phenomenon which will remain so as long as Academies exist. Wiśniewski is a painter. Painting is his passion and vocation. Although this vocation is demanding and egoistic and requires exclusiveness as a rule there have always been painters-architects, painters-graphic artists (so-called peintre-graveurs) and painters-sculptors (so-called peintre-sculpteurs). Michelangelo was one of them, and Degas and Renoir too. Michałowski and Dunikowski likewise, although the latter was a sculptor rather than a painter. Picasso, whose works are exhibited in his museum Hotel Sale in Paris, is presented in a deceitful, yet an accurate way, as a sculptor who used to transfer his discoveries made in the three-dimensional space onto planes. Wiśniewski sculpts monumental heads and small medals. He studies throws and builds a bulk. He transforms a real object into an equally real and concrete object of art. Sculpture is a special discipline. It is the only field of art which does not aim at illusion. A sculpture is always concrete. It never pretends to be something else. It is the matter moulded into a defined shape. It is subjected to gravitation and has its tangible divisions, surfaces and tensions. It is subjected to the laws of physics like all of us and like the surrounding world.
   Painting practiced by sculptors has the same qualities. It inspires confidence in viewers with the logic of its construction and a special functionality. These slightly prolonged divagations can be, I believe, justified with the following explanation. Namely, Stanisław Wiśniewski is celebrating the jubilee of 40 years of artistic work. Forty years is more than one generation. Forty years in art is an epoch. Forty years ago there still existed a true avant-garde, there were true battles fought between the modern and the traditional, and the radical Krakow Group would occupy cafe Warszawianka in Sławkowska Street and would scowl upon the Capists sitting at tables at Dom Plastykow (Artists' Centre) in Łobzowska Street. Spring and Autumn Salons would be held. At that time every exhibition was an important art event because the city had only three permanent galleries. The time abounded in novelties. There occurred about twenty different trends which ranged from traditional figuration through op-art, pop-art, painting of the matter, conceptualism to happenings. The choice was very ample.
   At that time every artist wanted to be a part of some movement, possibly the latest and most fashionable one, prepare his own manifesto to astound the nation and be admitted to Tadeusz Brzozowski's March Salon. Very few young artists wanted to be themselves and do what they believed right. Wiśniewski was one of them. Perhaps because his master and teacher was Pronaszko, an unusual artist in the time he happened to live. Pronaszko was a student of two big wigs of the period of Młoda Polska (Young Poland), namely Malczewski and Axentowicz. He was one of the first Cubists having come into contact with the trend in Paris almost at its birth, then one of the originator of the Group of "Polish Expressionists" who were called the Formists later, a painter and a sculptor fascinated not only with futurism but also with sharpedged wood-carving of folk artists, an author of the famous statue of Mickiewicz in Vilnius, accused of betraying formism, and called a luminary of Polish post-impressionism with classical tendencies. But first and foremost he was a great artist aware of his goals, intentions and the role of art.
   It is hard not to be under an impression that Wiśniewski was not only his pupil but also a favourite. It was Pronaszko who first went into raptures over Wisniewski's study, and more precisely over the way he used light, when Wisniewski was a second-year student. Wiśniewski is Pronaszko's continuator in the sense that he follows the older artist's way of thinking and valuation, and shares his view on art. The most essential is the choice of chromatic means of expressions which means that all tones and accords available in a given field of art should act jointly in order to produce the intended result. Similarly to playing music on one string only, which was a specialty of modernism. It could lead to impoverishment or emaciation of every trend, and finally to its end or to oblivion. Wiśniewski showed particular predispositions towards this tendency because as a young boy he was studying to become a violinist thus following a family tradition. The violin is a beautiful and universal instrument. But at the same time it can be very cruel for a musician, showing at once whether he is a virtuoso or an inapt fiddler.
   Music stands for rhythm and melody whereas when it is translated into the language of plastic arts, it becomes a structure and a melodious colour range. Music is the most abstract of all art disciplines. It is impossible to refer to an attractive anecdote in it because even an ordinary onomatopoeia quickly irritates with its simplicity. However, Wisniewski has never been an abstract artist and has never lost touch with reality or an object although at times he was tempted with the charms of non-figurative art, relying in painterly synthesis and profound transformation. On the other hand, he has never been a realist either. He would draw stimuli from reality but without being servile to nature that he would transform depending on his artistic plans and his own imagination. This is what he did with his early self-portrait and later with the image of "Hanka" who was a pretty girl but whose natural beauty had to give way to imperatives of painting and the permanent need to make the idea clear to viewers. In the case of "Hanka" the thought is clear and so it is in other canvases in spite of the fact that Wiśniewski, who was changing and growing up parallel to the rhythm of changes in art, was also influenced by his experiences and meditations. Art is more close¬ly related to emotional and intellectual maturing than it is generally believed.
   The artist has gone through different phases and has had various fascinations. Today, in the year of his jubilee, it is fitting that we should try to discover permanent elements in his art and features shared by all his works. It is the artist's personality presented in a visible form which links all his works in a logical and compact whole.
   Apart from what has already been said, some other features of his works can also be mentioned. For example, romanticism of the purest type, characteristic of the period of Young Poland when Wiśniewski would have felt completely at home. It was in la belle epoque when Nietsche divided art into two essential groups - Rausch and Traum, madness and dream. Boy-Zeleński's words defining Rautsch "as a convulsive tension of the pain of craving, longing and horror", and Traum "as the art understood as a dream in which the illusion of life is reflected objectively and synthetically like in a sheet of the lake..." can be interpreted as a reference to the artist's paintings. Wiśniewski's art is lyrical and emotional but these features do not weaken its power. It is compact and suggestive like, for example, his watercolour "Viewers" and numerous other works. Its other trait is its organic character. Even geometric "Windows" with their mechanic regularity of divisions look like biological formations, pulsating with life. They are more like caprices of nature than precise linear compositions due to the fact that their author creates their form with the use of light and temperature which, by nature, are difficult to express in mathematical formulas. Perhaps the most important characteristic of Wiśniewski's paintings and sculptures is their instinctive, fully natural and unaffected elegance which can simply be termed "culture". The artist likes the old, refined painting and he has always admitted it. Even in the time when Matejko and Malczewski were totally rejected by the avant-garde and their painting considered to be lacking ambition and talent, Wiśniewski remained an admirer of their works and those of Wojtkiewicz and of his many predecessors. He never wanted to be completely modern and never believed in the motto: "the new is better as regards its quality than the old" because he felt or knew that truly great artists never follow fashions. He establishes contact with viewers like they used to do: his canvases first strike them, then enchant them, draw their eyes, interest them and later draw them into a dialogue which is the same that the artist himself conducted during the act of creation. Wiśniewski approaches the easel with a general ideal of a painting only and he gradually develops it in a continuous dialogue with the canvas. In this feedback mechanism the effect influences the cause. The artist completes his work when all doubts are clarified and the tiniest dot of paint on the plane is perfect. His canvases are truly polished up and can be called decorative. Contrary to the trivial opinion popular in the last few decades that decorative art is a craft, Wyspiański believed that “there is so such notion as “decorative art” because good art is decorative by nature”.
   Wiśniewski phrases his view in a slightly different way: “I prefer art which sings to art which preaches, and Gałczyński`s poems to poems written by Nobel prize winners.”
   And he laughs because allegedly nothing is more serious than a wise man`s laughter.

 

                                                                                                                                         Jerzy Madeyski


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Wedle obecnie obowiązujących standardów obrazy Stanisława Wiśniewskiego, obecnie wystawiane w salach Fundacji Kościuszkowskiej (15 E. 65th St, Manhattan) mogą wydawać się jakby niemodne, odrobinę passe. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę panujący w rodzinnym kraju Wiśniewskiego i urzędowo zaaprobowany styl malarski, w którym proporcje postaci nawiązują do herosów, mając za zadanie idealizowanie i gloryfikowanie robotników, uznamy, że obrazy tego artysty są w rzeczywistości bardzo obiecujące.
   Wiśniewski został zaproszony do Nowego Jorku, jako jeden z kilku wybranych artystów, przez Fundację Kościuszkowską, która zorganizowała tutaj jego debiut artystyczny „w celu zapoznania się z tym, co robią obecnie Amerykanie, nawiązania kontaktów i wymiany myśli".
   I chociaż jego pobyt tutaj nie był planowany jako wizyta robocza, to jednak ponad 30 z jego płócien, akwareli i rysunków przedstawianych na wystawie, powstało w Ameryce.
   Wszystkie one charakteryzują się pewną witalnością i energią. Wiśniewski komponuje swoje abstrakcje przy pomocy odważnych form i mocnych kolorów, często na dużych powierzchniach. W przypadku kilku z nich, takich, jak „Konflikt", „Inauguracja", „Inauguracja V" i „Konflikt II", kształty przypominają wyglądem formy przemysłowe. Można poczuć ciężar stali i ruch maszynerii. Być może tematy te odzwierciedlają doświadczenia i poglądy artysty od chwili przybycia do Ameryki.
   Wiśniewski z łatwością posługuje się zarówno farbami olejnymi jak i akrylowymi, kładąc farbę ze swobodą, operując pędzlem w sposób zbliżony do abstrakcyjnych ekspresjonistów sprzed dziesięciu lat lub więcej. Mimo to, daje się w jego pracach zauważyć także dyscyplinę. Mocne czerwienie zestawiane są z czystymi błękitami, lecz delikatne szarości i mleczne odcienie bieli łagodzą ich ostrość.
   Praca zatytułowana „Inauguracja III" jest nadzwyczaj wyrazista. Czerwone, koliste formy w centrum obrazu wydają się wirować od środka na zewnątrz, rozrzucając inne kształty na powierzchni. Równowagę oraz napięcie między nimi tworzy kilka grubych przekątnych, które przebijają ten wir rozpraszając ruch. Czernie i brązy stanowią przeciwwagę dla czystej czerwieni i różnicują koncentryczne rytmy. W niektórych płótnach daje się dostrzec lekki, żartobliwy ton. Jednak prace te, tak jak „Inauguracja II", nie należą do najlepszych osiągnięć artysty. Zaciekawiony powtarzającym się tytułem „inauguracja", zapytałem Wiśniewskiego o implikacje tego słowa. Wyjaśnił, że termin ten dla niego oznacza „początek, ferment, miejsce wyjścia". Pod tym względem, jeszcze bardziej zbliża się do abstrakcyjnych ekspresjonistów. Dla wielu z nich także nie istniał z góry wyobrażony temat. Obrazy powstawały z ich osobistych, często nieświadomych reakcji na własne przeżycia.
   W niektórych obrazach Wiśniewskiego dają się zauważyć aluzje do orfizmu i wortycyzmu, dwóch kierunków w malarstwie XX-wieku, które były następstwem kubizmu i Delauney'a. Jednak prace Wiśniewskiego mają swój własny, odrębny charakter. Wiele przedmiotów, pojawiających się głównie na akwarelach i rysunkach, posiada pewne cechy nawiązujące do natury lub martwej natury. Lecz w procesie artystycznego przetwarzania, pozostają po nich jedynie organiczne ślady. Są nimi istota życia, rozwój i zmiany, pozbawione szczególnie nakreślonych nawiązań. W pewnym sensie, akwarele te mają silniejszą wymowę, są swobodniejsze i bardziej szczere.
   Stanisław Wiśniewski to malarz utalentowany i obiecujący. Należy przyklasnąć wysiłkom Fundacji Kościuszkowskiej, które zaowocowały umożliwieniem temu artyście i innym, jemu podobnym, zapoznanie się ze sztuką poza granicami własnego kraju i uczestnictwa w niej. Można mieć nadzieję, że gdy ci młodzi ludzie wrócą do domu, choćby samo tolerowanie ich pomysłów przez kręgi oficjalne w konsekwencji doprowadzi do ich ogólnej akceptacji. Wystawa otwarta do środy.
   
   
                                                                                                                                                     Malcolm Preston

,

   By current standards, the paintings of Stanisław Wiśniewski, now on view at the Kosciuszko Foundation (15 E. 65th St., Manhattan) may appear somewhat dated, a bit passe. But when one considers the prevailing, officially accepted style of painting in Wiśniewski's native Poland, with its heroically proportioned figures idealizing and glorifying the workers, his canvases are promising indeed. Brought to New York within the past year by the foundation, which is host to his American debut Wiśniewski is one of several artists selected "to see what Americans are doing, to talk with them, to exchange ideas."
   Although his visit was not essentially planned as a working one, all of the 30 or more canvases, water-colors and drawings in the exhibition were completed during his stay in the U.S.
   They possess a certain vitality and energy. In bold forms and strong colors, often on large surfaces, Wiśniewski organizes his abstractions. In several, including "Conflict," "Inauguration," "Inauguration V" and "Conflict II," the shapes are reminiscent of industrial forms. One feels the heaviness of steel and the movement of machinery. Perhaps these themes reflect his experiences and views, since coming to America.
   He works easily in both oil and acrylic, applying the paint with a freedom and movement not unlike the Abstract Expressionists of a decade or more ago. Yet there is discipline here, too. Powerful reds are just a posed with pure blues, but soft grays and milky whites temper their strength.
   "Inauguration III" is an explosive composition. The red, circular form near the canvas center seems to spin outward, thrusting a burst of other shapes about the painting. These are balanced and held in tension by several heavy diagonals that cut through the vortex and interrupt the motion. Blacks and browns offset the pure red and add variety to the concentric rhythms. At times there is a playful, light quality in these canvases. But on those occasions, as in "Inauguration II," he is not at his best.
   Curious about the repetition of the word (inauguration) as a title, I asked Wiśniewski its implications. He described its meaning to him as "a beginning, a ferment, the starting place." In that sense he comes even a bit closer to the Abstract Expressionists. For many of them, too, there was no preconceived theme of subject. The painting grew from their personal ferment, from their highly subjective, often unconscious, reactions to their experiences.
   In some of these paintings there are hints of Orphism and Vorticism, two early 20th Century movements that followed Cubism, Delauney, in particular, comes to mind.
   Still there is an individual character in Wiśniewski's work. Many of his things, especially his watercolors and drawings have some elements of nature or still life in them. But as he develops his forms, only an organic vestige remains. It is the essence of life, growth and change, without specifically delineated references. In some ways these watercolors are more successful, freer, less studied and more direct. Stanisław Wiśniewski is a painter of talent and promise and the Kościuszko Foundation is to be applauded for its effort in providing him, and artist like him, with the opportunity to see and take part in the art beyond the Polish borders. And as these young people return home, hopefully the mere tolerance of their developing ideas will give way to a genuine acceptance in official circles. The exhibition will continue through Wednesday.
   
   
                                                                                                                                                  Malcolm Preston


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Jej martwe natury zachwycają, ale nic dziwnego , skoro studiowała w pracowni malarstwa u prawdziwego mistrza - profesora Sławomira Karpowicza .(...)
    Hanna Kraczyńska
   ,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   (...) Płótna Anki Schumacher opowiadają o rzeczywistości tej zwyczajnej, codziennej , prostej, widzianej okiem malarza, ale też w pewnym sensie pozwalają nam „zobaczyć" samą artystkę, dyskretnie, nie nachalnie — gdzieś „miedzy pociągnięciami pędzla". Można powiedzieć, że te obrazy są o intymności, prywatności.(...) Są ciche, lecz nie bezgłośne, proste i pozbawione agresji; jest tu zgoda na upływający czas, ale i chęć uchwycenia w obrazie tego śladu, który przetrwa.(...)
    Piotr Korzeniowski,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Malarstwo Anny Schumacher, mimo że należące do sztuki figuratywnej, nie koncentruje się na wiernym odtworzeniu otaczającego świata. Artystka wykorzystuje elementy rzeczywistości, oddane nieraz z zaskakującą precyzją i bacznym zmysłem obserwacji, by skomponować z nich swój własny świat. W tym swoistego rodzaju pejzażu wewnętrznym, króluje atmosfera spokoju i ciszy, a nawet pewnej melancholii; obrazy przesycone są światłem i emanują blaskiem niezwykle starannie dobranych kolorów (...). Malarka podąża drogą mistyków codzienności, takich jak Zurbaran czy Morandi.
   
   Wojciech Jerzy Kieler,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
    Katarzyna Bielec jest studentką V-go roku studiów na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Prezentowana obecnie ekspozycja obejmuje przede wszystkim prace malarskie oraz papier ręcznie czerpany.
    Prace malarskie dzielą się na dwie grupy. Pierwszą z nich tworzą studia (akty i martwe natury), a także motywy pejzażowe realizowane na zasadzie "od obserwacji do transpozycji". Obrazy te charakteryzują się przede wszystkim wyszukanymi układami kompozycyjnymi, różnorodnością zestawień barwnych i swobodą w kształtowaniu materii malarskiej.
    Druga grupa prac to obrazy czerpiące wyraźnie z odrębnych źródeł inspiracji. Punkt wyjścia stanowią tu najczęściej autorskie fotografie. W oparciu o nie powstają kompozycje wykonywane najpierw na papierach. Jednak nie są one ścisłym powtórzeniem zdjęć... Obdarzona żywym temperamentem malarskim autorka pracuje spontanicznie, ze świadomością różnic jakie istnieją między malarstwem a fotografią.
    Intuicja artystyczna Kataryny Bielec jest nieskrępowana. Dzięki temu jej obrazy odznaczają się gęstą i bogatą materią malarską, która potęguje ekspresję płócien. Ich ekspresywna forma nie pozostaje bez związku z przekazem malarskich realizacji. Znacząca jest tu przede wszystkim wnikliwa obserwacja rzeczywistość. Uwaga nie skupia się na urokliwych motywach, przeciwnie - autorka dostrzega i ukazuje nieuchronność przemijania (dramatyczny cykl płócien przedstawiających martwe ptaki).
    Wszystkie zalety malarstwa Katarzyny Bielec ujawniają się w cyklu prac pt. "Okna". Mimo, iż nie znajdujemy w nich żadnej postaci, obrazy te mówią wiele o ludzkiej egzystencji. Każde okno jest inne, wszystkie jednak są niedostępne: zasłonięte, zabite deskami lub tekturą, zakratowane. Obecna wystawa Katarzyny Bielec pokazuje wyraźnie przebieg jej dotychczasowego rozwoju artystycznego. W moim przekonaniu tworzy również własny, interesujący trakt malarski.
    prof. Leszek Misiak
   ,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   W czasach zwątpienia Józefa Gazdę wyróżnia mocne przekonanie o niepodważalnych racjach malarstwa. Malarstwo, to nie tylko jego sposób na życie. Całe swoje życie tak zaplanował i ułożył, aby móc malować, a także malować w sposób całkowicie niezależny, co w dzisiejszych czasach, w określonych warunkach, jest przeważnie niemożliwe. Działalność artystyczną rozpoczął w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, zdobywając dwie główne nagrody w Ogólnopolskim Konkursie na Grafikę Artystyczną. Od roku 1972 datuje się dziwna absencja naszego malarza w życiu artystycznym. Pierwsza indywidualna wystawa prac malarskich Józefa Gazdy miała miejsce dopiero w roku 2004. W roku 1978 rozpoczął pracę w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Rzeszowie, gdzie był nauczycielem wiedzy o sztuce oraz rysunku i malarstwa, a także dyrektorem do spraw artystycznych. Mógł zabiegać o wybitną pozycje w życiu artystycznym. Mógł wybrać inny sposób zarobkowania niż praca artysty - pedagoga średniej szkoły plastycznej. W obu przypadkach znajdziemy tę samą przyczynę podejmowania nietypowych decyzji życiowych, a mianowicie etykę i aksjologię. Nie odczytamy sensu twórczości Józefa Gazdy jeżeli pominiemy imponderabilia, dla wielu będące tylko czynnikiem pozaartystycznym. Pozytywna hierarchia wartości oraz bezprzymiotnikowa moralność ciągle obecne są w świecie Józefa Gazdy. Stanowią glebę, z jakiej dopiero wyrasta taka estetyka, której składniki nie dają się relatywizować. Dla Józefa Gazdy twórczość artystyczna jest poznawaniem świata, a więc działaniem metodycznym, w swej istocie logocentrycznym.
   Należy do trzeciego pokolenia nowoczesnych polskich kolorystów, a także do nieformalnej grupy współczesnych kolorystów rzeszowskich. Kontynuując dokonania nowoczesnego koloryzmu koncentruje uwagę na osiągnięciach kapistów, zwłaszcza na późnej twórczości liderów XX – wiecznego koloryzmu. Wzorem innych malarzy - kolorystów odwiedza Wiśniową, gdzie kiedyś pałac Mycielskich był kwaterą Komitetu Paryskiego. Kontynuacja taka polega na świadomym, ascetycznym z pozamalarskiego punktu widzenia, powracaniu do najważniejszych, zagadnień nowoczesnego koloryzmu, będących jednocześnie najważniejszymi aksjomatami sztuki malarskiej. W obrazach Józefa Gazdy dokonuje się oryginalna, ale przede wszystkim osobista, weryfikacja malarskich dokonań poprzedników. A więc nowa interpretacja tych samych zjawisk chromatycznych oraz najważniejszych zagadnień malarstwa w ogóle. W takiej solidarnej postawie, pełnej szacunku dla innych malarzy - koneserów barwy i koloru, widać skłonność do doskonalącego uściślania rezultatów malarskich eksperymentów Boznańskiej, Cybisa, Taranczewskiego, Rudzkiej - Cybisowej, Nachta Samborskiego lub Rzepińskiego. Nie widać natomiast potrzeby dialektycznej polemiki lub odrzucenia problematyki malarskiej wielkich poprzedników. Jest to ponadczasowy dialog z dawnymi i nowoczesnymi mistrzami koloru.
   Współczesnych rzeszowskich kolorystów można nazwać „fraktalistami” i „neocezannistami”. Pierwsza etykietka odzwierciedla lęk przed depersonalizacją i malarską uniformizacją. Druga głęboką troskę o zachowanie tradycyjnej relacji między naturą, artystą oraz dziełem malarskim. W przekonaniu Józefa Gazdy obraz jest zjawiskiem psychofizycznym. Przede wszystkim wytworem pozytywnych sił niematerialnych oraz psychicznych obecnych w świecie oraz w człowieku, jakie warunkowo mogą skupić się, a następnie zmaterializować, wyłącznie w jedynej unikalnej postaci, a mianowicie w substancji obrazu sztalugowego. Malarz maluje obraz a nie rzeczy. Zachowanie klasycznej relacji między obrazem, malarzem a naturą gwarantuje obiektywizm dzieła malarskiego. Pozwala uzyskać artystyczną relację między motywem malarskim - modelem strukturalnym dzieła malarskiego - i samym dziełem malarskim – obrazem, czyli samodzielną strukturą estetyczną, w praktyce płaszczyzną pokrytą barwami w odpowiednim porządku. Neocezannizm określa nadrzędny cel malarskiej kreacji, a mianowicie syntezę wartości optycznych i wartości haptycznych na wzór mistrza z Aix - en – Provance. Cèzanne nie tworzył iluzji przestrzeni, lecz autonomiczne płaszczyzny rozstrzygnięte po malarsku, a więc budował obraz w korespondencji z naturą, ale wyłącznie jako harmonię chromatyczną.
   Warstwę malarską obrazów Józefa Gazdy tworzą różnorakie plamy barwne. Przenikające się lub nakładające na siebie, czasem surowe, ale przeważnie starannie wyszukane, transparentne względnie kryjące, połyskujące oraz matowe. Faktura zostaje podporządkowana nadrzędnym rozstrzygnięciom kolorystycznym. Zaciera krawędzie plam barwnych, zostawiając wyrazisty kontur optyczny, jaki jednak nie jest konturem przedmiotów, lecz granicą poszczególnych plam barwnych. Jest to kontur zróżnicowany chromatycznie, zanikający w tych partiach obrazu, gdzie zestawienia barwne są najbardziej zharmonizowane, właściwie pozbawione kontrastów, tak chromatycznych jak i walorowych. Stosuje barwy chromatyczne i anachromatyczne, ale zakres tych ostatnich ogranicza do szarości. Unika czerni. Biele pojawiają się na zasadzie akcentów barwnych i wtedy posiadają kwalifikację chromatyczną, stają się plamami chłodnymi lub ciepłymi. Koloryt w obrazach Józefa Gazdy jest rezultatem wykorzystywania zjawiska relatywizmu barwnego, a przede wszystkim zjawiska dopełniania barw. Wiąże się z tym dobór odpowiedniej gamy oraz tonacji barwnej. Interesująco wygląda statystyka podziału powierzchni kompozycyjnej obrazu, gdzie z reguły co najmniej dwie trzecie całej powierzchni zajmują barwy obranej tonacji, w jednych obrazach ciepłe, w innych zimne. Jest to malarska orkiestracja barw, jaka bierze się ze szczególnych zainteresowań tego artysty, a konkretnie z analizy podobieństw zachodzących między harmonią muzyczną i harmonią malarską.
   W korespondencji z Wiesławem Ochmanem, śpiewakiem operowym malującym subtelne obrazy, znajdziemy konkretne pytania sformułowane przez Józefa Gazdę, dotyczące związków między malarstwem i muzyką, na które Wiesław Ochman odpowiada, odwołując się do swej wiedzy i doświadczenia.
   Gazdę – kolorystę cechuje upodobanie do barw jasnych, ale ambiwalentnych chromatycznie oraz tworzenie specyficznych zestawień barwnych. W grupie barw zimnych bardzo często zielenie tożsame są z żółcieniami lub błękitami, a w strefie barw ciepłych czerwienie jawią się nierzadko jako oranże, brązy i fiolety. Kolorystyczną atrakcyjność takich plam barwnych uwypukla ich zderzenie z ciemniejszymi odpowiednikami oraz barwami celowo niejednoznacznymi chromatycznie, zmąconymi, czasami złamanymi.
   Gdyby było prawdą, iż malarstwo jest jedyną dziedziną sztuki, której nie zapoczątkowali starożytni Grecy, to Platon będzie i tak pierwszym w dziejach teoretykiem malarskiego koloryzmu. Mówił o pięknie idealnym. Barwy były dlań posłańcami piękna ze świata idei. Piękno idealne wywiódł racjonalnie z faktu istnienia świata nadrzędnego wobec świata rzeczy. Jednakże wizualizacja takiego piękna, to czynność wyłącznie subiektywna, zależna od wyobraźni oraz wrażliwości, a może nawet charyzmy malarza. Czy europejski koloryzm XIX i XX stulecia zdradził Platona na rzecz Arystotelesa ? Natura Stagiryty jest pięknem potencjalnym. Od malarza zależy, czy taki potencjał stanie się nowym doskonałym bytem w postaci obrazu sztalugowego. Piękno Józefa Gazdy, to piękno tożsame, choć nie identyczne, z pięknem świata idei, dające się emocjonalnie, doświadczalnie i racjonalnie wykrywać w ziemskim świecie rzeczy.
   Może ktoś uważać, że Józef Gazda odwrócił się od powszechnie skandowanych dylematów współczesności. To prawda. Jednakże dopiero z takiego punktu widzenia, właśnie z miejsca obranego przez Józefa Gazdę, nie ogląda się na co dzień rzeczy zbytecznych, powierzchownych, przypadkowych i nieistotnych, a można, przy niezbędnej odrobinie wiary w siebie, dostrzec blask uniwersalnej potęgi oraz wspaniałej przyszłości malarstwa. Uciekając się do języka parabolicznego można powiedzieć, że odwrócenie się od zachodzącego słońca umożliwi niebawem cierpliwym i wytrwałym obserwację narodzin nowego dnia, jeszcze jakiś czas przesłoniętego mrokami nocy. Czy Józef Gazda jest odosobniony w swojej cierpliwości i wytrwałości ? Gdyby tak było, nie było by nagrody im. Zbigniewa Krygowskiego, ufundowanej przez rodzinę tego artysty, ucznia Adama Hanytkiewicza i Józefa Pankiewicza, świetnego malarza kolorysty, dla kontynuatorów nowoczesnego koloryzmu, wyróżniających się pod względem artystycznym, której laureatem został Józef Gazda w roku 2005.
   Jacek Kawałek,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
    Niezwykle aktywny twórczo, w życiu plastycznym regionu i kraju artysta (110 wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą), jest laureatem znaczących nagród i wyróżnień. Kształcąc swój talent pod kierunkiem legendarnej postaci polskiego panteonu malarstwa współczesnego Wacława Taranczewskiego, szybko wypracował swój własny i niepowtarzalny styl, w którym jednakże pobrzmiewają echa nurtu postimpresjonistycznego. Imponujące są wszakże śmiałość i rozmach pędzla artysty. Wyraziste plamy barwne, składające się na kompozycję obrazów, wypełniają całe płótno. Józef Gazda niewątpliwie należy do najlepszych reprezentantów koloryzmu polskiego. Zdające się łączyć go "powinowactwo z wyboru" z grupą malarzy kapistów, bliskie jest stylistyką wybitnego Jana Cybisa, z tą jednak różnicą, że materia u Gazdy rysuje się jednak bardziej miękko i plastycznie. W technice olejnej nie stosuje zabiegów efekciarskich. Bardzo umiejętnie operuje materią malarską w stosowaniu plam barwnych, przechodząc od chłodnych do ciepłych, promieniujących magiczną aurą. Owa konsekwencja stylu stanowi wyróżnik malarstwa artysty, posiadającego ugruntowaną pozycję i poziom wśród twórców koloryzmu polskiego. Rzadko tytułuje swoje obrazy, pozostawiając je wyłącznie impresji oglądającego.
   
    Marek Skalski ,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
    Sztuka Krystyny Nowakowskiej to opowiadana na wiele różnych sposobów ta sama historia. Historia o ludzkiej kondycji, egzystencji w nieprzyjaznym świecie, o codzienności i o przemijaniu. Refleksja nad rzeczywistością pozwala jej na rozładowanie lęków i niepokojów, uspokojenie się, osiągnięcie katharsis. Bohaterowie rzeźb Nowakowskiej to zwykli ludzie, a sytuacje, w które są uwikłani często przydarzały się i nam. A jeśli nie, to byliśmy ich bezpośrednimi lub pośrednimi uczestnikami lub świadkami.
    W powstających w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych cyklach Impresje codzienności i Kolejki oglądamy nawiązujące do realiów tamtego okresu kolejne odsłony z prywatnej historii obywateli schyłkowego PRL-u i ich zmagań z upokarzającą codziennością. Bierni, zobojętniali na wszystko trwają w niekończących się kolejkach, które były wówczas wizytówką naszych miast. Kiedy indziej przedstawieni w czterech ścianach swoich mieszkań, zniechęceni trwożnie skupiają się wokół okien. W cyklu Mur, pochodzącym z tego samego czasu, artystka wyszła poza prywatny kontekst narracji nawiązując do rozruchów w byłej NRD, które zakończyły się zburzeniem muru berlińskiego w 1989 r., a w rezultacie połączenie Niemiec wschodnich z Republiką Federalną. Te symboliczne kompozycje, w których bohaterami są zwyczajni ludzie, odnoszący zwycięstwo nad upiorną materią monumentalnych bloków, ustępujących pod naporem bezbronnych ciał, są pochwałą siły tkwiącej w determinacji.
    Spektakularne zwycięstwo zbiorowości ukazane w cyklu Mur nie przesądza o silnej kondycji jednostki jako takiej w porządku bytu. Człowiek w twórczości Krystyny Nowakowskiej jest, mówiąc słowami egzystencjalistów, „delikatny" i „kruchy". Przemijalność jako generalna zasada wszelkiej egzystencji wpisana jest także w unikatowe indywidualne istnienie każdego z nas. Sprawia, że byt ludzki nacechowany jest niepokojem i trwogą. Świadomość przemijanie rzuca się cieniem na doświadczenie świata przez człowieka. Zmusza do refleksji nad sprawami ostatecznymi i nad tym co po nas pozostanie. W twórczości Krystyny Nowakowskiej często pojawiają się refleksje na ten temat. Artystka ukazuje człowieka jako istotę ulegającą degradacji szybciej niż otaczające go pospolite przedmioty. W cyklu Ślady istnień krzesła, fotele, sofy są daleko bardziej realne, niż pozostawione na nich negatywowe odciski ludzkich ciał. Wrażenie wstrząsające swą nierealnością robi także „ukrzesłowiona" para z cyklu Zatraceni, Istoty ludzkie w stanie narastającego rozkładu, który za chwile pogrąży je w niebycie. Patrząc na niepewne trwanie bohaterów rzeźb Krystyny Nowakowskiej nasuwa się nieodparcie sartrowski wniosek: „Absurdem jest żeśmy się urodzili, i absurdem, że umrzemy".
    Przemija człowiek, a wraz z nim stworzone przez niego cywilizacje. Przemija sztuka. Wprawdzie trwałość wytworów ludzkiego umysłu jest nieporównywalna z kruchością indywidualnej ludzkiej egzystencji, jednak i one ulegają nieuniknionej destrukcji. Jako relikty minionej świetności są jednak jedynymi liczącymi się świadectwami istnienia jednostek i ich twórczych możliwości.
    Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że w twórczości Krystyny Nowakowskiej jest tylko negacja i pesymizm. Pod powłoką wizji świata smutnego i pogrążonego w aurze przemijania kryje się wiara w celowość buty, w postęp, naturalne dążenie człowieka do życia w godności i poszanowaniu jego praw. Wiara w przyjaźń i miłość oraz w siłę życia i jego niepoznawalne na tym etapie stanu wiedzy bogactwo i odnawialność. Świadczą o tym pęknięte mury, zlane w androgeniczną jedność pary, czułe gesty wymieniane między sobą przez ludzi uwięzionych we wnętrzach, czy symboliczne rzeźby - Układ sil z 1989 r. i Odradzające się życie, praca zaprojektowana w 1987 r. dla Szpitala Wojskowego w Krakowie, rodzącego się i zamierającego w holistycznym ciągu.
    Począwszy od drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych Krystyna Nowakowska rzeźbi anioły. Anioły -istoty niematerialne, pośredniczące między bóstwem a ludźmi - zajmują znaczące miejsce w religiach Wschodu, m.in. w mazdaizmie, islamie, judaizmie i chrześcijaństwie. Angelologia chrześcijańska grupuje anioły w trzech hierarchiach i dziewięciu chórach. Serafini, Cherubini i Trony kontemplują wszechpotęgę Boga. Państwa, Księstwa i Zwierzchności rządzą światem doczesnym, a Mocarstwa, archaniołowie i aniołowie wypełniają polecenia jednostkowe istoty boskiej. Święty Tomasz z Akwinu nazywany Doktorem Anielskim w swojej „Summa theologia" zawarł cały obszerny wywód poświęcony naturze aniołów (...).
    Anioły Krystyny Nowakowskiej to posłańcy z innego wymiaru, którego istnienie człowiek przeczuwa. Pośrednicy „ułatwiający" kontakt z absolutem na różnych płaszczyznach i w różnych aspektach, dostosowanych do ludzkich możliwości pojmowania niepoznawalnego. To osobiści przyjaciele, doradcy i sędziowie, przemawiający przez rodzące się w ludzkich umysłach pomysły, wątpliwości lub wyrzuty sumienia. W twórczości artystki anioły sugerują ścisłe związki z człowiekiem poprzez epifanię w formach sugerujących związki z ludzką sylwetką, szczególnie z sylwetką kobiecą. Są to anioły dobroci i czułości otulające skrzydłami. Także anioły dobrego początku, harmonii, ale i anioły smutku i rozpaczy o konwulsyjnie zwiniętych skrzydłach. Są aniołowie posłańcy, przynoszący dobre i złe wiadomości, ewokujący różne nastroje. To królestwo aniołów staje się niemal realne przez swoją mnogość i oddanie dla człowieka, którego stany personalizuje i którego życzenia spełnia. Dodać tu trzeba, że anioły Krystyny Nowakowskie} uosabiają me tylko potrzeby i przeczucia ludzi. One symbolizują także fenomeny natury i zjawiska dziejące się w świecie. Artystka powołała bowiem do życia anioły wiatru, ziemi, powietrza i burzy -istoty wyrażające metafizyczny aspekt materialnej rzeczywistości i jego fenomenów. Mamy tu zatem bez wątpienia do czynienia z indywidualną „teologią anielską" artystki. Przepojoną ciepłem, niosącą ukojenie i życzliwość. Smutny świat zaludniły przyjazne mu i bliskie byty - anioły. Wzięły nawet pod swoją opiekę rumowiska World Trade Center na Manhattanie, by wskazać duszom zabitych inny wymiar.
    Jak widać pod względem tematycznym twórczość Krystyny Nowakowskiej jest wielowątkowa, choć zasadniczo koncentruje się wokół codziennej ludzkiej egzystencji oraz potrzeb emocjonalnych i duchowych człowieka. Pod względem formalnym, podobnie jak sztuka większości współczesnych artystów, jest eklektyczna. Krystyna Nowakowska bez trudu przemieszcza się od zwartych brył do otwartych form penetrujących głęboko przestrzeń. Penetracja przestrzeni pozwala jej na rozbicie rzeźb i uaktywnienie wydrążonych lub otwartych przestrzeni negatywowych. Artystka lubi strzępić powierzchnie swoich prac, uzyskując ciekawe efekty dematerializacji nawet dość zwartych form. Efekt dematerializacji osiąga również poprzez nakładanie na siebie poszczególnych planów i warstw. Tworzy zarówno rzeźby tektoniczne, wyważona jak i lotne i dynamiczne. Cykl Anioły stanowi najlepsze świadectwo tego drugiego sposobu kształtowania formy przez artystkę. Czasem wprowadza otwartą rozległą przestrzeń do dzieła rzeźbiarskiego uzyskując efekt „sceny teatralnej". Ma tendencje do zbytniej fabularyzacji przedstawień, jednak jeśli uzna za stosowne potrafi stworzyć oszczędną ascetyczną formę, sprowadzoną do czystego klarownego znaku.
    Mobilność stylistyczna Krystyny Nowakowskiej jest typowa dla czasów, w których żyjemy, dla epoki postmodernizmu. Artyści hołdując naturalnej niechęci do zamkniętych systemów i zasad z dużą dowolnością wykorzystują stylistyki powstałe w obrębie sztuki ubiegłego wieku. Podobnie Krystyna Nowakowska. Artystka korzysta z doświadczeń impresjonizmu dużą wagę przywiązując do faktury i światłocieniowości powierzchni oraz neoekspresjonizmu - dynamizując i aktywizując bryły kosztem ich tektoniki, dramatycznie rozbijając i mieszając plany. Do sztuki materii odwołuje się poprzez naśladowanie rozkładających się substancji organicznych i specyficzne imitacje kolaży. Wymienione środki służą artystce do stworzenia niezwykle ekspresyjnych, dramatycznych, a czasem lirycznych przedstawień. Heterogeniczna tkanka formalna, wsparta siłą naturalnej ekspresji powstałej w wyniku artystycznej indywidualnej kreacji i głębokiego przeżycia, zyskuje charakterystyczny subiektywny walor. W rezultacie rzeźby Krystyny Nowakowskiej stają się łatwo rozpoznawalne pośród prac innych artystów.
   
    Maria Zientara
   
   
   ,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
    Krystyna Nowakowska jest filigranową damą o mocnym charakterze i takie są również jej rzeźby: delikatne z pozoru i uduchowione, lecz w istocie silnie skonstruowane i nieodparcie logiczne w swym pozornym rozwichrzeniu. „Jakie to kobiece! za-chwyciła się pewna pani przed jej dziełami" - pisze krytyk, którego cenię za wrażliwość i celność sądów, Jolanta Antecka we wstępie do katalogu artystki, a potem rozprawia się z pojęciem rzeźby, lub, szerzej - sztuki „kobiecej". I ma rację, bo, istotnie, sztukę dzieli się na dobrą i złą, zaś wszystkie inne podziały bywają trudne do obronienia. Jeśli jednak istnieje w sztuce Krystyny Nowakowskiej coś kobiecego - to jest nim subtelność traktowania motywu, pewien, niedostępny mężczyźnie, lub też osiągany z widocznym mozołem wdzięk, ów nieuchwytny i niemożliwy do zdefiniowania charme zwany po polsku czarem, urokiem, lub - niepięknie może, lecz trafnie - wabikiem, który przyciąga widzów i zjednuje sympatię. Dla dzieł i ich autora, która jest w sztuce równie cenna jak podziw, a może cenniejsza nawet.
    Sztuka kobieca jako taka zatem nie istnieje. Lecz w wokabularzu krytyki i Słowniku Terminologicznym Sztuk Pięknych jedynie, gdyż psychologowie coraz głośniej mówią o „płci mózgu", a teoretycy sztuki coraz chętniej słuchają ich argumentów, gdyż rozwój sztuki ostatnich lat stu zwłaszcza, w których panie zajęły się profesjonalnie twórczością, ich do tego upoważnia.
    Mężczyźni bowiem, będący wg feministek nieudanymi, lub też niedokończonymi przez okrutną naturę kobietami - uciekają chętnie w świat abstraktów, czystych pojęć i myślowych spekulacji; kobiety, przeciwnie, śmiało patrzą rzeczywistości w oczy i nigdy nie tracą bliskiego bądź też bezpośredniego nawet z nią kontaktu. Nawet wówczas, gdy posługują się metaforą.
    Wszystkie pozostałe wysuwane przez fin de sieciowych zwłaszcza mizoginów argumenty z przyrodzonymi jakoby kobiecie skłonnościami do ornamentu i bezcelowego szastania formą nie wytrzymały próby czasu i jego krytycznej selekcji.
    Krystyna Nowakowska jest widomym i przekonywującym zaprzeczeniem tych, rzekomych cech sztuki zwanej „kobiecą", z tej chociażby racji, że również jej rzeźby wyrastają bezpośrednio ze sztuki antyku i mają swe korzenie w Egipcie, Grecji (przy czym nie od rzeczy będzie przypomnieć, że surowy a nawet toporny nieco porządek dorycki zwano do niedawna „męskim" dla odróżnienia jego wyrazu od wyrafinowanego, więc „kobiecego" jakoby porządku korynckiego) i Rzymie, w opracowanych przez nich regułach kanonu czyli miary oraz idealnych proporcjach ludzkiego ciała, w których niewoli pozostajemy już od lat paru tysięcy. Tych samych, z których ducha zrodziło się bon mot, a może nawet dewiza Mistrza Dunikowskiego - „Sztuka zrobiona na uczucie może olśnić; sztuka zrobiona na rozum - trwa".
    Mistrzowi na przekór Nowakowska tworzy na uczucie i na rozum. Nie aby epatować gwałtownością przeżycia i głębią logicznych spekulacji, lecz z wewnętrznej potrzeby, widząc w równowadze, bądź też harmonijnym współbrzmieniu obu tych przymiotów ludzkiej natury najgłębszy sens artystycznej wypowiedzi. Czyli to, do czego dąży i co już osiąga, jeśli spełnienie marzeń jest u prawdziwego artysty w ogóle możliwe.
    Więc znów starożytna zasada temperantio, umiaru i aurea medium, złotego środka dążąca do zachowania równowagi między organicznie ze sobą związanymi elementami dzieła.
    Takie też są wczesne rzeźby artystki (z połowy lat osiemdziesiątych zaledwie, gdyż nie zdążyła jeszcze dorobić się imponującego długością curriculum vitae). Pod nowoczesną formą jej wczesnych prac w rodzaju Kolejka trwa (1985 r.), pod aktualną tematyką obalenia żelaznej kurtyny w cyklu Mur berliński (1989 r.) bije serce starożytności. W równym rytmie stojących szeregiem przysadzistych postaci, w kolumnadzie brandenburskiej bramy, w wąskim jeszcze prześwicie poziomego prostokąta martwego muru, w którym stoi samotna postać, w symetrii ażurów Samotności, przejmującej kompozycji złożonej ze ściany, w której jakaś potężna siła odcisnęła negatyw bezlistnego drzewa, zabitego deskami okna i postaci odchodzącego człowieka w nasuniętym na oczy kapeluszu.
    Zarówno w cyklu Mur berliński, jak Samotności za¬rysowała się jedna jeszcze, nader istotna cecha sztuki Krystyny Nowakowskiej - a mianowicie naturalne i samoistne jakby odmaterializowanie formy jakie daje po¬wolne wietrzenie skały bądź korozja metalu, jako znak nieuchronnie mijającego czasu. Proces ów będzie narastał i przybierał na sile
    Erozja będzie postępować i drążyć masyw rzeźby. Wytrwale i konsekwentnie aż do chwili, gdy zmieni się ona w zarys pierwotnej bryły jedynie, w będący jej istotą kościec jakby. Niebawem przemiany pójdą jeszcze dalej - artystka zacznie konstruować swe dzieła z falujących i powyginanych taśm metalu, budować je z linii i płaszczyzn, pomiędzy którymi otwierają się głębokie prześwity. Zabieg ów - poza jakże współczesnym traktowaniem przestrzeni wewnętrznej rzeźby, podkreśla - poprzez odsłonięcie i ujawnienie struktury - siłę i klarowność decyzji rzeźbiarskich. A ponadto odbiera masywnemu brązowi przyrodzony mu ciężar, sprawia, że metal staje się materiałem lotnym.
    Stopniowo przemiany sztuki Krystyny Nowakowskiej sięgną samych podwalin sztuki trójwymiarowej. Odrzuca hegemonię właściwej rzeźbie klasycznej równowagi pionów i poziomów z zaznaczeniem łączącego je kąta prostego oraz ich spokojną statykę tym samym. W ich miejsce wprowadza dynamiczne skosy i lotność kształtu tak właśnie, jakby również jej wyobraźnia przekroczyła granice dzielące rzeźbę helleńską od hellenistycznej. Obecny od początku w jej sztuce dramatyzm i skłonności do niego nabrzmiewa, lecz zmienia się jego zabarwienie: coraz częściej pojawia się pozytywna, ciepła emocja. Droga do wielkiego cyklu Aniołów stanęła otworem.
    Skąd jednak ów, wdzięczny, acz ezoteryczny motyw zjawił się w sztuce tak silnie z rzeczywistością związanej artystki? Czy uległa presji lat, zafascynowanych - po raz pierwszy od czasów św. Tomasza z Akwinu zwanego wszak „Doktorem Anielskim" - tak mocno owymi istotami czy też bytami raczej o wszelkich cechach czystego, bezcielesnego pojęcia? Wszak Grecy określali Anioły mianem pneuma, tchnienia, któremu nasze skłonności do przedmiotowego myślenia nadały konkretny kształt, a właściwie wcieliły w postać skrzydlatego Geniusza, gdyż skrzydła, bądź szerzej - pióra, są symbolem lekkości, lotu, a nawet wolności. W tym również myśli.
    Otóż niematerialny i choćby tylko przez to tajemny i dostępny jedynie wtajemniczonym motyw anioła ma również konkretną genezę: przed niezbyt wielu laty artystka wykonała cykl Impresji antycznych. Jedną z rzeźbionych postaci ofiarowała pewnej znajomej, która spontanicznie nazwała ją Aniołem. I tak to się zaczęło, od szczęśliwego mariażu konkretu ze skojarzeniem.
    Krystyna Nowakowska zaczęła rzeźbić Anioły, a ponieważ wszystko co czyni, czyni rozważnie w myśl starożytnej dewizy quidquid agis prudenter agas et respice finem - cokolwiek czynisz czyń rozważnie i spoglądaj końca - również w tym wypadku podeszła do tematu z całą powagą. Zaczęła studiować angelologiczną literaturę, rozważyła wszystkie płynące z niej nauki oraz możliwości i przyjęła właściwy sobie sposób postępowania, w którym łączy dobrą tradycję z nowoczesnym traktowaniem formy i własnymi przekonaniami w rzędzie pierwszym.
    Choć zatem Anioł jest bytem niematerialnym i pozbawionym kształtu, zaczem daje nieograniczone możliwości interpretacji - nadała mu, zgodnie z naszą tradycją, ludzką formę, bowiem najchętniej porozumiewamy się za pośrednictwem tego, najbliższego nam i najbardziej zrozumiałego medium. Jej Anioł jest kobietą, bądź ściślej - jest aniołem kobiecym, choć zarówno biblia, jak ikonografia schyłku starożytności i całego średniowiecza przekazała nam obraz męskiego, często bezskrzydłego anioła, boć przecie tylko tacy mogli spodobać się mieszkańcom Sodomy, do której Bóg ich wysłał z misją uprzedzenia Lota o rychłej zagładzie miasta; tylko bezskrzydli aniołowie musieli też korzystać z drabiny w śnie Jakuba i walczyć z nim przez noc całą. Wzorzec ten przełamał dopiero w XV. stuleciu Giovanni di San Govanni, czym wywołał zachwyt, choć również niemały skandal i sprzeciwy ortodoksów, widzących w ponętnie zaokrąglonym Aniele zgorszenie i obrazę Boską. Od jego czasów jednak płeć Anioła zależała wyłącznie od artysty i jego mecenasa, podobnie, jak skrzydła, które skądinąd nigdy nie były niezbędnym atrybutem boskich posłańców, gdyż właśnie to znaczy słowo angelos.
    Mają postać kobiecą natomiast, bo anioły kojarzą się artystce z matką, z jej opiekuńczością, z dzieciństwem zatem, z wszystkim co dobre i najlepsze, choć bywają wszak również anioły zwiastujące gniew boży i wykonujące na kształt oprawców jego surowe wyroki. Jacy są jednak Aniołowie i ilu ich jest we wszystkich chórach niebiańskich?
    Czternastowieczni kabaliści ustalili z właściwą sobie skrupulatnością liczbę aniołów na 301 655 722. Ich następcy poszerzyli jednak tę rzeszę niepomiernie, dochodząc do wniosku, że nie tylko każdy człowiek, lecz również każda żywa istota a nawet każda rzecz ma swego niebiańskiego opiekuna, co dało artystce wprost nieogarnione możliwości interpretacji i takąż skalę uczuć i form. Stąd bierze początek Anioł wież WTC, których dymiące zgliszcza widziała na własne oczy, podobnie jak Anioł po¬kory, Ziemi i Wiatru. Właśnie - wiatru, bo wyobraźnia artystki przekroczyła również niemożliwe, jak się zrazu wydawało, do przekroczenia granice motywu i zaczęła dążyć do wyrażenia czystego, wolnego od wszelkich skojarzeń ruchu, do swobodnego baletu form, będących marzeniem każdego rasowego rzeźbiarza.
   
    Jerzy Madeyski
   
   ,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
    Autoportrety należy brać poważnie. Nawet wówczas, gdy wychodzą spod ręki artystki nazbyt pewnej swej urody, gdyż w każdym z nich odbija się starogrecka dewiza gnothi seauton, poznaj siebie samego. Nie lękaj się dokonać bolesnej nawet autowiwisekcji, bo właśnie w niej leży klucz twych stosunków ze światem. I samym sobą zarazem.
    Autoportret Jerzego Nowakowskiego z 1986 roku przedstawia szczupły tors w nienagannie skrojonej marynarce o modnych podówczas klapach i równie modnej koszuli, z ponad których unosi się skłębiona na kształt płaszcza Wielkiego Mistrza mózgopodobna magma ściśnięta poziomą belką. Może krzyża, którego kształt kompozycja przyjęła?
   Odwieczna dwoistość dychotomicznie zbudowanego świata, czy marzenie o wolności myśli, dysonans pomiędzy prawdą a pozorem rzeczy, bunt przeciw układnej uniformizacji, której symbolem stał się grzeczny mundurek nie wadzącego nikomu obywatela PRL albo całego cywilizowanego świata nawet, sytuacja w sztuce w końcu, przeżywającej kolejny okres burzy i naporu?
    Wszystko razem i każde oddzielnie zapewne. W pierwszym jednak i najważniejszym aspekcie świadomość własnej kondycji, jasne określenie swojego TU i TERAZ. Chłodna, badawcza analiza zatem i jej emocjonalna synteza, która wszak na zestawieniu kontrastów się wspiera i w nich najpełniej wyraża. A ponadto zderzenie tego, co wymierne, co materialne i możliwe do zamknięcia w określonej i rygorystycznej formie rzeźbiarskiej, co poddaje się opisowi kształtów i słów z tym, co niepodległe i niemożliwe do okiełzania. Fantazją? Bogactwem skojarzeń? Narastającym buntem? Z potęgą sił zdolnych się wyzwolić i rozsadzić układne normy? A może to wszystko i zwyczajny Weltschmertz schyłkowej epoki na dodatek, w której nam przyszło żyć?
    Motyw Autoportretu, jego idea zatem, pojawiła się trzynaście lat wcześniej, bo już w 1975 roku, pod tytułem Portret wieku XX; wtedy męski tors niósł na ramionach podłużny sześcian betonowego bloku z potężnym kluczem we wnętrzu, który ktoś starał się bezskutecznie wyrwać albo też raczej wykuć ciosami oskarda po to, by nim otworzyć... Lecz co? Wszak w tamtych latach wiele drzwi było zamkniętych na głucho z wrotami swobody na miejscu pierwszym? To zresztą nieważne. Natomiast ważnym jest, że cechą artysty jest uporczywe drążenie tematu, nieustanne nawroty do podjętego kiedyś problemu treściowego i formalnego, jeśli te dwie wartości można w ogóle w sztuce Nowakowskiego rozdzielić. Albo też nieco inaczej jeszcze -w jego twórczości nic nie jest definitywnie zamknięte, skończone i odłożone do lamusa rzeczy i problemów minionych. Sztuka Nowakowskiego nieustannie ewoluuje; tak było, jest i będzie zapewne zawsze. Jak jednak i od czego owa permanentna ewolucja się zaczęła?
    Od sztuki akademickiej rzecz jasna, lecz połączonej z prawdziwą fascynacją nieprześcignioną do dziś rzeźbą Egiptu i Grecji klasycznej, potęgą i hieratyzmem ci꿬kich monumentów epoki faraonów zarówno, jak skromnych pisarzy i pięknych kobiet, oraz „Doryforosa", „Niosącego włócznię", Polikleta, w którym zilustrował on zasady swego kanonu. To dobrze, gdyż nieco tylko parafrazując słowa Piłsudskiego „kto za młodu nie był socjalistą ten na starość zostanie świnią" można powiedzieć - kto z pośród młodych rzeźbiarzy lekceważył Grecję i Rzym - ten na starość przestanie w ogóle być rzeźbiarzem, bo jego tworom zabraknie kręgosłupa, zaczem wszystko rozsypie się w bezładzie chaosu, z którym poszukująca ładu i piękna kosmosu filozofia grecka wraz ze swą widzialną formą spokojnie, acz uparcie walczyły.
    Na razie jednak Nowakowski ruszył ostro do przodu. Tym ostrzej, że czasy były sposobne po temu, a na¬wet domagały się zajęcia zdecydowanego stanowiska.
    W latach młodości artysty walka z socrealizmem była już zakończona. Nowoczesność triumfowała w całej rozciągłości, a nowoczesny znaczyło podówczas -abstrakcyjny, bądź choćby tylko bezprzedmiotowy.
    Abstrakcja potrafi jednak wyrażać jedynie najbardziej ogólne pojęcia i takież emocje. Konkretyzacja, wszelka precyzja przesłania są jej niedostępne, a tego właśnie domagał się duch czasu i jego vox populi z artystami w rzędzie pierwszym, gdyż to im przecież historia wyznaczyła w naszym kraju rolę Wieszczów Narodu i jego Duchowych Przywódców we wszystkich kolejnych zaborach.
    Spontanicznie rodzi się sztuka publicystyczna. A właściwie po raz kolejny odradza, jako że ostatnią jej wielką manifestacją był Arsenał 1955 roku, zwany niekiedy „Wielkim" dla odróżnienia od drugiego Arsenału 88. Z Zachodu pomocną dłoń wyciągnęła Nowa figuracja, oraz zupełnie już zapomniane hasło „integracji sztuki", postulujące zacieranie granic pomiędzy dyscyplinami. Czystość kierunku, jego rygory i ograniczenia zostały rozluźnione, bądź też w ogóle przestały istnieć. Forma, materiał, faktura, ciążenie, logika wektorów działających w rzeźbie sił oraz ich równowaga - zakwestionowane. Rzeźba staje się w coraz większym stopniu architekturą z właściwym tej dyscyplinie konstrukcyjnym myśleniem i praktycznym traktowaniem przestrzeni.
    W pierwszym rzędzie Nowakowski uderza w ciężar, w prawo Newtona o powszechnym ciążeniu nawet. W legnickich Zakładach przemysłowych LEGMET projektuje monumentalną rzeźbę plenerową dla tamtejszego parku - dwie półkule, bądź też, naukowej terminologii używając - hemisfery nieznanego globu łączące się, bądź też przeciwnie - rozrywane w ostrych promieniach kosmicznego wybuchu. Nad ziemią, w jakiejś nieokreślonej przestrzeni, gdyż cokół został zredukowany do dwu niewidocznych niemal podpór.
    Nowakowski odebrał swej kompozycji jakże właściwy klasyce aspekt obojętnego, ponadczasowego trwania w wyizolowanej z życia sferze niezmiennej doskonałości. Wprowadził nastrój tymczasowości wraz z jego poczuciem zagrożenia i wizji czekającej świat katastrofy.
    Nasze, lokalne zagrożenia i nasze, narastające poczucie tymczasowości były jednak bliższe i bardziej dotkliwe od widma wiszącej nad światem groźby totalnego zniszczenia. I domagały się komentarza. Znalazły go w publicystyce: „pociąga mnie aktualność, wyrażanie bezpośredniego stosunku do rzeczywistości, doraźne, odmienne od tradycyjnych relacje tematyczne i formalne. Moja rzeźba, to dokument czasu, faktów, opinii. Istotą moich prac jest nawiązywanie do społecznych problemów współczesności, dyskusji wobec kształtu i treści przedstawianego zjawiska, podnoszenie do rangi symbolu przedmiotów należących do rzeczywistości..." („Echo Krakowa" 1985 r.) .Zatem reportaż, napisany językiem trójwymiarowej sztuki, więc „przestrzeń społeczna" i poruszający się w niej pojedynczy człowiek.
    Przestrzeń zgrzebna i szorstka jak nieheblowane drewno aranżacji w zderzeniu z potrzebami jednostki i jej aspiracjami - prymitywna, wąska jak listwa półka, na której stoją książki o sztuce i jej filozofii - Przeżycie i wartość, Myśli o sztuce, oraz, uwaga, Michałowskiego Jak Grecy tworzyli sztukę tuż obok Sculpture contemporaine oraz innych woluminów tej treści. Uboga baza i bogata nadbudowa, która miała być ponoć jej funkcją i wykwitem.
    W tym samym czasie powstaje Pomnik pokoleń, zwykły, drewniany wieszak z półką na kapelusze u góry, na której stoją w równym szeregu gipsowe „łebki" jakimi socjalizm czcił swych bohaterów - kobieta, mężczyzna i dziecko. Oficjalni, a nawet odświętni w swym pomnikowym spokoju. Pod nimi ich stroje - szare, codzienne, liche, bo szata nie tylko zdobi człowieka, lecz również go określa.
    Pomnik przyniósł Nowakowskiemu Grand Prix prestiżowej „Rzeźby roku", wystawy, w której młodzi tworzyli nową, buntowniczą wobec kanonu Dunikowskiego zwłaszcza sztukę prawdziwie trójwymiarową, (gdyż poruszającą problemy przestrzeni wewnętrznej rzeźby i jej zdolności wciągania przestrzeni zewnętrznej w swoja orbitę), który, jak mawialiśmy „zadunikowszczył" polską rzeźbę na długie lata.
    Równolegle artysta prowadzi drugi wątek, jakim jest zderzenie ucieleśnionego w geometrii ideału doskonałości bądź też marzenia o jego osiągnięciu -z realną rzeczywistością i takimiż możliwościami. Najbardziej okazałą z rzeźb tego cyklu jest pomnikowa w swym monumentalizmie forma doskonałego okręgu z trzewiami wylewającymi się z jego, rozdartego gwałtownym cięciem wnętrza (Rzeźba plenerowa w Tychach 1977 r.).
    Stan wojenny budzi nowe refleksje: w wyciętej w drewnie na kształt tarczy strzelniczej sylwetce człowieka jawią się stopy ukrzyżowanego Chrystusa, zaś w kompozycji Stoczniowcy tłem dla spiżowych twarzy jest płyta styropianu z napisem „Champion" - mistrz, lecz również zwycięzca. Szlachetny materiał sąsiaduje z tandetnym. Na równych prawach, lecz już niebawem go zwycięży. Jako wyraz powracającej wiary w trwałą i niezmienną wartość sztuki, w której piękno gra rolę nadrzędną i obiektu estetycznego ponad przesłanie, a przemyślanej formy nad konceptualne skojarzenie.
    Brąz zwyciężył? Raczej odniósł totalny triumf. Nawet zwykłe przedmioty zostaną w nim odlane podobnie, jak deski publicystycznych aranżacji oraz inne fragmenty naszego, szarego bytowania, gdyż brąz nobilituje, przenosi codzienność w sferę sacrum, w lepszy, bo trwały i urodziwy świat, w którym jest również nasze miejsce. Tę fazę twórczości artysty można nazwać utrwalaniem śladów istnień. Dominuje w niej rzeźbiarska materia i związana z nią organicznie wytworność dzieła a nawet jego nieskrywana elegancja. Lecz kompozycje Nowakowskiego nie przestają mówić; zmienia się tylko sposób artykułowania głosu, zaś mają rację Francuzi, z którymi n.b. Nowakowski spotyka się z okazji plenerów w ich kraju – c`est le ton qui fait la chancon.
    Trzecia faza, lata dziewięćdziesiąte, jest dalekim od dotychczasowego, żarliwego esktrawertyzmu czasem introspekcji. Nowakowski rzeźbi refleksyjne, znów na antyczną modlę zwarte Torsy bezgłowych, niekiedy okrutnie okaleczonych ludzi i cykl Introwersji, w którym wraca, acz na innym poziomie, do legnickiej rzeźby plenerowej sprzed dwudziestu już lat i późniejszej o lat kilka plenerowej kompozycji z Tych. Tyle, że w Legnicy sięgnął po inspiracje w bezmiar wszechświata; tu samowystarczalnym kosmosem staje się on sam i jego zaduma nad sobą. Zatem pozór, znana wszystkim strona zewnętrzna jego osoby i wypełniająca ją osobowość. Znów łączy materiały, acz w diametralnie różnych intencjach: kiedyś miały one aktualną, więc dramatyczną i symboliczną zarazem wymowę. Połączenie brązu o rozmaitej, lecz zawsze pieczołowicie dobranej barwie i fakturze z marmurem świadczy o definitywnym nawrocie wiary w ponadczasową trwałość sztuki i uniwersalizm jej przesłania. Grecja i Egipt zwyciężyły. Nowakowski już nie konstruuje swych dzieł. On je rzeźbi tak, jak to czynili jego wielcy poprzednicy. Inna jest forma. I tylko ona.
    Przyczyny tego stanu rzeczy są zapewne bardziej złożone. Cóż, w miarę upływu lat rozszerzają się horyzonty myślenia, a zgiełk codzienności i jej kalejdoskopowo zmienne obrazy przestają zasłaniać dalekie perspektywy, zza których stopniowo ukazują się rzeczy ważne, bo ostateczne. Jednym z milowych słupów na tej drodze był zapewne wielokrotny udział w Międzynarodowym Biennale rzeźby ku czci Dantego w Rawennie (w którym otrzymał Złoty Medal w 1981 roku) i - toutes proportions gardees - dorocznej wystawie „Zycie" w krakowskim szpitalu wojskowym. Tam -konfrontacja z Włochami, mistrzami elegancji i umiejętności wykorzystania szlachetnej formy i takiegoż materiału oraz wciąż i niezmiennie aktualnymi strofami Dantego - tu konieczność dotarcia do istoty podstawowych pojęć, oczyszczenia ich z gąszczu nasuwających się skojarzeń i wyświechtanych schematów ikonograficznych.
    Ponadto Nowakowski jest zgoła nietuzinkowym malarzem, natomiast malarstwo - to światło i kolor, to lśnienie polerowanego brązu skontrastowane z mrokiem jego matowych partii i barwa materiału. Nie koniec na tym - Nowakowski jest również jednym z Wielkich Mistrzów medalu. Naszego, lanego, więc miękkiego, romantycznego i malarskiego właśnie medalu, w którym piękno formy walczy o lepsze z celnością lapidarnego skrótu myślowego, z oczywistą jak jajko Kolumba metaforą, na którą nikt jednak wcześniej wpaść nie był w stanie, choć była tuż, na wyciągniecie ręki czy też w zasięgu myśli raczej. Dopiero suma tych talentów, umiejętności i etapów daje w wyniku obecne rzeźby.
    Czy pozostanie im wierny? Być może, choć równie prawdopodobnym jest, że znów rozejrzy się wokół, wyjdzie z wieży z kości słoniowej albo też innego, równie szlachetnego materiału i znów zacznie komentować nas i naszą rzeczywistość. A my znów dostrzeżemy w jego dziełach siebie. I nie będzie to zapewne nazbyt dla nas miły widok.
   
    Jerzy Madeyski
   ,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
    Przez wiele lat z zainteresowaniem i uwagą obserwuję Jerzego Nowakowskiego, poszukującego własnego języka wypowiedzi artystycznej i interpretacji wizji współczesnego świata. Jest to bowiem czas, w którym sztuka ulegała głębokim przeobrażeniom. Nawarstwiały się różne tendencje, prądy i teorie wywołujące wiele znaków zapytania. Z różnym nasileniem okres ten wypełniany był ważnymi wydarzeniami artystycznymi, kontrowersyjnymi manifestami i dyskusjami o istocie rzeźby i jej roli wobec współczesności.
    Dotychczasowe kryteria stawały się niewystarczające. Przesyt konwencjonalizmem powoduje stagnację. Kończyła się epoka gipsowych głów, popiersi, aktów itp. Młode pokolenie ani nie chciało ani nie mogło powielać dotychczasowego rozumienia wartości artystycznych i zasad estetycznych.
    Rodzi się ferment, w różny sposób manifestowany, głównie jednak innymi środkami wyrazu, łączeniem różnych mediów, wywołujący sprzeczne reakcje, jak to zresztą zawsze ma miejsce, gdy zderzają się skrajności.
    Przez cały ten czas Jerzy Nowakowski był i pozostał aktywnym uczestnikiem w tworzeniu nowego oblicza rzeźby krakowskiej. Przede wszystkim często prezentuje swój dorobek na wystawach, w tym na kilku wystawach indywidualnych, ale również na szeregu wystawach międzynarodowych. Równocześnie nie stroni od czynnego udziału w organizacji życia kulturalnego środowiska. Dzięki takiej postawie jest w centrum wszystkich wydarzeń, które mobilizowały nie tylko środowisko artystyczne, lecz również wciągało w orbitę zainteresowań mieszkańców miasta, dla których sztuka współczesna, choć kontrowersyjna, zawsze budzi szczególne zainteresowanie.
    Umieszczanie twórczości J. Nowakowskiego na tle zdarzeń z ubiegłych dwóch dekad, sądzę przybliży i ułatwi odczytanie intencji zawartej w tej twórczości, szczególnie, iż jest ona wyraźnie zróżnicowana, obejmuje spory obszar problemów i rodziła się pewnymi cyklami, które wyrażały zróżnicowany stan ducha, określoną wizję, czy też zafascynowanie godnym uwagi zjawiskiem. Znaczącym czynnikiem w tej twórczości jest duża ruchliwość autora w poszukiwaniu wrażeń, przeżyć intelektualnych, związanych z podróżami zagranicznymi, z uczestnictwem w plenerach międzynarodowych i sympozjach (Francja, Włochy, Niemcy, Węgry itp.).
    Tylko osobowość chłonna i wrażliwa jest w stanie wchłonąć z pożytkiem napór wielorakich przeżyć i uczynić z nich tworzywo do kształtowania wizji rzeźbiarskich. W takim kontekście i w duchu idei jaka przenika twórczość J. Nowakowskiego upatruję, iż w bardzo wielu przypadkach jest rekcją złożoną, wielowarstwową, będącą sygnałem artysty wobec człowieka, wypowiedzianą specyficznym obrazem, zakodowanym własnym szyfrem. Często jest to jednak obraz, który nie ułatwia rozpoznania otaczającego nas świata a służy tylko do jego wzbogacania, jest dodaniem jeszcze jednego znaku do wielu już istniejących. Bo też szereg prac nie pretenduje do dzieła finezyjnie zamkniętego a pozostawione na etapie wydawania sygnałów wystarczająco spełnia swoją funkcję informacyjną.
    Pomimo wszystko cała twórczość oparta jest na tzw. estetyce historycznej i nie ulega wątpliwości, że ]. Nowakowski jest rzeźbiarzem bryły, o dużej potrzebie eksperymentowania. Dla przykładu może tu posłużyć cykl torsów wykonanych z surowych desek, oszczędnych, pozbawionych wszelkich detali, jakby symboli wrażeń emanujących z postaci ludzkiej.
    Całkiem inny świat prezentują rzeźby z cyklu kulistych, rozbudowanych przestrzennie, wciągają do swojego wnętrza, przypominając atmosferę kosmicznych zdarzeń, agresywne i surowe w wyrazie, tak jak wszystkie zjawiska kosmiczne.
    Inny wyraz od poprzednich zawarty jest w rzeźbach plenerowych, zrealizowanych w kamieniu, jako ważnych elementów składowych w układzie urbanistyczno-architektonicznym. Choć robią wrażenie spokojnych, to ich aktywność w stosunku do pejzażu i architektury jest przykładem dobrego wyczucia skali i emanacji ideowej zawartej w poszczególnych kompozycjach.
    Najbardziej wymowne kompozycje spośród dotychczas powstałych to cykl prac o rodowodzie pomników: Pomnik pokoleń, Pomnik historii, Pomnik na wzgórzu. Ich niekonwencjonalna forma wzbudza żywe zainteresowanie swoją prostotą i tym iż wykorzystane tu zostały elementy gotowe, znane, wręcz pospolite, spotykane na codzień, lecz dopiero określony kontakt i przypisanie im innej roli wyniosło je ponad przeciętność.
    Cały cykl wyżej wymienionych prac spotkał się z wysokim uznaniem, w tym też i przyznaną nagrodą (Pomnik pokoleń w 1978 r., Grand Prix na Wystawie Rzeźba Roku Polski Południowej w Krakowie).
    Choć ogólnie twórczość J. Nowakowskiego układa się w pewne cykle, jak to wyżej zarysowałem, to zainteresowanie małą formą rzeźbiarską przebiega nieprzerwanie przez wszystkie lata. Ten gatunek rzeźby jest chyba najbliższy twórcy i w nim też można obserwować ewolucję poszukiwań ekspresji, precyzowania formy i wykorzystywania możliwości technologicznych materiału. Szczególnie zaś wyróżnia się tu medal. Zapotrzebowanie na tego rodzaju formę, służącą często jako dokument utrwalający w formie artystycznej ważne wydarzenia, cieszy się powszechnym zainteresowaniem a z uwagi na wymiary podlega innym prawom, choćby z powodu na dogodne możliwości prezentacji lub kolekcjonerstwa.
   
    Stefan Borzęcki Kraków 1993
   
   ,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
    Znaczna część krytyków i recenzentów twórczości Jerzego Nowakowskiego umieszcza ją w tak zwanym nurcie „prospołecznym", sztuki żywo reagującej na otaczającą nas rzeczywistość, obecnej, zaangażowanej, aktualnej i nieco nawet publicystycznej.
    Sądzę, że obserwacja ta generalnie jest trafna, lecz wymaga uzupełnienia opisem najistotniejszych wątków bogatej i wielostronnej twórczości artysty. Istotny wpływ na osobowość twórczą Nowakowskiego miały zdarzenia i realia sztuki reprezentowanej przez niego generacji artystycznej. Najpierw było to zetknięcie się z Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu, które zawdzięcza wrażliwości i uwadze swoich szkolnych nauczycieli. Później wpływ kilku wybitnych profesorów tego Liceum, a przede wszystkim niezwykła atmosfera szkoły, w której w owym czasie i młodzież i nauczyciele żyli niezwykle intensywnie; bawiąc się, dyskutując o sztuce, czytając Sartre'a, Baudelaire'a, tworząc! W owych latach niewiele wskazywało, że Nowakowski zajmie się tak poważnie rzeźbą. Objawiał raczej szczególne predyspozycje do malarstwa. Jeszcze kilkakrotnie później objawią się one zresztą w trakcie dojrzałej pracy artystycznej. Ostatecznie rzeźbić zaczął Nowakowski dopiero w ostatniej klasie licealnej. Również atmosfera Akademii Sztuk Pięknych, a szczególnie pracowni Jacka Pugeta, w której to pracowni studio¬wał, a także realizował swoje wczesne dzieła (m.in. popiersie Bolesława Prusa, dla jednej ze szkół krakowskich) i dyplom u Wandy Ślędzińskiej miały istotny wpływ na młodego artystę. Także autorytet jednego z jego mistrzów, Stefana Borzęckiego, miał poważny wpływ na Jerzego Nowakowskiego, niezwykle chłonnego i żywo reagującego na otaczające go zdarzenia; skłonnego z natury do entuzjastycznych, nieco romantycznych porywów, a także do reinterpretacji owej atakującej go z zewnątrz rzeczywistości. A więc głównie te trzy osoby miały dominujący wpływ na rozwój osobowości Nowakowskiego. Stefan Borzęcki dał mu głębokie, rzetelne podstawy kreowania formy; Puget wyznaczał granice wolnej kreacji, niósł ze sobą „zapach Francji" i tradycję rzeźby nieco odmienną od tego, co dominowało wówczas w polskim rzeźbiarstwie.
    Dyplom u Wandy Ślędzińskiej pozwalał na dużą samodzielność, kontrolowaną jednak wrażliwością pedagoga. W dużej mierze jednak Nowakowskiego kreowała także (podobnie zresztą jak znaczną część jego pokolenia) sytuacja artystyczna. Znaczne już otwarcie na sztukę zachodnią i możliwość konfrontacji artystycznej wewnątrz środowiska, jaką stwarzały dość liczne konkursy, ale głównie przeglądowa wystawa pod nazwą „Rzeźba Roku'" wszystko to wraz z kolejnymi wystawami „Rzeźby młodych" tworzyło - jak słusznie podkreśla Stefan Borzęcki - „swoiste nowe jakości i ferment wśród młodych rzeźbiarzy". Objawiał się on postawami antyakademickimi, chociaż - co zaskakujące - często właśnie prospołecznymi. Wszystko było świeże i nowe! Młodzi (jak sami przyznają) nie mieli jeszcze wówczas zbyt wielkiej wiedzy o stanie sztuki światowej i z pewnym niedowierzaniem, a nawet nieufnością traktowali głosy krytyków dostrzegających pewne intuicyjne związki ich twórczości z nurtami pojawiającymi się w sztuce światowej. Jednak - jakby niezauważalnie -wzrastała w nich nie tylko świadomość generacyjna i artystyczna, ale też świadomość czasu.
    Podobnie było też z Nowakowskim, któremu kolejne wystawy „Rzeźba roku" uświadomiły stan rzeźbiarstwa polskiego i wskazywały jego miejsce w świecie rzeźby. Toteż starał się uczestniczyć we wszystkich konfrontacjach artystycznych. Tuż przed dyplomem uzyskuje wyróżnienie za rzeźbę stworzoną na ogólnopolskim plenerze w Legnicy (1970), chwilę później realizuje również z wyróżnieniem swój dyplom Skok o tyczce (1970/71); rzeźbę dynamiczną, pełną ekspresji i ruchu, nieco nawet futurystyczną, której uproszczone i zgeometryzowane formy drapieżnie zaatakowały przestrzeń. Właśnie wzajemne relacje formy i przestrzeni dominują w myśleniu artystycznym Nowakowskiego w owym wczesnym okresie. Świadczą o tym dobitnie rzeźby zawieszone w przestrzeni ogrodów „Kossakówki", później nagrodzone na „Rzeźbie Roku". Ambicja artystycznej konfrontacji, pasja atakowania przestrzeni miały także i później odgrywać istotną rolę w twórczości naszego artysty.
    Już w owym wczesnym okresie pojawiają się także pierwsze próby w dziedzinie medalierstwa. Jeszcze na studiach realizuje Nowakowski swoje pierwsze abstrakcyjne medale. Później był medal Zdrój Jana, a kiedy z okazji 25-lecia Instytutu Odlewnictwa wygrał konkurs i zrealizował swój projekt okazało się, że była to bodaj pierwsza w świecie składana forma medalu (pozytyw -negatyw). Kolejny etap rozwoju w tej dyscyplinie oznacza zrealizowany w 1974 roku Norwid. Niektóre z tych medali były wykonywane na zamówienie, inne z własnej artystycznej potrzeby; stanowiły ważny etap poszukiwań formalnych. Sztuka Nowakowskiego będzie więc odtąd biegła dwoma nurtami: owym spontaniczno-ekspresyjnym, aktualizującym i drugim, refleksyjno-symbolicznym, realizowanym przez czas jakiś głównie w medalierstwie, później łączącym się z istotnymi wątkami całej twórczości naszego artysty.
    We wczesnych latach 70-tych powstaje cała seria form przestrzennych do umieszczania w przestrzeni, jakby pokonujących grawitację, ulatujących, eksplodujących Introwersji (jedna z tych rzeźb znajduje się w Muzeum w Chojnicach). Później nieco owe formy, rozsadzane wewnętrzną siłą, zdają się szukać na nowo utraconego kontaktu fizycznego. Zbliżają się do siebie, przyciągają, zazębiają! (rzeźby dla krakowskiej „Floriny"). Problemy wzajemnych stosunków masy i przestrzeni oraz unoszenia zaprzątywały Nowakowskiego w owym wczesnym okresie artystycznym niemal bez reszty. Formy są kardynalnymi figurami geometrycznymi, najczęściej modyfikacjami kuli lub kręgu. Silnie skoncentrowane, rozsadzane są wewnętrzną ukrytą siłą, a z pęknięć wylewa się mięsista materia; nieokiełznany żywioł, z pozoru nie posiadający ani artystycznego opracowania ani nawet granic. Te opozycje materii finezyjnie opracowanej, ujętej w kanonie formy geometrycznej i żywej, bujnej, nieco groźnej w swojej nieokreśloności materii, są widoczne nie tylko w dużych pracach Nowakowskiego, lecz także w medalach. Problematyka sił drzemiących w materii lub będących rezultatem działania jest widoczna także w medalu zrealizowanym w 1975 roku, z okazji XVI Kongresu „Fidem" w Krakowie.
    Około 1970 roku rozpoczyna się kolejny okres twórczości Nowakowskiego. Tym razem stymulowany jest także wspólną pracą artystyczną w rzeźbiarskiej pracowni w dawnej bożnicy Izaaka w Krakowie. Pracowali tam wspólnie: Konieczny, Gabryś, Kućma, Kruczek, Kędzierski, Porczak, Sękowski, okazjonalnie Bec i oczywiście także Nowakowski. Atmosfera stałej konfrontacji, jaką wymuszała wspólna przestrzeń pracy o codzienny kontakt, rodzi rodzaj buntu, kontestacji zastanej sytuacji. Nowakowskiego już jakby mniej intrygują problemy formalne, jego świat wyobrażeń zaatakowany jest codziennością, często trudną do zaakceptowania, a sztuka staje się bardziej doraźna, publicystyczna, drażliwa. W reakcji na aktualnie realizowane w pracowni wielkie założenia pomnikowe, Nowakowski wykonuje kontestacyjny „pomnik" Lenina z pustych tekturowych pudeł. Porażająca symbolika tego obiektu spowodowała, że autor zniszczył go! Jednak ten gest będzie początkiem nowego okresu, znaczącego się buntem i w jakimś sensie „wewnętrznym rozdarciem", wywołanym symptomami rozdarć społecznych i narastającą falą oporu przeciwko panującemu systemowi. Rezultatem przemiany będzie powstały w 1977 roku znany i nagrodzony Pomnik pokoleń. Wkrótce powstanie także Pomnik historii (efemeryczna aranżacja, niemalże właściwie instalacja). Obie rzeźby mają silny kontekst społeczny, w obu też objawia się z całą ostrością protest przeciw dojmującej przemocy monumentalizmu, dominującego w owym czasie rzeźbę. To co się bowiem naprawdę wówczas liczyło (głównie w kręgach państwowej hierarchii, a także w mediach) to były wielkie realizacje pomnikowe. Większość młodych artystów nie miała poważniejszych szans realizacji swoich rzeźb w większej skali, nie mówiąc już o skali pomnika. Kompensacją tej niemożności były więc rozmaite próby manifestacyjnej kontestacji monumentalizmu i rzeźby pomnikowej (nota bene przez krytykę tego czasu pomijanej wstydliwym i nie zawsze zasłużonym milczeniem). Kontestacja w tym nurcie rozwijała się spontanicznie, ale wielu rzeźbiarzy pozostających w świadomości wartości formalnych dyscypliny szukała też ujścia dla swojej energii artystycznej w wielkich realizacjach plenerowych, wtopionych najczęściej w architekturę nowo budowanych miast i osiedli.
    Cały ten problem jak w skupiającej soczewce znalazł odbicie w twórczości Jerzego Nowakowskiego, wskazując znamiona głębszej społecznej refleksji. Tak więc Pomnik pokoleń stanowi pytanie o sens egzystencji młodej generacji artystów, spychanych do roli biernych obserwatorów sceny politycznej i kulturalnej, pozbawianych ekspresji i możliwości wpływania na bieg wydarzeń. Rzeźba ta, coś w rodzaju wieszaka na garderobę ze stojącymi na górnej półce - z jakby nikomu niepotrzebnymi - popiersiami, z zawieszonymi ubraniami i jak gdyby dopiero co opuszczonymi butami, stanowi gorzką refleksję na temat historii i codzienności; przede wszystkim zaś straconych szans wielu pokoleń Polaków! Nieco inaczej Pomnik historii. Odnosi on codzienność rozrzuconych na prostych półkach książek i czasopism, bibelotów i rzeźb, wkomponowanych w rytmy nowej architektury do niewykorzystanej dotąd szansy kosmizacji i humanizacji architektury. Ta idea miała w owym czasie głęboki sens. Zbiegała się z wysiłkami wielu projektantów architektury i otoczenia, zmierzającymi do humanizacji przestrzeni architektonicznej. Wkrótce dla tych programów znalazły się szanse realizacji. W latach 1975 do 1979 Nowakowski realizuje swoje wielkie, plenerowe rzeźby w Tychach i Rzeszowie, w jakiś sposób nawiązujące do problemów artystycznych wcześniejszego okresu, jednak inne! Rozdarte, pękające formy kul czy kręgów i wylewające się z nich materie symbolizują tym razem rozpad otaczającego nas świata. Równocześnie zaś Nowakowski kontynuuje działania utrzymane w nastroju kontestacji, czego dobrym przykładem jest na wpół konceptualny Pomnik na wzgórzu (1980). Wszystko to modyfikowane jest nieco powiewem nadziei na odnowę. W twórczości Nowakowskiego przełomu lat 70. i 80., zwłaszcza w medalierstwie i plakietach, pojawiają się wątki romantyczne (medale o tematyce Dantejskiej czy Pomnik Nadziei).
    Wkrótce jednak los miał się wypełnić! Nastąpiły dramatyczne lata stanu wojennego, a z nimi kolejny zwrot w twórczości naszego artysty. Zaczyna się od Cyklu kontemplacyjnego - Człowiek z przełomu lat 1981/1982. Pięć plakiet z brązu kontrastujących materie surowe i finezyjnie opracowane; twarde, techniczne formy zestawione z antropomorficznymi kształtami jakby zanikających postaci, stawiają znów zapytania o sytuację człowieka uwikłanego w przerażające i przerastające go wydarzenia. Dotychczasowe doświadczenia artystyczne okazują się niewystarczające, kultywowanie formy o wysokiej jakości - bezzasadne! Toteż Nowakowski decyduje się na ostre zestawienia form doprowadzonych do perfekcji (niemal przesadnej) i surowego, często zdestruowanego drewna (Tożsamość). Czyni to w wewnętrznej rozterce i gestem tym powoduje podobną rozterkę w środowisku. Jednak kontynuuje ten sposób wyrażania. Powstają cykle dzieł z użyciem zgrzebnych, znalezionych materiałów, ale też dbałe o formę, finezyjnie opracowane płaskorzeźby, takie jak: Szlaban, czy Paczki jadą. W tych rzeźbach, a także w cyklach takich jak Epitafia, Ślad złudzeń, czy Ukryty wymiar pojawia się dominujący nastrój przygnębienia.
    Zwolna jednak właśnie właściwe artyście poczucie autonomicznych właściwości formy skłania go do poszukiwań środków wyrazu w pogranicznych strefach technologii. Odtąd łączenie materii drewna z brązem, kamieniem i obiektami znalezionymi stają się finezyjne, stanowiąc bardziej refleksję czy metaforę na temat nurtujących artystę problemów niż publicystyczną notację. Tym niemniej jednak cykle Ukrzyżowań w medalach i plakietach, dramatyczne rozdarcia Szczelin, skręcone drutem geometryczne formy Skrępowanej rzeczywistości i inne rzeźby z tego czasu niewiele mówią o problemach artysty, związanych zarówno z sytuacją, jak i przebiegającym procesem artystycznego dojrzewania. Małe formy, medale i plakiety z tego okresu zadziwiają niezwykle starannym opracowaniem formalnym, pięknymi materiami, dobranymi z wyczuciem patynami. Doraźność formalna, właściwa dla czasu szoku, wywołanego stanem wojennym ustępuje powoli specyficznej poetyce o dojrzałej dbałości o formę. W życiu artystycznym Nowakowskiego, podobnie jak i sporej grupy krakowskich artystów, istotna rolę odgrywa kontakt z Nową Darmstadzką Secesją, pełen dobrej współpracy, pozwalający w najtrudniejszych momentach życia zyskać poczucie dystansu do niezwykle trudnej sytuacji w kraju i poczuć się choć na chwilę członkiem wielkiej rodziny artystów europejskich. Pojawiają się nowe formy ekspresji, także w postaci kolaży i obrazów pastelowych; nowe wystawy. Równocześnie kreuje się styl wypowiedzi artystycznej Nowakowskiego, jakby kontynuowany do dziś, łączący żywość reakcji na zdarzenia otaczającego świata z wielkim wyczuciem wartości formalnych i materialnych dzieła. Introwersje, reliefy z cyklu Eko - system, Torsy zadziwiają pięknem kształtu i materii a równocześnie świeżością w traktowaniu istotnych problemów naszego czasu. Swoboda w posługiwaniu się technologią, finezja wykonania i wrażliwość decydują dziś o wartościach sztuki Nowakowskiego, stanowiącej specyficzny, odautorski i niepowtarzalny zapis rzeczywistości, intrygujący w formie, niekłamany w emocji.
   
    Andrzej Pollo kwiecień 1996
   ,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Wystawy indywidualne:
   
   1988 - Galeria Rzeźby Związku Artystów Rzeźbiarzy - ZAR, Kraków
    - Galeria Kunst im Kotten, Mulle, Bielefeld, Niemcy.
   1989 - Galeria Sałustowicz, Bielefeld, Niemcy.
   1992 - Galeria Rzeźby, VoIlenhouve, Holandia.
   1995 - Neue welt - alte welt, Schonecken, Niemcy.
   1996 - Galeria Rzeźby Związku Artystów Rzeźbiarzy - ZAR, Kraków.
    - Galeria Miejska, Ronneby, Szwecja.
    - La Galerie du City Concorde, Luxemburg.
   1997 - Wyższa Szkoła Zarządzania, Kraków.
   1999 - Wyższa Szkoła Zarządzania, Kraków.
   2000 - Galeria Miejska, Scongrad, Węgry.
    - Konsthalle, Solvesborgs, Szwecja.
    - Galeria Sałustowicz, Bielefeld, Niemcy.
   2001 - Galeria Artemis, Kraków.
   2002 - Galeria Związku Polskich Artystów Plastyków Pro Arte, Zielona Góra.
    - Wirtuoz - 2002, Galeria Kocioł Artystyczny, Kraków, (nagroda Galerii).
   2003 - Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Pałac Krzysztofory.
   2004 - Galeria Sztuki - „U Jaksy", Miechów.
    - Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, Pałac Sztuki.
    - Dwór Karwacjanów, Gorlice.
   
   Wystawy zbiorowe:
   
   1985 - V Międzynarodowe Biennale Małych Form Rzeźbiarskich, BWA, Poznań.
   1986 - XXII Rzeźba Roku '85, BWA, Kraków.
    - Współczesna Sztuka Krakom, Gafem Kramy Dominikańskie - Desa, Kraków.
    - Międzynarodowe targi Sztuki - malarstwo, rzeźba, grafika, Kunsthalle, Darmstadt,
    Niemcy.
   1987 - III Zimowy Salon Rzeźby - wystawa ogólnopolska, Galeria Związku Artystów
    Rzeźbiarzy - ZAR, Warszawa.
    - XXIII Rzeźba Roku '86, BWA, Kraków.
    - Wystawa małej formy rzeźbiarskiej, Galeria Związku Artystów Rzeźbiarzy - ZAR,
    Warszawa.
    - Galeria Sztuki Polskiej, Kraków.
    - Expo '87 - współczesna rzeźba krakowska, Galeria Związku Artystów Rzeźbiarzy –
    ZAR, Kraków.
    - Galeria Związku Artystów Rzeźbiarzy - ZAR, Warszawa.
    - Zagrożenie człowieka, Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży, Oświęcim,
    - Rzeźba młodych, Galeria Związku Artystów Rzeźbiarzy - ZAR, Kraków.
   1988 - VI Zimowy Salon Rzeźby, Galeria Związku Artystów Rzeźbiarzy - ZAR, Warszawa.
    - Wystawa medalierstwa krakowskiego, Munden, Niemcy.
    - Międzynarodowe Biennale Rzeźby ku czci Dantego, Ravenna,, Włochy (nagroda).
    - Krakauer Lunstlerinnen, Galeria Kurek, Bonn, Niemcy.
    - XXIV Rzeźba Roku '87, BWA, Kraków.
    - Expo '88, Galeria Związku Artystów Rzeźbiarzy - ZAR, Kraków.
    - Der sonne zu... (Ku słońcu...), wystawa rzeźby krakowskiej, Centrum Kultury, Berlin.
    - Interart - targi sztuki krajów socjalistycznych, Poznań.
   1989 - Galeria Pryzmat, Kraków.
    - V Salon Zimowy, Galeria Związku Artystów Rzeźbiarzy - ZAR, Warszawa.
    - „Rzeźba Polska" 1979^89, Zachęta, Warszawa.
   ,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Kalendarium
   
   1970 - Udział w konkursie na medal z okazji XXV- lecia Instytutu Odlewnictwa w Krakowie
    - I nagroda.
    - Udział w ogólnopolskim studenckim plenerze rzeźbiarskim w Legnicy - wyróżnienie
    za realizację rzeźby
    plenerowej dla Legnicy.
   1971 - Ukończenie z wyróżnieniem studiów, dyplom w pracowni doc. Wandy Ślędzińskiej na
    Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (praca dyplomowa: rzeźba
    „Skok o tyczce"). Rozpoczęcie pracy asystenta na Wydziale Rzeźby krakowskiej
    uczelni w pracowni prof. Stefana Borzęckiego.
    - Wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie na pomnik Władysława Broniewskiego w
    Płocku (współautor: Jan Kosowski).
    - Wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie na medal o tematyce wojskowej
    (współautor: Jan Kosowski).
    - Okręgowy konkurs na projekt rzeźby plenerowej dla Nowej Huty - wybór rzeźby do
    realizacji.
   1972 - Udział w Ogólnopolskiej Wystawie Rzeźby Młodych, Kraków.
    - Rzeźba Roku 71, TPSP - Pałac Sztuki, Kraków, nagroda publiczności.
    - Wystawa Młodych Rzeźbiarzy z Krakowa, Wrocław - BWA.
    - Udział w plenerze ZPAP oraz wystawie poplenerowej w Domu Kultury w Zabrzu.
    - XIII Międzynarodowy Salon Paris - Sud 72, Paryż.
   1973 - Rzeźba Roku 72, Kraków - wyróżnienie.
    - Organizacja i udział w wystawie rzeźby plenerowej w Kossakówce w Krakowie.
    - XXX lat Ludowego Wojska Polskiego - Ogólnopolska wystawa sztuki, Warszawa –
    CBWA - Zachęta.
    - Krakowski Festiwal Sztuki, Kraków - BWA.
    - IV Międzynarodowe Biennale Sztuk Pięknych o Tematyce Sportowej, Madryt.
   1974 - Rzeźba Roku 73, Kraków - wyróżnienie.
    - Kraków 74 - interdyscyplinarna wystawa środowiska krakowskiego, Warszawa –
    Zachęta.
    - Sport w Sztuce - wystawa ogólnopolska, Warszawa - Zachęta.
    - Przegląd Rzeźby Polskiej 1944-1974 - ogólnopolska wystawa płaskorzeźby, Katowice
    - BWA, kolejne
    ekspozycje: Rzeszów - Dom Sztuki, Lublin - BWA.
    - Malarstwo i rzeźba w XXX4eciu PRL, Kraków - BWA.
    - Ogólnopolska Wystawa Młodych, Sopot - BWA.
    - Medalierstwo w XXX4eciu PRL, Wrocław - Muzeum Sztuki Medalierskiej, Poznań –
    Muzeum Narodowe.
   1975 - Rzeźba Roku 74, Kraków - wyróżnienie.
    - Rzeźba Młodych, Oświęcim.
    - Wystawa Projektów Rzeźby Plenerowej, Tychy - wybór rzeźby do realizacji.
    - Udział w ogólnopolskim konkursie na medal dla uczestników Kongresu FIDEM w
    Krakowie - I nagroda i realizacja.
    - XVI Kongres FIDEM Kraków 75 - Międzynarodowa Wystawa Medalierstwa
    Współczesnego, Kraków - Zamek Królewski na Wawelu.
    - Wawel w medalierstwie współczesnym - wystawa towarzysząca Kongresowi Fidem
    75, Kraków.
    - II Międzynarodowe Biennale Rzeźby ku czci Dantego, Rawenna.
   1976 - Portret współczesny, Kraków - Galeria Pryzmat - wyróżnienie honorowe.
    - Sport w Sztuce, Katowice - BWA.
    - Rzeźba Roku Polski Południowej 75, Kraków – Nagroda Stronnictwa
    Demokratycznego.
    - Rzeźba Roku 75, Rzeszów.
    - Festiwal Sztuki Młodych, Sopot.
    - Sport w Sztuce - Światowa Wystawa na Olimpiadzie w Montrealu.
    - Jerzy Nowakowski. Rzeźba, Medale - wystawa indywidualna, Kraków - Nowa Huta –
    MPiK.
   1977 - Rzeźba Roku Polski Południowej 76, Kraków.
    - Spotkania krakowskie - Ogólnopolska wystawa sztuki, Kraków - BWA.
    - Medalierstwo krakowskie, Kraków - Muzeum Historyczne - Krzysztofory.
    - Sztuka dla Krowodrzy, Kraków - Osiedlowy Dom Kultury.
    - 60 lat Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, Kraków - Paląc Sztuki -
    wyróżnienie.
    - XVII Kongres FIDEM 77, Budapeszt - Międzynarodowa Wystawa Medalierstwa
    Współczesnego, Budapeszt.
    - Udział w środowiskowym konkursie na medal z okazji XV. Zjazdu ZPAP w Krakowie
    - wyróżnienie.
   1978 - Rzeźba Roku Polski Południowej 77, Kraków - BWA - Grand Prix za rzeźbę „Pomnik
    Pokoleń" oraz nagroda P P Desa za zestaw medali.
    - Wystawa rzeźby, Krosno n/Wisłokiem.
    - Wystawa medalierstwa, Tarnów - Muzeum Okręgowe.
    - 400 dzieł na 400-lecie Zakopanego - Ogólnopolska Wystawa Sztuki, Zakopane - Hotel
    Kasprowy.
    - Postawy Twórcze - wystawa sztuki środowiska krakowskiego, Wrocław - Galeria
    Awangarda.
    - Polskie medalierstwo współczesne - wystawa przygotowana przez Muzeum Sztuki
    Medalierskiej we Wrocławiu, eksponowana w Moskwie, Leningradzie i Rydze.
    - Medalierstwo krakowskie, Szwecja, Chicago.
   1979 - W obronie Pokoju, Rzeszów - Dom Sztuki.
    - Rzeźba Roku 78, Kraków.
    - Międzynarodowy Dzień Dziecka - ogólnopolska wystawa medalierstwa, Toruń –
    BWA.
    - Tendencje i osobowości - ogólnopolska wystawa rzeźby, Warszaw - CBWA - medal
    za rzeźbę.
    - Współczesne medale polskie 1944-1979, Wrocław - Muzeum Sztuki Medalierskiej,
    Kielce - Muzeum Narodowe.
    - Międzynarodowe Biennale Rzeźby ku czci Dantego, Rawenna.
    - XVIII Kongres FIDEM 79 Lizbona - Międzynarodowa Wystawa Medalierstwa
    Współczesnego, Lizbona.
    - Medalierstwo krakowskie, Dusseldorf.
    - Medalierstwo polskie, Praga, Budapeszt.
    - The Medal Mirror of History - Międzynarodowa Wystawa Medalierstwa
    historycznego i współczesnego, Londyn - British Museum.
   1980 - Rzeźba Roku 79, Kraków - nagroda regulaminowa.
    - Próby, Toruń - Galeria MPiK.
    - Ogólnopolski Plener Medalierski, Kraków '80 – współorganizacja i uczestnictwo,
    Kraków.
    - Współczesne medalierstwo polskie 1944-1979, Wrocław - Muzeum Sztuki
    Medalierskiej, Warszawa - Zachęta.
    - Medalierstwo krakowskie, Londyn - Ośrodek Kultury Polskiej.
    - Sztuka Krakowa, Darmstadt, Bonn.
    - Die Avangarde der Polnischen Medaillenkunst 1970-1980, wystawa Muzeum Sztuki
    Medalierskiej w: Munster - Landesmuseum, Frankfurt n/Menem - Betham Bank,
    Luksemburg - Muzeum Państwowe.
   1981 - V Międzynarodowe Biennale Rzeźby ku czci Dantego, Rawenna - Złoty Medal
    autorstwa Giacomo Manzu.
    - Rzeźba Roku '80, Kraków.
    - Medalierstwo krakowskie, Kraków - Kramy Dominikańskie.
    - Związki i antynomie współczesnej rzeźby krakowskiej - warsztaty, Kraków - ZPAP –
    Galeria Pryzmat.
    - Wystawa Medali i Rzeźby, Darmstadt - Teatr Miejski.
    - Malerei, Grafik, Platic, Bonn - Studio - Galerie der Universitat.
    - Jerzy Nowakowski - wystawa indywidualna, Bonn - Galeria Gartenhaus.
    - Udział w plenerze „Mirabel" oraz w wystawach poplenerowych w Mirabel, Darmstadt
    i w Lavilledieu - w galerii Bizar u Candida.
   1982 - Ogólnopolska Wystawa Medali, Londyn - Ośrodek Kultury Polskiej.
    - Medalierstwo krakowskie, Norymberga.
    - Udział w plenerze „Mirabel" i w wystawach poplenerowych w Aubenas i Darmstadt.
   1983 - Chrystus w życiu człowieka - ogólnopolska wystawa rzeźby, Warszawa - Muzeum
    Archidiecezjalne - wyróżnienie.
    - XX Rzeźba Roku '82-83, Kraków - I Nagroda Ministra Kultury i Sztuki za cykl
    kontemplacyjny „Człowiek'81" (plakiety).
    - 450. rocznica śmierci Wita Stwosza i 300. rocznica odsieczy wiedeńskiej –
    ogólnopolski konkurs na medale. Wystawy: Kraków - Dom Polonii, Norymberga,
    Wiedeń.
    - IV Biennale Małych Form Rzeźbiarskich, Poznań - BWA.
    - Życie - wystawa rzeźby, Kraków - Szpital Wojskowy.
    - Wystawa Medalierstwa krakowskiego, Bergkamen - Galeria Miejska.
    - Jerzy Nowakowski - Medale i Plakiety - wystawa indywidualna, Bergkamen - Miejska
    Galeria Sztuki.
    - VI Międzynarodowe Biennale Rzeźby ku czci Dantego, Rawenna.
    - XIX Kongres FIDEM '83, Florencja - Międzynarodowa Wystawa współczesnego
    Medalierstwa, Florencja.
    - Małe Formy Rzeźbiarskie, Baku.
    - Udział w plenerze „Mirabel '83" oraz w wystawach poplenerowych w Mirabel,
    Darmstadt - Galeria Oktogon, w Privas oraz w Annoney.
   1984 - Rzeźba Polska 1944-1984 - Ogólnopolska Wystawa Rzeźby, Poznań - Galeria Arsenał.
    - Rzeźba Roku '83, Kraków - TPSP
    - Idea i Forma - wystawa małych form rzeźbiarskich, Kraków - Kramy Dominikańskie.
    - Awangarda Polskiego Medalierstwa 1944-1984 - wystawa Muzeum Sztuki
    Medalierskiej, Słupsk - BWA.
    - Współczesne medalierstwo polskie 1944-1984 - wystawa Muzeum Sztuki
    Medalierskiej w Moskwie.
    - Małe Formy Rzeźbiarskie z Krakowa, Lipsk, Bratysława.
    - Wystawa Sztuki Krakowskiej, Dusseldorf- Galeria Ars Polona. Malarstwo, Grafika,
    Rzeźba - Neustadt - Galeria na zamku.
    - Udział w plenerze „Mirabel '84" oraz w wystawach poplenerowych w Darmstadt -
    Galeria na „Wzgórzu Matyldy" oraz w Lavilledieu.
    - Malarstwo, Rzeźba, Grafika, Paryż - Galeria Maison - Mansard.
   1985 - Błękitna Róża - Spotkanie I - wystawa malarstwa, rzeźby, grafiki i rysunku,
    Częstochowa - BWA.
    - Kraków w malarstwie, rzeźbie i grafice - wystawa środowiska krakowskiego, Kraków
    - Muzeum Historyczne- wyróżnienie.
    - Krakowscy medalierzy ze zbiorów Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu,
    Brno - Museum Morawskie.
    - XX Kongres FIDEM '85 Sztokholm, Międzynarodowa Wystawa Medalierstwa
    Współczesnego, Sztokholm.
    - O Pokój - II Ogólnopolska Wystawa Medalierstwa, Toruń - Galeria sztuki
    współczesnej.
    - 63 artystów z Krakowa - wystawa środowiska krakowskiego, Darmstadt - Galeria
    Teatru Miejskiego.
    - VI Wystawa Medali Polski i Włoch, Rzym - Sale Pałacu Weneckiego.
    - Targi sztuki w Kunsthalle, Darmstadt.
    - Sztuka polska, Utrecht - Galeria Ossekop.
    - Sztuka Krakowa, Saillans - Galeria Miejska.
    - Krakowscy malarze, rzeźbiarze i graficy w 40-leciu PRL, Kraków.
    - Nagroda Miasta Krakowa za twórczość rzeźbiarską.
   1986 - II Salon Zimowy Rzeźby, Warszawa - Z AR - srebrny medal.
    - Jerzy Nowakowski, rzeźba - wystawa indywidualna, Kraków - Kramy Dominikańskie.
    - XXII Rzeźba Roku '85, Kraków.
    - I Triennale Rzeźby Portretowej, Gdańsk - Sopot - BWA - nagroda Marynarki
    Wojennej.
    - Współczesne medalierstwo polskie 1970-1985, Wrocław - Muzeum Sztuki
    Medalierskiej.
    - Rzeźba Polska, Sofia - Instytut Kultury Polskiej.
    - IX Międzynarodowe Biennale - Sport w Sztukach Pięknych, Barcelona.
    - 4 artystów z Polski, Saillans - Galeria Miejska.
    - Sport w Sztuce - ogólnopolski konkurs sztuki, Warszawa - Polski Komitet Olimpijski
    - Muzeum Sportu - III nagroda za medal.
   1987 - III Salon Zimowy Rzeźby, Warszawa - ZAR - srebrny medal.
    - Rzeźba Roku '86, Kraków - wyróżnienie honorowe.
    - Mirabel - Zakopane - wystawa malarstwa, rzeźby i grafiki, Zakopane - BWA.
    - Błękitna Róża - II spotkanie, Częstochowa - BWA.
    - EXPO '87, Kraków - ZAR.
    - Zagrożenie człowieka - wystawa rzeźby, Oświęcim - Międzynarodowy Ośrodek
    Spotkań Młodzieży.
    - Tendencje i Twórcy - III Ogólnopolska Wystawa Medalierstwa.
    - 25 lat Rzeźby Roku - wystawa prac wielokrotnych laureatów przeglądu „Rzeźba
    Roku" w latach 1962-1987, Kraków - Nowohuckie Centrum Kultury.
    - Rzeźba Krakowska, Moskwa, Kijów.
    - 70 lat polskiego medalierstwa - wystawa Muzeum Sztuki Medalierskiej w Odessie i
    Wilnie.
    - Współczesne medalierstwo polskie 1945-1988, Wrocław - Muzeum Sztuki
    Medalierskiej.
    - Rzeźba i grafika krakowska, Ronneby - Szwecja.
    - Udział w plenerze „Mirabel" oraz w wystawach poplenerowych w Mirabel - Francja i
    Darmstadt - Niemcy.
   1988 - Rzeźba Roku '87, Kraków - BWA.
    - IV Salon Rzeźby, Warszawa, Galeria ZAR.
    - Rzeźba, Malarstwo, Grafika, Kraków, Nowohuckie Centrum Kultury.
    -Ogólnopolska Wystawa Medalierstwa 1918-1988, Wrocław, Muzeum Sztuki
    Medalierskiej, Warszawa, Galeria ZAR.
    - EXPO '88, Kraków, ZAR.
    - Interart '88, Targi Sztuki Krajów Socjalistycznych, Poznań.
    - Medale i małe formy rzeźbiarskie - wystawa ze zbiorów Społecznego Komitetu
    Odnowy Zabytków Krakowa, Kraków, Galeria ZAR.
    - Jan Paweł II w medalierstwie, wystawa Muzeum Sztuki Medalierskiej w Lublinie, w
    Muzeum Lubelskim.
    - Idea i forma - wystawa rzeźby krakowskiej, Krems - Nowoczesna Galeria
    Dominikanów.
    - Polskie Medalierstwo, Cottingen.
    - Jerzy Jan Nowakowski, rzeźba, indywidualna wystawa, Bielefeld - Melle - Kunst im
    Kotten, Niemcy.
    - Malarstwo i rzeźba - międzynarodowa wystawa sztuki, Anoney, Francja.
    - Targi sztuki Współczesnej, Darmstadt, Galeria Teatru miejskiego, Niemcy.
    - Udział w plenerze oraz wystawach poplenerowych w Gavorrano (Włochy) oraz w
    Darmstadt (Niemcy).
   1989 - Primum non nocere - ogólnopolska wystawa sztuki z okazji Zjazdu Chirurgów
    Polskich w Krakowie.
    - Rzeźba Roku '88, Kraków, BWA.
   1990 - Ochrona środowiska naturalnego, Szczecin - nagroda Wojewody szczecińskiego.
    - Rzeźba krakowska w Gdańsku, Gdańsk - Galeria Rzeźby.
    - XXII Kongres FIDEM '90 Helsinki, Międzynarodowa Wystawa Medalierstwa
    Współczesnego, Helsinki.
    - Medale Muzeum Sztuki Medalierskiej, Wrocław - Muzeum Sztuki Medalierskiej.
    - Wystawa rzeźby i grafiki artystów krakowskich, Vaxjó.
    - Międzynarodowa Wystawa Sztuki - wystawa poplenerowa, Darmstadt.
    - Plener Mirabel - Francja.
    - Polska sztuka medalierska 1950-1990 - wystawa Muzeum Sztuki Medalierskiej,
    Berlin - Dresdenbank.
    - Figuration Critiąue - międzynarodowa wystawa sztuki, Paryż - Grand Palais.
   1991 - Siady - wystawa rzeźby, Kraków - Galeria ZAR.
    - Medalierstwo polskie lat osiemdziesiątych, Wrocław - Muzeum Sztuki Medalierskiej.
    Kolejne ekspozycje:
    Legnica - Muzeum Okręgowe, Kraków - Muzeum Historyczne.
    - Schach und Kunst, Dortmund - Galeria Zorzycki.
    - Targi sztuki, Darmstadt - Galeria Teatru Miejskiego.
    - VII Biennale Małych Form Rzeźbiarskich, Poznań.
    - Jan Paweł II w medalierstwie i książce, Wrocław - Muzeum Sztuki Medalierskiej,
    Białystok.
    - Współcześni medalierzy polscy - wystawa stała Muzeum Sztuki medalierskiej we
    Wrocławiu.
    - Toruń - Galeria Sztuki współczesnej.
    - Ogólnopolska Wystawa medalierstwa, Warszawa - Galeria ZAR.
    - XXI Kongres FIDEM '87 Colorado Springs - Międzynarodowa Wystawa
    Medalierstwa Współczesnego, Colorado Springs.
    - Jerzy Jan Nowakowski - indywidualna wystawa rzeźby, Versmold - Galeria „ET".
    - 4 artystów z Krakowa - wystawa malarstwa, rzeźby i grafiki, Bielefeld - galeria ZIF na
    Uniwersytecie.
    - Ku Słońcu - wystawa rzeźb i medali, Berlin - Polski Instytut Kultury.
   1992 - I Ogólnopolskie Biennale Rzeźby - Idea - Materia - Przestrzeń, Kraków - Galeria
    BWA.
    - Sechs Kiinstler aus Krakau, Darmstadt - Galeria Teatru Miejskiego.
    - Malarstwo i rzeźba, Paryż - Salon Wystawowy Parlamentu Francuskiego.
    - Być albo nie być, Kraków - ZAR, Instytut Goethego w Krakowie.
    - 500 rocznica odkrycia Ameryki, Wrocław - Muzeum Sztuki Medalierskiej, wystawa
    eksponowana także w Sewilli - Pawilon Polski Światowej Wystawy EXPO '92,
    Kraków - Muzeum Historyczne.
    - Święci i Błogosławieni, Wrocław - Muzeum Sztuki Medalierskiej.
    - Udział w plenerze i wystawie poplenerowej w Mirabel i Darmstadt - galeria Atelier..
    - Grafika i rzeźba, Ronneby - Kulturcentrum.
    - Jerzy Jan Nowakowski - wystawa indywidualna, Vollenhove - Galeria Miejska.
    - Krakowscy artyści, Jever - Galeria B&B.
    - Udział w plenerze sponsorowanym przez M. Gawałkiewicza oraz wystawie
    poplenerowej w Villard Reculas, Francja.
   1993 - Udział w międzynarodowym plenerze w Csongrad - wystawy poplenerowe: Csongrad
    - galeria Miejska, Szeged - galeria Kalwaria (Węgry).
    - Cracovia Merenti - ogólnopolski konkurs na projekt medalu, Kraków - II nagroda.
    - Kunst aus Krakau, Oberursel - Galeria Braas.
    - Udział w konkursie na pomnik - Mogiłę Ofiar komunizmu na Cmentarzu Rakowickim
    w Krakowie - wyróżnienie I stopnia.
    - Rzeźba w brązie - międzynarodowe sympozjum oraz wystawa, Iserlon - Galeria
    Teatru (Niemcy).
    - Sztuka bez granic - sympozjum międzynarodowe Szeged - Kraków - Darmstadt,
    Wystawa poplenerowa: Kraków - Galeria Maszachaba, Tarnowskie Góry.
   1994 - Utopień - I Internationales Bildhauer Symposium, Jever - wystawa w ogrodach Zamku
    Jever.
    - Wystawa Współczesnej rzeźby Religijnej Artystów Środowiska Krakowskiego,
    Rzeszów - BWA.
    - Kongres FIDEM '94 Budapeszt - Międzynarodowa Wystawa Medalierstwa
    Współczesnego, Budapeszt.
    - Międzynarodowa Federacja Medalierska FIDEM '94 - Budapeszt - Dział Medali
    Polskich, Wrocław - Muzeum Sztuki Medalierskiej.
    - Jerzy Jan Nowakowski. Rzeźba - Medale - wystawa indywidualna, Kraków –
    Kazimierz, Centrum Kultury Żydowskiej.
    - Medalierski autoportret, Wrocław - Muzeum Sztuki Medalierskiej.
    - 50 rocznica Powstania Warszawskiego, Wrocław - Muzeum Sztuki Medalierskiej.
   1995 - Malarstwo, Rzeźba, Grafika. Jubileuszowa wystawa pedagogów Akademii Sztuk
    Pięknych w Krakowie w 175-lecie istnienia Uczelni, Kraków, Ronneby –
    Kulturcentrum.
    - Udział w międzynarodowym Sympozjum artystycznym w Mirabel, wystawa
    poplenerowa Darmstadt - Galeria Atelier.
    - 9 x Polska - wystawa artystów z Krakowa, Lille, Francja.
    - Medale i publikacje muzealne Muzeum Sztuki Medalierskiej - wystawa z okazji
    30-lecia Muzeum, Wrocław.
   1996 - Powrót do Jamy - wystawa rzeźby w kawiarni Jama Michalika w Krakowie.
    - Zmagania i rekordy. Z okazji 50-lecia AWF we Wrocławiu, Wrocław, Muzeum Sztuki
    Medalierskiej.
    - Wystawa Malarstwa i Rzeźby Pedagogów Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie,
    Zabrze - Muzeum Miejskie.
    - Wielcy i sławni. Ludzie nauki i sztuki we współczesnym medalierstwie polskim –
    wystawa Muzeum Sztuki Medalierskiej w Rapperswil - Muzeum Polskie.
    - Jerzy Nowakowski. Rzeźby i medale - wystawa indywidualna w Muzeum Sztuki
    Medalierskiej, Wrocław.
    - Witkacy. Portrety - wystawa w Muzeum Sztuki Medalierskiej, Wrocław.
    - Indywidualna wystawa rzeźby - Muzeum Historyczne Miasta Krakowa - Kamienica
    Hipolitów - Kraków.
    - Indywidualna wystawa pasteli w III oddziale Banku Współpracy Regionalnej w
    Krakowie.
   1997 - Indywidualna wystawa rzeźby i malarstwa w Banku Współpracy Regionalnej w
    Trzebini.
    - Targi Sztuki, Dom Krakowski, Norymberga, Niemcy.
    - „Plener Mirabel "97", Francja, wystawa w Mirabel, wystawa poplenerowa w galerii
    Atelier, Darmstadt, Niemcy.
    - Wystawa Rzeźby w Wyższej Szkole Zarządzania w Krakowie.
    - V Salon POLARTU - Nowohuckie Centrum Kultury.
    - „Pytanie o metaforę" - wystawa pedagogów szkół artystycznych - Akademia Sztuk
    Pięknych w Warszawie.
    - Międzynarodowe Sympozjum, Csongrad, Węgry, wystawa poplenerowa, Galeria
    Kalwaria, Szeged - Węgry.
    - Realizacja tablicy pamiątkowej Karola Estreichera dla TPSP w Krakowie - odlew w
    brązie + marmur karrara.
   1998 - „XX-lecie pontyfikatu Jana Pawła II", wystawa w Szkole Podstawowej nr 2 im. Jana
    Pawła II w Twardogórze.
    - „FIDEM '98 - Haga. Współczesne medalierstwo polskie - retrospektywa", wystawa w
    Rijksmuseum w Hadze.
    - „5 Salon POLARTU", wystawa w Muzeum Sztuki Medalierskiej.
    - „FIDEM '98. Haga. Medale polskie", wystawa w Muzeum Sztuki Medalierskiej.
    - Międzynarodowa Wystawa Medalierstwa FIDEM w Hadze - Holandia.
    - 50 lat Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu. Wystawa - Malarstwo - Rzeźba –
    Grafika. Galeria „Rynek 6" w Jarosławiu.
   1999 -„Współczesne polskie medalierstwo artystyczne. Nabytki MSM z lat 1990-1998",
    Wystawa w Muzeum Sztuki Medalierskiej.
    - „Jan Paweł II w książce i w medalierstwie", wystawa w Bibliotece im. Marii
    Konopnickiej w Suwałkach.
    - „Pytanie o metaforę" - Muzeum Czartoryskich - Arsenał w Krakowie.
    - Artyści Polski Południowej - 1950-2000 - BWA Rzeszów, Przemyśl, Sandomierz.
    - „Plener Mirabel '99" - wystawa w Mirabel - Francja, wystawa poplenerowa w Galerii
    Mathildenhoe - Darmstadt, Niemcy.
    - Indywidualna wystawa rzeźby i pasteli w Wyższej Szkole Zarządzania w Krakowie.
   2000 - „Wratislavia in nummis. Wrocławska wystawa milenijna", wystawa Muzeum Sztuki
    Medalierskiej.
    - „Wielcy i sławni. Ludzie nauki i sztuki we współczesnym medalierstwie polskim",
    wystawa w Bibliotece Klemenunum w Pradze, Czachy.
    - VII Salon Sztuki POLART - Nowohuckie Centrum Kultury, Kraków.
    - VII Ogólnopolska Wystawa Rzeźby - Ochrona Środowiska, zamek książąt
    Pomorskich, Szczecin.
    - Indywidualna wystawa rzeźby i medali w Galerii Miejskiej w Csongrad, Węgry.
    - Udział w Międzynarodowym Sympozjum w Csongrad.
    - Wystawa poplenerowa w Galerii Szóg-Art w Szeged, Węgry.
    - Wystawa malarstwa, rzeźby i grafiki w Galerii TPSP Konsthale - Sólvesborg,
    Szwecja.
    - XXVII Międzynarodowa Wystawa Medalierstwa FIDEM w Weimarze, Niemcy.
    - Indywidualna wystawa rzeźby i medali w Nowohuckim Centrum Kultury, Kraków.
    - Galeria „Kocioł Artystyczny", Prezentacja jednego dzieła, Kraków.
   2001 - „Medalierstwo polskie lat dziewięćdziesiątych", wystawa stała w Muzeum Sztuki
    Medalierskiej.
    - „Hands across the Sea. Ręce przez ocean. Wystawa współczesnego medalierstwa
    polskiego i amerykańskiego", wystawa w American Numismatic Association, Money
    Museum, Colorado Springs, oraz w The HUB-Robertson Galleries, University Park,
    Pensylwania, USA.
    - Galeria „Kocioł Artystyczny" - indywidualna wystawa pasteli, Kraków.
    - XX Międzynarodowy, Jubileuszowy plener „Mirabel 2001" - wystawa w Mirabel,
    Francja, Wystawa poplenerowa w galerii Atellie w Darmstadt, Niemcy.
   2002 - „Okruchy historii Wrocławia", wystawa w Muzeum Mieszczańskim w Ratuszu,
    oddział Muzeum Miejskiego Wrocławia.
    - „Medailles polonaise contemporaires. Współczesne medalierstwo polskie", wystawa w
    Namur, Belgia.
    - „Znad Dunaju, Wełtawy i Wisły. Grupa wyszechradzka", wystawa w Muzeum Sztuki
    medalierskiej.
    - „FIDEM 2002 Paryż", Paryż - Międzynarodowe Sympozjum Medalierskie.
    - „Himmel und Hólle in Darmstadt" - Dante Alighieri, Darmstadt - galeria Ateliers.
    - 20 lat Międzynarodowych Plenerów w Mirabel, Francja, Wystawa Jubileuszowa w
    TPSP Pałac Sztuki, Kraków.
    - Chicago - Galeria Society for Arts 1112 N. Wystawa poplenerowa z Sielpi, USA.
    - Udział w plenerze malarskim „Portret ziemi" w Sielpi.
    - Wystawa poplenerowa „Portret Ziemi" w Muzeum Zagłębia Staropolskiego w Sielpi.
    - Galeria „Kocioł Artystyczny", Kraków, „Najciekawsze Dzieło" - prezentacja rzeźby.
    - Realizacja popiersia - płaskorzeźby Ojca Świętego Jana Pawła II dla gimnazjum im.
    Ojca Św. Jana Pawła II w Rabie Wyżnej.
   2003 - „FIDEM 2002, Paryż. Wystawa medali polskich", wystawa w Muzeum Sztuki
    Medalierskiej.
    - „In Erz gegossen... współczesne polskie medalierstwo", wystawa w Museum fur
    Stadtgeschichte Breisach am Rhen, Breisach, Niemcy.
    - VIII Ogólnopolski Salon Sztuki Stowarzyszenia „POLART", Galeria Nowohuckiego
    Centrum Kultury, Kraków, Nowa Huta.
    - XIV Międzynarodowe Biennale Dantego „DANTE EUROPEO", Rawenna, Włochy.
    - Międzynarodowy Plener „Mirabel 2003" w Mirabel, Francja.
    - Międzynarodowa Wystawa Poplenerowa w Galerii „ATELLIE", Darmstadt, Niemcy.
    - Międzynarodowe Targi spawalnicze - Wystawa Towarzysząca - Rzeźba, Katowice.
    - Udział w aukcji rzeźby „REMPEX", Warszawa.
    - Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie - wystawa towarzysząca
    Międzynarodowemu Zjazdowi Urologów w Krakowie - Pałac Sztuki.
    - Wystawa Rzeźby w Galerii Salonie „ARKA" w Krakowie.
    - Realizacja tablicy pamiątkowej z Portretem Antoine de Saint-Exupery dla szkoły jego
    imienia w Raciechowicach (wrocławskie).
    - Realizacja rzeźby dla Sp. „Polski Cement" w Krakowie, materiał - sztuczny kamień
    (cement).
   2004 - Wystawa malarstwa, rzeźby i grafiki „Portret", w galerii „Rynek 6" w Jarosławiu.
    - Realizacja statuetki w brązie z okazji 10-lecia RR DONNELLEY w Krakowie.
    - 40. Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans, Wrocław, brąz lany.
    - „Złoty Laur za mistrzostwo w sztuce rzeźbienia" krakowskiej filii Fundacji Kultury
    Polskiej.
    - Wyróżnienie w konkursie na rzeźbę upamiętniającą 80-lecie Akademii Ekonomicznej.
    - Wystawa rzeźby i medali pt. „We Dwoje", Pałac Sztuki, TPSP w Krakowie.
    - Wystawa rzeźby i medali w galerii sztuki współczesnej „Dwór Karwacjanów" w
    Gorlicach.
    - „FIDEM" międzynarodowa wystawa medali w SeixaLLisbona.
    - Begegnungen - Spotkania, Międzynarodowa Wystawa Malarstwa i Rzeźby, Pałac
    Sztuki, TPSP w Krakowie.
   2005 - Realizacja medalu „40 lat Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu".
    - Realizacja medalu „80 lat Akademii Ekonomicznej w Krakowie".
   
   ,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Szanowni Państwo!
   
    Korzystając z gościnności Teatru S.I. Witkiewicza w Zakopanem pozwalam sobie, już po raz drugi, zarekomendować wystawę malarstwa, które (tak sądzę) powinno być w tym miejscu prezentowane. Chodzi nie tylko o poziom obrazów, lecz o fakt, że są one nieobojętne i nie pozwalające na obojętność, a więc trafiają w miejsce wymarzone do sporów, zważywszy na żywą, duchową obecność Patrona tego Adresu - Witkacego.
    Renata Bonczar nie należy do żadnej szkoły w regionalnym, wyrazowym, czy klasyfikacyjnym sensie, podąża własną drogą i mniej uwagi zwraca na powszechnie błogosławione szukanie, a częściej znajduje. To zaś co znalezione, po swojemu rozwija, udoskonala, uszlachetnia i pozwala, jak winu, dojrzewać. Powiedzenie, że "sztuka nie znosi pośpiechu" odnosi się najpełniej do twórczości Renaty Bonczar.
    Pragnę w tym momencie zwrócić uwagę Państwa na znakomity warsztat, którym autorka
   dysponuje. Jest to ważne, gdyż dzisiaj, w cywilizowanym świecie, zaczyna się na powrót mówić o wartości "kuchni malarskiej", a u nas, na peryferyjnym kartoflisku, zakompleksiałej sztuki braci mniejszych z Ost - Europy, analfabetyzm warsztatowy bywa cnotą równoważną z procesem tworzenia, często - wyznacznikiem apostolstwa awangardowego.
    Renata Bonczar, już w czasie studiów, a więc kilkanaście lat temu, co warto podkreślić, podjęła próby rehabilitacji warsztatu i tu upatrywałbym fundamentalnej odrębności jej malarskich działań. Przez związki rodzinne i codzienne obcowanie z technologią (mąż - Adrian Poloczek, jeden z najznakomitszych konserwatorów polskich średniego pokolenia) autorka w sposób naturalny, wprowadza do swojego malarstwa te elementy, które mimo współczesnego wyrazu formalnego, sytuują je znakomicie w spiralnym postępie sztuki, jak chce prof. J. Nowosielski. Pewne zjawiska wyrazowe pojawiają się w tych samych punktach, odnosząc się do swoich wielkich poprzedników, lecz na różnych poziomach.
    Czyni to malarstwo Renaty Bonczar, harmonijnie wplecionym w postęp i rozwój sztuki, opartej na mocnym fundamencie kontynuowania tradycji.
   Jeszcze słowo interpretacji, lub raczej "refleksji na temat", bo interpretacja jest sprawą każdego z Państwa, oglądających wystawę.
    Myślę, że nie warto zawierzać optycznemu wrażeniu, że obrazy Renaty Bonczar imitują naturę; Niebo, Ziemię, Wodę, Kamienie, Drzewa.
    Przy bliższym obcowaniu z tymi obrazami, a nie tylko ich oglądaniu, możemy znaleźć się np. w strefie rekonstrukcji snu widomymi, materialnymi znakami. Możemy przeżyć niepokój z jakim myślimy o reinkarnacji, byłem tu, przeżyłem to już, myślałem kiedyś tak...
    Te obrazy poprowadzą nas bliżej wewnętrznego "pejzażu" duszy i rozumu, w stronę wysiłku dotyczącego formułowania prawd o wiecznych sprzecznościach zawartych w człowieku.
    Zdarza się, że w atmosferę i nastrój ciepłej, lirycznej Tęsknoty, gorącej Namiętności lub złocistego majestatu Wieczności (Spokoju) wdziera się brutalnie i zamaszyście, chropowata struktura geologiczna, jakieś Niby-Ziemie, Niby-Kamienie a bywa, że i Niby-Drzewa.
    Nie jest to oczywiście, powtórzmy, notacja zewnętrznych przemian, czy dysharmonia oglądanej natury, lecz arytmia obrazów wewnątrz.
   Pasowanie się rozumu z emocjami, chłodnej, analitycznej obserwacji z nieodpowiedzialnymi
   sentymentami kobiecych tajemnic. Wszystko to jednak, już unieruchomione, zastygające, odciśnięte, zatrzymane w czasie, materii i na płaszczyźnie.
   Zaklinając stany wewnętrzne na obrazach, Renata Bonczar dokonuje mozolnego i uporczywego wysiłku, o którym Canetti mówił, że: "najtrudniej odkrywać na nowo, prawdy już dobrze znane".
   
                                                                                                                                        Jerzy Duda-Gracz
   

,

   Dear Sirs
   
    (...) Renata Bonczar does not belong to any school in regional, verbal or classification meaning. She goes it alone and pays attention in a less degree to commonly blessed search but she finds more often. That found she develops, improves and ennobles after one 's own mind and she " allows" it to mature like a wine. The adage:
   "Art does not tolerate the haste" completely refers to the works of Renata Bonczar.
    The authoress has the splendid brush-work. Now a days it is very important because almost in all over the world it is said again about "kitchen of painting" value (...)
    Renata Bonczar during her study - a few years ago - had a try at "rehabilitation" of a workshop and this is where I perceive the fundamental separateness of her art of painting. The artist, through her family connection and commune with technology (her husband-Adrian Poloczek - is one of the best Polish conservators), introduces in a natural manner such elements to her painting which, in spite of modern and formal
   expression, placed them splendidly in the spiral progress of art as professor Jerzy Nowosielski wants.
    Some expressional occurences appear in the same points and they relate to their great predecessors but on the different levels.
    It makes that the painting of Renata Bonczar harmoniously belongs to progress and development of art basing on the continuation with one's tradition.
    And these are only my reflection because I leave the interpretation to YOU. In my opinion it is no good to undergo to optical impression that the pictures of Renata Bonczar imitate nature: the Sky, the Earth, Water, Stones, Trees. After close study with those pictures we can find ourselves e.g. as the outward, substantial signs in reconstructive zone of dream: We may feel such anxiety which we think about reincarnation: I was here, I experienced it before then, there was a time when I thought so...
    Those pictures will lead us into "a landscape" of the soul and reason and to cast of the truth about the eternal discrepancies existing in human being.
    It so happens that a rough geological structure - Some Kind of Earths, Stones and Trees force and entrance into the atmosphere of warm and lyric Hankering, hot Passion or golden Eternity (Calm) - majesty.
    It is not, of course, a notation of the external transformations or disharmony of nature but it is an internal arrtiythmy of the pictures.
    It is rational struggling with the excitements of an analytic observation and with the irresponsible sentimentality of woman's arcana. And yet all this is already brought to a standstill and impressed on time, matter and plane.
    Enchaining the inner frame of mind on her pictures Renata Bonczar accomplishes the toilsome effort about which Canetti said: "it is most difficult to rediscover the best-known truths".
   
                                                                                                                                      Jerzy Duda Gracz
   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   „...Obrazy Krzysztofa Kulisia zdumiewają różnorodnością tak wielką, że aż niekiedy odnosi się wrażenie obcowania z kilkoma, nader sobie odległymi, choć równie silnymi osobowościami: z subtelnym lirykiem w wyrafinowanych, lekkich akwarelach wraz z ich skłonnościami do statyki oraz amor vacui i bardzo czasem daleko posuniętej syntezy kształtu i gamy, lub nieprzebierającym w środkach ekspresjonistą z typowym dla tego nurtu horror vacuum, obawy przed pustką, przed pozostawieniem choćby skrawka niepokrytej gmatwaniną plam i linii płaszczyzny.
    Mamy więc do czynienia z artystą refleksyjnym i pragnącym skłonić nas do refleksji i tym, który stara się nam narzucić swoje zdanie, wręcz zmusić do spojrzenia
   na rzeczywistość lub choćby jej wycinek tylko przez pryzmat jego emocji. Mamy do czynienia z artystą, który chce nam powiedzieć - spójrzcie, jak można spotęgować
   klimat, drzemiący w jednym, banalnym krajobrazie, jak można doprowadzić go do granic eksplozji, do granic rozsadzenia dzieła przez kolorystyczne zestawienia i
   napięcie kompozycji o sile masy krytycznej.
    W takich sytuacjach mówi się na ogół o bogatej osobowości. Istotnie, Krzysztof Kuliś ma bogatą osobowość i potrafi to w swych obrazach wyrazić.
    Odrębnym jakby działem, czy też motywem jego twórczości jest cykl teatralny, oraz inne minicykle o wszelkich cechach inscenizacji (a artysta zna się na teatrze, i to zna go niejako „od wewnątrz"). Są figuralne i w pewnym sensie monotematyczne, gdyż złączone w całość postacią przewijającej się przez wszystkie dzieła nagiej, lub na pół nagiej dziewczyny o krągłych biodrach. Jej postać widnieje zarówno w „Dziadach" Adama Mickiewicza jak i „Niemcach" Leona Kruczkowskiego, więc i tam, gdzie jako żywo, w zamyśle autorów nie występowała.
    Więc owa, z krwi i kości dziewczyna, zmienia się – z konieczności może - w oczach widza w symbol zmysłów i zmysłowości, w personifikację zmysłowej wszak i niepohamowanej przez żadne, najmniej nawet sprzyjające okoliczności natury.
    I właśnie takie jest malarstwo Krzysztofa Kulisia: niepohamowane, zmysłowe i niezważające na to, czy się komuś podoba, czy nie. To też mieć może, i ma, swych
   gorących zwolenników i równie nieprzejednanych wrogów, lecz nie pozostawia nikogo obojętnym. I to też chyba najlepiej oddaje jego miarę".
   
   
    Jerzy Madeyski (fragment)
   ,    "...Paintings by Krzysztof Kuliś amaze with their variety which is so enormous that sometimes you get an impression of being in the company of a few, extremely distant from each other, although equally strong personalities: of a gentle poet in sophisticated, light water-colours together with their tendency to being static and
   amor vacui and sometimes very advanced synthesis of shape and scale, or an unscrupulous expressionist with typical of this trend horror vacuum, fear of emptiness, of leaving at least a patch uncovered with a tangle of spots and lines of the plane.
    Thus, we have to do with a contemplative artist who wants to make us meditate and such an artist who tries to impose on us his point of view or even force us to look
   at his reality or at least its fragment through the prism of his emotions. We have to do with an artist who wants to tell us - look how it is possible to magnify the ambience
   drowsing in one prosaic landscape, how it is possible to get it to the edge of explosion, to the edge of bursting the creation by colour arrangements and tension of the composition with the strength of critical mass.
    In such situations we usually talk about rich personality. Indeed, Krzysztof Kuliś has a complex personality and is able to express it in his paintings.
    A separate chapter, or a motive in his creation is a theatrical cycle, and other mini cycles of all features of stage-setting (and the artist knows all about the theatre, in
   a way, he knows is "from the inside") style. They are figural and in a way monothematic since linked in one whole by the character of a naked or half-naked girl with rounded hips, appearing in all the works. Her personality appears both in "Dziady" ("Forefathers") by Adam Mickiewicz and in "Niemcy" ("Germans") by Leon Kruczkowski, therefore also there where she was not intended by the authors.
    Thus, in the spectator's eyes, this true-born girl changes into a symbol of senses and sensuality, becomes a personification of sensuous nature, unrestrained by any,
   even the least favourable circumstances.
    That's exactly the painting by Krzysztof Kuliś: unrestrained, sensuous and not taking into consideration the fact whether it is going to please anybody or not. That's
   why is may have, and does have, its fervent supporters and equally uncompromising enemies, but leaves nobody indifferent. And this is what best expresses its calibre".
   
   
    Jerzy Madeyski (part)
   
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

    Malarstwo Juliusza Joniaka jest równie znakomite co trudno poddające się werbalizacji. Obrazy te należą do kategorii zwanej przez Francuzów: peinture-peinture, a więc malarstwa pozbawionego anegdoty alegoryzmów czy odniesień do bieżących wydarzeń zewnętrznych. Zasobów motywów prof. Joniaka należy do kanonu postcezanowskiego, a więc: głównie martwa natura i pejzaż, rzadziej portret. Ale typologia ta staje się w tym przypadku mało ważna. Wszystkie obrazy Joniaka wyrastają z oglądu realności, substancjonalności otaczającego świata, ale elementy realne zostają przetransponowane na autonomiczne struktury. Mamy tu do czynienia ze specyficznymi właściwościami żywiołu malarskiego, z transpozycją wyglądów rzeczy na substancje farby, ze spotkaniami form, barw, pociągnięć pędzla, których różnorodność wymyka się wszelkiemu schematowi. Gęstość, a czasem barokowa niemal bujność niektórych płócien, ujęta jest w karby wrodzonej, a pogłębionej latami dyscypliny i niezawodnego smaku. Satysfakcja odbioru tych obrazów płynie z pewnego rodzaju zaskoczenia, że oto stanęło przed nami coś, co jest zarazem pięknym przedmiotem i zjawiskiem, które mobilizuje nasz umysł. Jest ono swoistą kreacją, powołaną do istnienia, a zarazem odsłania nieznane w świecie niby to dobrze znanym. Moment zaskoczenia, niespodzianki, który występuje zawsze, gdy patrzymy na prawdziwe twórcze dzieło malarskie, pojawia się wraz z uczuciem biegunowo przeciwnym. Można by je naiwnie sformułować: „Ach tak, to tak właśnie jest, to święta prawda”. Dla mnie takim wstrząsem były pejzaże artysty z Grecji, a przede wszystkim z Hiszpanii. Uchwycenie tej „świętej prawdy”, kwintesencja danego obrazu, polega przede wszystkim na przekazie jego esencji kolorystycznej. Aurę pejzaży hiszpańskich wyznaczają czerwone ochry, brązy, czerwienie, oscylujące między tymi biegunami, małe fragmenty wapiennej bieli, szare przestrzenie nieba, które tylko na hiszpańskim płaskowyżu ma ten popielaty, głuchy ton. Artysta zapytany przeze mnie, czy podczas swych podróży robi jakieś notatki kolorystyczne, odpowiedział, że nie. Polega na swojej pamięci, w której kolor nie funkcjonuje nigdy jako coś oderwanego, lecz jako konkretny odcień, ściśle związany z materią rzeczy. Kolor Hiszpanii zapamiętał jako rzemień z surowej skóry, jako cenny wytłaczany kurdyban, czy jako cygański kociołek miedziany. W ostatnich latach powstało nieco mnie nowych pejzaży, natomiast kontynuowane są martwe natury, coraz bardziej szlachetne i dojrzałe. Martwa natura, nazywana pięknie przez Holendrów „cichym życiem” była zawsze ulubionym polem doświadczeń malarskich Joniaka. Doświadczenia te rozgrywane są od 30 lat w tej samej pracowni, a pewien repertuar obiektów stale się powtarza: dzban z szafirowego szkła, ciemna, omszała, stara flaszka, wysoki dzbanek z białej porcelany, siatka zawierająca zeschłe owoce, kilka draperii, bynajmniej nie kosztownych – występują w wielu obrazach. Nie jest to czymś wyjątkowym, gdyż tę powtarzalność rekwizytów obserwujemy już u dawnych mistrzów holenderskich. Ale ich optyczny realizm nie dopuszczał transpozycji. Z kolei u artystów współczesnych wyglądy rzeczy ulegają takiej redukcji, że stają się nierozpoznawalne, a więc mogłyby w ogóle nie istnieć. Ale są jeszcze malarze, dla których przedmioty mają swoistą egzystencję, a zarazem „różne sposoby istnienia” zależne od kontekstu, co stanowi niewyczerpalne źródło rozwiązań. Do takich artystów należy Juliusz Joniak, a różnorodność i wynalazczość jego rozstrzygnięć – kompozycyjnych, kolorystycznych, fakturowych sprawia, że każde płótno staje się całkiem odmiennym zjawiskiem.
   
                                                                                                                                                     Maria Rzepińska

,

  Juliusz Joniak painting is as remarkable as it is difficult to describe in words. His paintings belong to the category known to the French as peinture-peinture, that is painting devoid of anecdote, allegory or references to current outside events. Professor Joniak's supply of motifs belongs to the post-Cezanne cannon, thus mostly still life and landscape, more rarely portraiture. In this case, however, the typology becomes unimportant. All of Joniak's pictures spring from observation of reality, the substantiality of the surrounding world, but real subjects are transformed into autonomous structures. Here we are dealing with specific characteristics of the painter's force, with the translation of appearances into paint, with the meeting of forms, colours, and brush strokes whose variety defies any possible schematisation.
  The density and sometimes baroque luxuriance of some canvases is curbed only by the artist's innate discipline, which has increased over the years, and his unerring taste. The satisfaction of beholding these pictures comes from a certain astonishment that here we are face to face with something that is a beautiful object but at the same time a phenomenon which mobilises our intellect. It is an individual creation called into existence, but at the same time reveals the unknown in a supposedly well-known world. The moment of astonishment, of surprise, which always occurs when we see a truly creative work of art, appears together with a feeling which is its polar opposite. One could naively express it: "Oh yes, that's exactly how it is; that's the gospel truth."
  For me, the artist's landscapes of Greece, and especially of Spain, were such a thunderbolt. Capturing this "gospel truth," the quintessence of a given landscape, relies, above all, on the delivery of its colouristic essence. The aura of the Spanish landscapes is delineated by red ochres, browns and blacks oscillating between their poles, small fragments of lime-white, and grey expanses of sky which only on the Spanish plateau has that ashen, dead tone. The artist, when I asked him if he takes some sort of colouristic notes on his travels, answered in the negative. He relies only on memory, in which colour never functions as a separate entity, but as a concrete shade closely bound to the matter of the object. He remembered the colours of Spain as a strap of raw leather, as the precious embossed cordovan, and as a gypsy's little copper kettle.
  In the past few years somewhat fewer landscapes have come into being, however the still lifes continue, increasingly refined and mature. Still life beautifully named by the Dutch, has always been Joniak's favourite field for painterly experiments. These experiments have been taking place in the same studio for thirty years, and a certain repertoire of subjects constantly repeats itself. A sapphire-blue glass jug, a dark, timeworn old flagon, a tall, white porcelain pitcher, a net bag containing shrivelled fruits, and a few tapestries, by no means costly, appear in many pictures. This is not anything exceptional, as we may observe this repetition of props already with the Dutch old masters. But their optical realism did not permit transposition. Next, among modern artists the appearance of objects undergoes a kind of reduction, so that they become unrecognisable, and thus in general could not really exist. There are still painters, however, for whom objects have their own existence, but at the same time have different manners of being depending on their context. This serves as an inexhaustible source of solutions. Juliusz Joniak is one of these artists, and the diversity and inventiveness of his decisions, of composition, colour and treatment, cause each canvas to become a wholly distinct phenomenon, though we may after a more lengthy viewing note a few of the same repeated objects.
  Juliusz Joniak's remarkable painting has always been too little known here and the present exhibition is the first such large showing of his works in Poland. Professor Joniak exhibits and sells abroad, primarily in Germany, where he has many ardent enthusiasts. This all began when the famous German sculptor, Thomas Duttenhofer, acquired Still Life with a White Vase from an exhibition of Cracovian artists held in Darmstadt in 1985. The owner of an art gallery in Mainz, enchanted by this canvas, travelled especially to Cracow in order to propose a one-man show to the artist. Contact with German galleries developed and stabilised. It is unfortunate that many of Professor Joniak's loveliest works are not found in Polish museums, but abroad.
 
                                                                                                                                                      Maria Rzepińska


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

    Sztuka ostatniego wieku wacha się między dwiema skrajnościami. Pierwszą euforyczną i triumfalną, gdy - ufna w swe możliwości - rusza, by odkryć nieznane prawdy i zbudować z nich podwaliny przyszłej epoki. Wówczas „nowe" staje się synonimem „dobrego" , a przymiotnik „awangardowy" starczy za tytuł i najwyższy znak jakości. Wtedy przeszłością się pomiata, zarzucając jej - w najlepszym przypadku - niemożność wyrażenia czasów innych jak własne, skostnienie, naiwność, brak wyobraźni i smaku, przerost warsztatu, tudzież wszelkie możliwe błędy i wypaczenia. Wejście sztuk pięknych w stan owej skrajności obwieszcza radosna wrzawa kategorycznych sądów.(...) Potem przychodzi czas obrachunku łupów i strat własnych i okazuje się, że bilans krąży wokół zera. Owszem, po stronie „ma" pojawiły się nowe wartości, owszem, sztuka zdobyła planowane pozycje i przetarła nowe drogi, lecz za swe zwycięstwo zapłaciła drogo, bowiem po stronie „winien" zjawiły się nie znane dotąd pozycje: spłycenie zagadnień, pośpiech i wynikająca z niego powierzchowność sprzyjająca artystycznym oszustwom, brak kryteriów wartości, zaś przede wszystkim izolacja od społeczeństwa.
   
   (...) lstnieją jednak twórcy zbyt dojrzali, by bezkrytycznie wejść w powstały na ich oczach nurt małej awangardy poszerzonego pola sztuki z jego paraplastycznymi działaniami. Należy do nich Stanisław Wiśniewski, malarz i - chciałoby się powtórzyć - tylko malarz, bez żadnego przymiotnika określającego jego przynależność do jakiejś formacji artystycznej, nie obciążony więc żadnymi regułami gry na płaszczyźnie.
   
   Proste, jakby się zdawało, słowo „malarz" oznacza jednak wypowiadanie się
   głównie poprzez kolor, będący w ludzkim kodzie porozumienia synonimem emocji. Tylko emocja też łączy jego kolejne wystąpienia.
   
   Wiśniewski odwołuje się w sposób niemal ostentacyjny do Młodej Polski i jej filozofii, jej refleksyjności lecz i ozdobności zarazem, jej zadumy i świadomości przemijania. Cóż, widać i nam przyszło przeżywać własny fin-de-siecle, z jego chandrą i poczuciem bezsensu, czemu zresztą zbytnio dziwić sie nie należy. Młodopolski witalizm natomiast przetrwał u Wiśniewskiego jedynie w kolorze, żywym i nasyconym, w jasnej palecie o śmiałych, lecz nigdy nie dysonansowych kontrastach. Bo na wzór swych prekursorów również Wiśniewski jest estetą i jak każdy esteta dąży z całą premedytacją do piękna.
   (...) U Wiśniewskiego dzieło jest, jak się wydaje, wobec pomysłu aposterioryczne, przemyślane i poprzedzone stosownymi przygotowaniami. Właśnie tak tworzy się dla wymagających odbiorców, a Wiśniewski świadomie dla nich maluje. Mało tego: chce im się podobać. W stwierdzeniu tym nie ma śladu negatywnego zabarwienia: któryż z wielkich mistrzów przeszłości nie tworzył dla odbiorców i nie chciał im się podobać?
   
   I bodaj czy ten fakt, o coraz większym zasięgu, nie świadczy najdobitniej o zmierzchu awangardy i pogodzeniu się sztuki z tradycją, o porzuceniu typowej dla czasów naporu pogardy dla bezrozumnego i nieruchawego w swych gustach profana, zdolnego dopiero za lat kilkadziesiąt pojąć geniusz nowatorów? Tak właśnie, wśród zygzakowatej wędrówki między skrajnościami, toczą się dzieje sztuki i toczyć się zapewne będą w ciągłym poszukiwaniu utopii idealnych i trwałych wartości, zaś każdy, nawet kaleczący ją zwrot przynosi wymierne korzyści. Pulsując między awangardą a tradycją sztuka posuwa się jednak naprzód: bez zdobyczy awangardy
   malarstwo Wiśniewskiego i jego generacji byłoby zwykłym epigonizmem.
   
   Tak jednak nie jest. Ten typ sztuki będzie zapewne rozwijać się przez czas pewien, przyznając rację Ceazanne'owi, który chciał „zrobić z impresjonizmu coś tak solidnego jak sztuka muzeów".
   
   
                                                                                                                                                               Jerzy Madeyski
   

,

    The 20th century art balances over two extremes. One of them is euphoric and triumphant when - confident in its possibilities - sets out in search of unknown truths out of which foundations of the future epoch are to be laid. This is when "new" is synonymous to "good", and the word "avant-garde" is good enough for a title,
   and is a sign of the highest quality. This is also when past is held in contempt and is accused, in the best instance, of incapability to express times other than present fossilisation, naivety, a lack of both imaginations and taste or just any possible mistakes and distortion. When art enters this extreme it is usually announced by a jolly noise of categorical opinions. (...) Later on the time of evaluation comes
   and it seems that the balance is around zero. Indeed, new values have emerged and art made its way through to something new but its victory has been costly and resulted in the emergence of value criteria and, most of all, isolation from society.
   
   (...) There are, however, artists, who are too mature to incritically enter the recently created trend of little avant-garde, an extended artistic field with its semi-artistic creations. One of them is Stanisław Wiśniewski, a painter and, one would like to emphasise, just a painter, without any adjective describing his belonging to an artistic
   trend, thus free from specific rules which govern the way he creates.
   
   It seems that a very simple word "painter" means, however, expressing himself mainly by colour, which is - in a human code of communication - a synonym of emotion. And this is just emotion which is common to all his paintings.
   
   Wiśniewski, in an almost ostentatious way refers to Młoda Polska (a trend in Polish art and literature between 1890-1918) and its philosophy, its reflectiveness but also ornamentation, its thoughtfulness and awareness of time passing away. Well, it seems like we are also to face our own fin-de-siecle (the end of the century) with its despondency and a feeling of nonsense, which is not surprising at all. Młoda Polska - like vitality, however, is noticeable in Wiśniewski's painting only in the form of colour which is vivid and deep, and in a palette of bright but never dissonant contrast. Because Wiśniewski, like his forerunners, is an aesthete, and as every aesthete aims
   deliberately at beauty.
   (...) Wiśniewski's works of art seem to have been well thought over and preceded by appropriate preparations. This is how you create a piece of art for a demanding customer and Wisniewski paints just for them. What is more, he cares about their approval and there is nothing negative in this statement: which one of the big masters of the past did not create for the customer and did not want them to like his creations?
   
   So let us wonder, if this is not a certificate of avant-garde's end and reconciliation between art and tradition. This is how, during a zigzag-like journey between extremes the history of art is carried on in a permanent search of ideal Utopia and everlasting values; and its every turn, even a twisted one, brings about some measurable
   advantages. However art, having pulsated between avant-garde and tradition, continues to move on: without the blessings of the avangarde Wiśniewski and his contemporaries painting would have been just a mere epigonism.
   
   This is, however, not the case. This kind of art would most likely develop for some time, giving right to Ceazanne who wanted "impressionism to become ever present in museums".
   
   
                                                                                                                                                                 Jerzy Madeyski


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

    Pisanie o twórczości artystycznej jest zajęciem dość specjalnym i muszę wyznać, że na tym gruncie nie czuję się najlepiej. Pisanie, jak każda działalność ludzka ma swoją specyfikę, swoją odrębną materię. Pisanie o malarstwie jest zajęciem dla poetów - to też moja wypowiedź będzie chropawa, a może nawet sękata.
    W historii, teoretyków sztuki byto wielu, może nawet ilością nie ustępują
   twórcom. Rzecz prosta, większość z nich pozostanie w mrokach zapomnienia.
   Nie inaczej los obchodzi się z artystami. Trud pracy podejmują tysiące - pamiętamy o nielicznych. Byty epoki, kiedy rozważania o twórczości należały do obowiązków artysty. Renesans włoski jest tu nie do pobicia - choć trzeba przyznać, niewiele lat temu pisanie „manifestów" przez twórców było swego rodzaju modą. Wywoływało to często efekt humorystyczny. Wszystkie te działania - przy odrobinie miłosierdzia - wydają się zrozumiałe a nawet usprawiedliwione. Czasem udało się z kalectwa uczynić cnotę.
    Z drugiej strony, gdyby bezkrytycznie przyjąć Teorię Winckelmana, który twierdził, że możemy tylko zbliżać się do Greków - nie mielibyśmy Picassa. Trzeba jednak pamiętać, że sama przekora to za mało. Recepty z XVI a nawet XVII wieku przypominają niekiedy książki kucharskie. Wskazania w rodzaju: „jeżeli chcesz namalować pogodne niebo to weź..." i następowało wyliczenie jaką wziąć miksturę, z czym rozetrzeć i jak położyć na płótnie czy desce. Trzeba przyznać, że wiele można wyciągnąć pożytku z tych recept, choć do sztuki ciągle daleko. Artysta to zwierzę niepokorne, niecierpliwe i spieszy się do sukcesu.
    No więc jak to jest z tą sztuką? Pewnie łatwiej jest odpowiedzieć co sztuką nie jest, gdzie w sztuce jest błąd. Jeżeli przy stoliku bridgowym ktoś znienacka melduje „sześćdziesiąt", to wywołuje zdumienie. To nie ta gra. Czy ostre przestrzeganie reguł czyni z bridge'a zajęcie nudne? Bridgiści tak nie sądzą. Więcej! W zgodzie z regułami można grać odkrywczo. Może i od malarzy należałoby więcej wymagać. Reguły są po to, żeby je przekraczać - no pewnie - należy być ponad nimi. Poniżej jest tylko czcza naiwność albo cyniczne szamaństwo. Ale malarstwo to nie gra w karty.
    Zawsze malowano tak samo. Po prostu kładzie się farbę na płótnie. Ważne tylko, żeby właściwą farbę położyć na właściwym miejscu. Tu wchodzi w grę niezwykła ilość elementów. Nie sposób wszystkie wyliczyć. Przyjmijmy więc, że mamy ciało i duszę, która ciągle się kształtuje, zmienia. Czasem z godziny na godzinę. Wszystko zaczyna się komplikować. Wróćmy jednak do rzeczy prostszych. Jest opowiadanie - wszystkim znane - o tym jak Pan wziął glinę, ulepił Adama i tchnął w niego ducha. Opowiadanie proste i „prawdziwe". No cóż gliny wokół mnogość, tylko brać i lepić. Toteż lepimy na potęgę Adamów, aż gęsto. Najgorzej z tym duchem - rzadko bywa. Na wielu wystawach a nawet w muzealnych kolekcjach po prostu gliniane Adamy.
   Bardzo eleganckie, przystojne często uczesane zgodnie z obowiązującym właśnie szpanem, tyle że po prostu gliniane. Czy to znak czasu? - Nie. Zawsze tak było.
    Jeżeli już jesteśmy przy rzeźbieniu albo lepieniu - to wystarczy porównać wymuskane neoklasyczne posągi do stosunkowo topornych rzeźb Rodina. Rzeźby Rodina tętnią życiem, a to jest zaraźliwe. Życie jest pociągające. Jak to się osiąga? Tego nie wiem. Tego nie można po prostu wiedzieć. Myślę, że walor sztuki polega na podobieństwie do życia. Trzeba po prostu być sobą. To niewiele, a może aż tak wiele.
    Czy istnieje sposób na sukces? Przecież fundamentem naszych wszystkich działań jest chęć odniesienia sukcesu. Te przysłowiowe trzy medale -trzy pudła -trzech wieszczów (o trójkącie jeszcze wspomnimy). Walka może być fair, ale także się fauluje. Myślę, że maksyma: „Nie o to chodzi, by wygrać, chodzi o to, żeby grać" - coś z sobą niesie! Sama walka jest sukcesem. Ponosimy porażki, po czym znowu zrywamy się do walki. To może być pociągające. Z narażeniem życia wspinamy się na górę, pomimo, że wiemy, że za niewielką opłatą można się tam dostać koleją linową. Wiele zależy od tego, na jakie wspaniałe życie nas stać. Jeszcze ten trójkąt, w którym świeci oko opatrzności. „Bóg kocha trójkąt" - mówią Rosjanie. Są trzy kolory (de la Croix). Jest tajemnicza niedotykalna rzeczywistość, artysta i jest odbierający relację artysty odbiorca ze swoją wrażliwością i wyobraźnią. W tym trójkącie może narodzić się misterium nazywane sztuką.
   
   
                                                                                                                                            Stanisław Wiśniewski
   

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   
    Wieczór pachnie rozlaną rzeką...
   
   Wspomnienie znad Sanu, a raczej wspomnienia. Wiele wspomnień i wiele obrazów - pejzaże zapamiętane. San w różnych porach roku i o rożnych porach dnia. San zielony, San niebieski… Rzeka i jej żywioł - trochę groźna, piękna, majestatyczna. Piękna, bo jak lustro odbija w sobie cały świat. Groźna, bo nieprzewidywalna, zmienna. Niewyczerpany pretekst to malowania światła, do zapisu kolorystycznych zachwyceń.
   Na obrazach Anny Schumacher wieczór pachnie rozlaną rzeką. Woda zagarnia krajobraz i niesie tajemnicę - na dnie musi być czarna, gęsta jak smoła, na powierzchni błyszczy turkusem, malachitem.
   Właśnie - zagadka, tajemnica - zamiast przejrzystej tafli wody, chmury jak spiętrzone pieniste fale na morzu. W oddali wzgórza, łąki, łany zbóż. Czas się zatrzymał, znieruchomiała nagrzana słońcem ziemia – leniwe lato, niespieszne kontemplowanie krajobrazu. A prawdziwe niebo jest szare, puste. Została na nim tylko żółta smuga a la Czapski.
   
    Zachwyt samotny...


   Kwiaty jak z pięknych teatralnych dekoracji. Wiosna – kolejny sezon, kolejna odsłona – i przed pracownią znowu zakwitają magnolie. Duże, jasne, pachnące. I Anka znowu je maluje. Potem będą irysy, hortensje. Pojedyncze kwiaty wypełniają sobą ramy obrazów. W serii „Ogrodów” bogactwo już bez ograniczeń.
   Podobnie jest w innych martwych naturach artystki: jeden jedyny bakłażan czy krzesło zastawione wieloma przedmiotami – temat jest pretekstem do gry barwnej, do komponowania małych światów, do budowania nastroju. Józef Czapski mówił, że w malarstwie właściwie nie da się nic wymyślić, że można tylko patrzeć. Być może coraz bardziej upraszczam, ale gdybym mógł jeszcze żyć, by malować, to jestem pewien, że malowałbym martwe natury, w które usiłowałbym się wkopać aż do granic możliwości – pisał – bo tylko na tej drodze można coś odkryć. Natura sama jest odkryciem.
   Martwe natury Anny Schumacher to właśnie takie malarskie odkrycia, piękno dostrzeżone w skromnych przedmiotach, w najbliższym otoczeniu. To, co nazywam zbyt pompatycznie wizją – pisze Czapski – bo nie umiem znaleźć innego słowa, to jest ten zachwyt samotny, nieoczekiwany, poczucie, że my jedni widzimy cud piękności niepowtarzalny.
   
                                                                                                                                      Małgorzata Czyńska
   

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
    „Wszak w tamtych latach wiele drzwi było zamkniętych na głucho z wrotami swobody na
   miejscu pierwszym? To zresztą nieważne. Natomiast ważnym jest, że cechą artysty jest
   uporczywe drążenie tematu, nieustanne nawroty do podjętego kiedyś problemu treściowego i
   formalnego, jeśli te dwie wartości można w ogóle w sztuce Nowakowskiego rozdzielić. Albo też nieco inaczej jeszcze w jego twórczości nic nie jest definitywnie zamknięte, skończone i
   odłożone do lamusa rzeczy i problemów minionych. Sztuka Nowakowskiego nieustannie
   ewoluuje; tak było, jest i będzie zapewne zawsze. Jak jednak i od czego owa permanentna
   ewolucja się zaczęła?
    Od sztuki akademickiej rzecz jasna, lecz połączonej z prawdziwą fascynacją
   nieprześcignioną do dziś rzeźbą Egiptu i Grecji klasycznej, potęgą i hieratyzmem ciężkich
   monumentów epoki faraonów zarówno, jak skromnych pisarzy i pięknych kobiet, oraz
   „Doryforosa"„ ,Niosącego włócznię", Polikleta, w którym zilustrował on zasady swego kanonu. To dobrze, gdyż nieco tylko parafrazując słowa Piłsudskiego „kto za młodu nie był socjalistą ten na starość zostanie świnią" można powiedzieć kto z pośród młodych rzeźbiarzy lekceważył Grecje i Rzym ten na starość przestanie w ogóle być rzeźbiarzem, bo jego tworom zabraknie kręgosłupa, zaczem wszystko rozsypie się w bezładzie chaosu, z którym poszukująca ładu i piękna kosmosu filozofia grecka wraz ze swa widzialna formą spokojnie, acz uparcie walczyły.
    Na razie jednak Nowakowski ruszył ostro do przodu. Tym ostrzej, że czasy były sposobne
   po temu, a nawet domagały się zajęcia zdecydowanego stanowiska.
    W latach młodości artysty walka z socrealizmem była już zakończona. Nowoczesność
   triumfowała w całej rozciągłości, a nowoczesny znaczyło podówczas abstrakcyjny, bądź choćby tylko bezprzedmiotowy.
    Abstrakcja potrafi jednak wyrażać jedynie najbardziej ogólne pojęcia i takież emocje.
   Konkretyzacja, wszelka precyzja przesłania są jej niedostępne, a tego właśnie domagał się duch czasu i jego vox populi z artystami w rzędzie pierwszym, gdyż to im przecież historia
   wyznaczyła w naszym kraju rolę Wieszczów Narodu i jego Duchowych Przywódców we
   wszystkich kolejnych zaborach".
   
    „Brąz zwyciężył? Raczej odniósł totalny triumf. Nawet zwykłe przedmioty zostaną w nim
   odlane podobnie, jak deski publicystycznych aranżacji oraz inne fragmenty naszego, szarego
   bytowania, gdyż brąz nobilituje, przenosi codzienność w sferę sacrum, w lepszy, bo trwały i
   urodziwy świat w którym jest również nasze miejsce. Tę fazę twórczości artysty można nazwać utrwalaniem śladów istnień. Dominuje w niej rzeźbiarska materia i związana z nią organicznie wytworność dzieła a nawet jego nieskrywana elegancja. Lecz kompozycje Nowakowskiego nie przestają mówić; zmienia się tylko sposób artykułowania głosu, zaś mają rację Francuzi, z którymi n.b. Nowakowski spotyka się z okazji plenerów w ich kraju c'est le ton qui fait la chancon".
   
    Jerzy Madeyski,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
    Profesor Hanna Rudzka-Cybisowa zmarła w szpitalu, nieoczekiwanie, gdyż właśnie nazajutrz miała wracać do domu. Był to trzeci dzień lutego 1988 r. mroźny i mało śnieżny. Ale nie chcę o tym pamiętać. Wspomnienie Hanki - Hani, Haneczki jak ją nazywali Jej bliscy - łączyć się będzie dla mnie zawsze z latem, z ogrodem pełnym słońca i zieleni, latem pięknym i niemal tak upalnym jak tegoroczne. W lipcu 1987 r. prof. Cybisowa obchodziła swoje dziewięćdziesiąte urodziny. Uroczystość ta odbywała się w tonącym w zieleni drewnianym domku na Zarabiu, gdzie solenizantka przebywała na wakacjach wraz z swoją wieloletnią francuską przyjaciółką. Tam przyjechały z Krakowa samochody wiozące przedstawicieli Wydziału Kultury, Akademii Sztuk Pięknych i przyjaciół wielkiej artystki. Wśród powodzi kwiatów wyróżniał się bukiet z dziewięćdziesięciu czerwonych róż na długich łodygach. Dzień był cudownie słoneczny, taki jak być powinien, a profesor Cybisowa jak zawsze gościnna, ożywiona, pełna humoru i werwy niemal młodzieńczej. Ostatnich odjeżdżających gości żegnała przy furtce ogrodowej i taką ją zapamiętałam, stojącą w słońcu, powiewającą szczupłą dłonią, która do ostatka sprawnie umiała trzymać pędzle i celnie dotykać nimi płótna.
   
    Twórczość Hanny Rudzkiej-Cybisowej znalazła uznanie w kręgu kolegów i znawców już przed II wojną, a w okresie powojennym zyskiwała coraz większy, niekwestionowany autorytet. Obrazy Jej znajdziemy we wszystkich muzeach Polski, wielu zbiorach prywatnych, także za granicą. Otrzymała wszelkie możliwe w Polsce wyróżnienia, nagrody, a także Grand Prix w Monte Carlo (1966) oraz nagrodę im. Jurzykowskich w Nowym Jorku (1987). Jej monografię za życia napisała Helena Blum, w Los Angeles ukazała się książka "Women in Art" (1977), gdzie autorka wymienia Rudzką-Cybisową jako jedną z najwybitniejszych kobiet malarek w sztuce światowej. A jednak ostatnio świetny dorobek artystki, rozproszony i trudno dostępny popada w zapomnienie. Ostatnia wielka retrospektywa prac odbyła się w Muzeum poznańskim w 1971 r. W Krakowie po Jej śmierci wystawę pt. "Opuszczona pracownia" urządziła Galeria ASP, mieszcząca się wówczas w niewielkim lokalu przy ulicy Brackiej. Także Galeria "Plastyka" przygotowała z pietyzmem mały pokaz gwaszy i rysunków. Z zamierzeń zorganizowania wielkiej, pośmiertnej wystawy dzieł Cybisowej nic jakoś nie wyszło. Również za życia tej przynoszącej chlubę naszemu miastu artystki Muzeum krakowskie nie zdołało urządzić takiej wystawy, ani choćby przenieść tej z Poznania. Płótna i akwarele Cybisowej pokazują się czasem w galeriach Warszawy i Krakowa i natychmiast znikają. Młodzi nie znają tego malarstwa prawie zupełnie, a i nazwisko niewiele im mówi. Dla nich więc powiem krótko to, o czym dobrze wie starsza generacja.
    Hanna Rudzka była współzałożycielką grupy tzw. kapistów, których ostatnim żyjącym przedstawicielem był Józef Czapski (zmarł w styczniu 1993). Określenia kapizm i koloryzm bywają używane wymiennie, jako że zagadnienia koloru stanowią centrum spekulacji dla wielu artystów, także tych, którzy nie należeli do Komitetu Paryskiego. Kapiści to konkretna grupa malarzy, uczniów Pankiewicza, którzy w latach dwudziestych udali się do Paryża dla dalszych studiów. Głównym "ideologiem" grupy K. P. był Jan Cybis, za którego wyszła Hanna Rudzka. Młodzi malarze przybyli do Paryża w czasie kiedy przygasała fascynacja kubizmem, trwał natomiast kult Cezanne'a, a był to też okres rozkwitu malarstwa Bonnarda. Oni to stali się głównymi idolami kapistów, ale śledzili też bacznie obrazy impresjonistów z ich rozbijaniem koloru na cząstki i drobną mikrostrukturę. Kapiści odrzucali tematy historyczne, symbolikę i wszelką "literaturę", ograniczając się do wąskiego kręgu tematów: pejzaż, martwa natura, rzadziej akt lub portret. Malowali "na motywie" jak impresjoniści, ale natura była dla nich tylko punktem wyjścia, celem zaś zorganizowanie obrazu jako tworu rządzącego się własnymi prawami, przede wszystkim barwnymi. Ideałem kapistów było, aby relacje wzajemnych oddziaływań i sąsiedztw barwnych zobaczonych w naturze wyselekcjonować i przetransponować tak, by osiągnąć "niezachwianą płaszczyznę obrazu" równomiernie napiętą, unikając przy tym dekoracyjności czy stylizacji. Ambicją ich była "dźwięczność koloru" (termin wprowadzony przez Pankiewicza), ale miał to być kolor nie surowy lecz przetrawiony indywidualnie i utkany z drobnych plam. Nie rezygnowali przy tym z wyrażania stosunków przestrzennych, ale zarówno one, jak cień i światło, miały być wyrażone przede wszystkim przez relacje chromatyczne z szeregu: ciepłe - zimne.
    Tendencje te i ambicje widzimy w malarstwie Rudzkiej-Cybisowej z konsekwencją i stałością, jaką rzadko znajdziemy u innych członków K. P., którzy w miarę upływu lat odchodzili od pierwotnej ideologii formułowanej głównie przez Jan Cybisa (przykłady: Czapski, Nacht-Samborski, Potworowski). W okresie paryskim i w Polsce przed II wojną światową artystka budowała tkankę swych obrazów w sposób bliski impresjonistom. Jednak inaczej niż u nich obrazy jej nie zmierzały do uchwycenia przelotnego momentu, pory dnia czy oświetlenia. Plama barwna była dla niej nie tylko zastępczym znakiem światła i cienia, lecz środkiem zbudowania solidnej egzystencji płótna. Wcześnie osiągnęła malarską świadomość i dojrzałość. W latach trzydziestych miała pierwszy pokaz indywidualny w Paryżu, otrzymała nagrodę m. Warszawy, a obrazy jej zakupywały muzea. Po wojnie została jednym z pierwszych profesorów nowo zorganizowanej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.
    W twórczości Rudzkiej-Cybisowej przeważają martwe natury i pejzaże - klasyczne tematy kapistów. Ale ona jedna, zwłaszcza w okresie późniejszym, zainteresowana była wizerunkiem człowieka. Jej portrety należą do najznakomitszych w malarstwie polskim XX wieku. Zachowując w pełni wszystkie walory czysto plastyczne umiała przekazać indywidualną aurę psychiczną modeli (nigdy nie malowała na zamówienie). Wystarczy tu wymienić portret p. Szarańcowej, Bronisławy Przybosiowej, Kornela Filipowicza oraz najbardziej chyba znany i sławny portret Xawerego Dunikowskiego, godny tego wielkiego rzeźbiarza i dający wyraz jego osobowości tak intensywny jak to się rzadko zdarza w malarstwie współczesnym.
    Począwszy od roku 1958 artystka znów wiele podróżowała, jeździła do Francji, zwiedziła też galerie angielskie, gdzie po raz pierwszy doznała olśnienia Turnerem. Znów też zafascynował ją Claude Monet, ale nie ten z wczesnej epoki lecz z okresu "Nenufarów" i późnych widoków Ogrodu w Giverny. O wrażeniach z tego kontaktu ze sztuką starego, wpółociemniałego mistrza opowiadała z największym przejęciem i uniesieniem. Jej wzrok także był od pewnego czasu osłabiony, ale - co jest zjawiskiem zadziwiającym - nie wpłynęło to na jakość jej malarstwa. W ostatnich dziesięciu latach życia malarstwo to zaczęło ulegać pewnym przemianom. Malarka stosowała plamę szerszą, bardziej bujną i swobodną, choć zawsze precyzyjnie obmyślaną. Dzieliła płótna na bardziej wyraziste strefy barwne, stosowała dużą rozpiętość walorów, używała czerni i brązów, dawniej odrzucanych lub stosowanych tylko w wyjątkowych wypadkach. Naczelna jej zasada pozostawała zawsze ta sama: obraz to jednolity organizm plastyczny rządzący się własnymi prawami. Wprowadzenie mocniejszych walorów nie osłabiło działania chromatycznego dzieł Cybisowej, dodało im blasku i bogactwa, nie rozbijając całościowej konstrukcji i nie burząc płaszczyzny malarskiej.
    Tę niespożytą do ostatnich niemal chwil życia energię twórczą podziwiać już mogła tylko garstka najbliższych przyjaciół, którzy otaczali ją do końca miłością i staraniami. Jej wierność sztuce i tym, których kochała została odpłacona wiernością. Gdyż była nie tylko wspaniałą, bezkompromisową artystką surową dla siebie i drugich. Była też bezkompromisowym i odważnym człowiekiem. Jej działalność podczas okupacji, jej postawa w czasie trwania stanu wojennego, to piękne karty, niestety mało komu znane, gdyż prawie nigdy o nich nie wspominała.
   
    Maria Rzepińska,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Tadeusz Kucharski: Pani Profesor, jak do tego doszło, że Pani - jedyna córka z tzw. dobrego domu - wybrała tak ciężki zawód, jakim jest zawód artysty malarza?
   
   Hanna Rudzka-Cybisowa: Stało się to trochę przez przypadek. Gdy chodziłam do gimnazjum, matka -
   widząc, że lubię malować - posłała mnie na naukę rysunku do pewnego malarza, ucznia Gersona. Nauka polegała na tym, że mistrz stawiał jakiś przedmiot do rysowania i - niczego nie wyjaśniając – szedł grać w karty z gospodynią. Miałam wtedy 15-16 lat. Gdy zdałam maturę, ojciec obiecał mi enigmatycznie, że będzie mnie kształcił dalej, nie określając, w jakim kierunku, tymczasem jednak życzył sobie, abym pozostała w domu, na co musiałam się zgodzić. Ojciec miał przedsiębiorstwo prowadzące sprzedaż maszyn rolniczych i węgla. Umyślił sobie, że będzie dobrze dla tego przedsiębiorstwa, jeśli ja - osoba godna zaufania - będę prowadzić kasę. Musiałam więc siedzieć codziennie w tej kasie i liczyć, liczyć, w czym pomagał mi jeden z buchalterów. Okazało się jednak, że mam ciągle manko. Po jakimś czasie matka uprosiła ojca, żeby wziął do kasy kogoś innego. Wtedy ujawniło się, że to manko miałam dlatego, iż ten, kto mi pomagał, kradł. Mój honor został uratowany. Ale - co ważniejsze - rodzice zdecydowali się posłać mnie na studia. Za moją zgodą wybrali mi Szkołę Sztuk Pięknych w Warszawie, żebym zdobyła tam zawód nauczycielski rysunku i była w życiu samodzielna. Gdy wyjeżdżałam, przyjaciele domu mówili: "Panno Haniu, po co pani jedzie do tej
   szkoły, pani tak ładnie maluje, a tam panią zepsują".
    W Warszawie trafiłam do pracowni Miłosza Kotarbińskiego, który nie starał się nigdy przerabiać mnie na własną modłę, raczej podtrzymywał mnie w wierze we własne możliwości. Po trzech latach nauki musiałam zrobić kurs dla nauczycieli rysunku i podjąć pracę w gimnazjum w Lublinie. Wtedy mój brat cioteczny - dr Feliks Hilchen, dyrektor portu wolnego miasta Gdańska - zaproponował mi finansowanie dalszych studiów, co przyjęłam z radością. Zdałam egzamin do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i zostałam przyjęta na drugi rok studiów, mogłam więc od razu wybrać sobie pracownię...
   
   - Wybrała Pani pracownię Ignacego Pieńkowskiego, malarza jakby z innej epoki, dlaczego?
   - Chciałam pójść do pracowni Stanisława Dębickiego, poprosiłam go o przyjęcie, ale powiedział mi, że kobiet nie przyjmuje.
   - Wiadomo, że w czasie studiów poznała Pani Jana Cybisa. Jak do tego doszło?
   - Podczas egzaminu wstępnego na Akademii. Zdawała nas cała gromada. Później zaprzyjaźnił się z tymi kolegami, z którymi i ja się zaprzyjaźniłam, chodziliśmy więc razem na wycieczki za miasto, na wieczorki urządzane przez Brunona Jasieńskiego i Stanisława Młodożeńca, w czasie których czytano Błoka, Jesienina, Majakowskiego...
   - Jak doszło do Pani małżeństwa z Cybisem?
   - W czasie studiów początkowo mieszkałam w internacie dla studentek Uniwersytetu Jagiellońskiego,
   prowadzonym przez urszulanki, a Jan u Pugetów przy ulicy Wolskiej. Po opuszczeniu internatu urszulanek zamieszkałam u pani Jadwigi Siedleckiej, siostry profesora Michała Siedleckiego. Tutaj Jan odwiedzał mnie dość często. Siedlecka polubiła go. W 1923 roku wśród przyjaciół Jana zrodził się plan ich wspólnego wyjazdu do Paryża na dalsze studia. Pani Siedlecka - osoba miła i doświadczona – powiedziała wówczas, że byłaby z nas dobra para, że powinniśmy się pobrać i razem pojechać do Paryża. Jan zapalił się do tej myśli, ja jednak miałam wielkie opory, bo nigdy dotąd nie myślałam o małżeństwie. Chciałam pracować i obawiałam się, że małżeństwo może mi w tym przeszkadzać. Dopiero gdy zbliżał się już termin wyjazdu do Paryża, zdecydowałam się. Decyzja była tak nagła, że zdążyłam zawiadomić rodzinę na trzy dni przed ślubem. Na ślub przyjechała matka z moimi braćmi. Ale dr Hilchen - który finansował moje studia, zabrał od mojego brata moją metrykę urodzenia i chrztu, żeby uniemożliwić mi małżeństwo. Drugi brat musiał w nocy jechać z Krakowa do Mławy po nową metrykę.
    Ślub odbył się 22 lipca 1924 roku w kościele św. Floriana, w tym samym, w którym brał ślub Stanisław Wyspiański. Wesele urządziła nam u siebie pani Siedlecka. A, Hilchen długo nie chciał akceptować mojego małżeństwa, jeszcze do Paryża pisał mi, żebym wracała, bo ma dla mnie dobrego kandydata na męża.
   
   - Wiadomo powszechnie, że do Paryża wyjechaliście całą grupą w dniu 1 września 1924 roku. Kto byt w tej grupie?
   - Do Paryża wyjechało nas jedenaścioro: Józef Jarema, Jan Cybis, Józef Czapski, Artur Nacht, Zygmunt Waliszewski, Tadeusz Potworowski, który później przybrał imię Piotra, Marian Szczyrbuła, Janusz Strzałecki i jego świeżo poślubiona żona – Janina Przecławska-Strzałecka, Seweryn Boraczok, no i ja.
   
   - To Blumówna - zdaje się - pisze, że tych kilku chłopców trochę tłamsiło Panią, w każdym razie nie traktowali Pani równie poważnie jak siebie.
   - Nie miałam nigdy poczucia krzywdy. Byłam świadoma tego, że zostałam zabrana do Paryża tylko dzięki temu, iż jestem żoną Cybisa, czułam zazdrość większości z nich, a raczej ich wściekłość na Jana za to, że uwikłał się w tak marną sprawę, jak małżeństwo. Zdawałam sobie też sprawę z egoizmu tego towarzystwa, złożonego przecież z samych artystów, wiedziałam, że każdego malarza interesuje tylko jego własna twórczość. Nigdy więc nie oczekiwałam uznania ze strony kolegów, mimo iż przyjaźniłam się z wszystkimi, a najbardziej z Artkiem Nachtem.
   
   - Czy pamięta Pani wasz wyjazd do Paryża?
   - Tak, jakby odbył się wczoraj. Na dworcu w Krakowie żegnały nas tłumy przyjaciół i znajomych. Pod-
   róż trwała chyba półtorej doby. Nasz wagon rozbrzmiewał muzyką gitarową, pamiętam jeszcze kuplet śpiewany Artkowi: "In die Schule Artur Nacht".
    Do Paryża przyjechaliśmy późnym wieczorem. Na
   Gare du Nord oczekiwał nas Ludwik Puget. Już wcześniej wynajął dla nas pomieszczenie w liceum
   Janson de Sailly przy rue de la Pompę, dokąd zawiózł nas taksówkami, pamiętam, że ulica ta wydała
   mi się dziwnie lśniąca...
    W liceum spędziliśmy kilka dni, po czym każdy poszukiwał sobie locum na własną rękę. Ja z Cybisem zamieszkaliśmy w Hotel de Breste na rue des Rennes, pomiędzy Montparnassem a placem Saint-Germain, dziś jest to hotelik turystyczny...
   
   - Nigdzie nie znalazłem takiej informacji, że mieszkaliście państwo w hotelu.
   - Bo mieszkaliśmy tam bardzo krótko. Po kilku miesiącach zabrakło nam pieniędzy na komorne, które w Paryżu płaci się kwartalnie, co robi duże sumy, a ponieważ w tym czasie zwolnił się pokój w budynku pani Lapersonne, więc wzięliśmy ten pokój. Był on dość duży, miał dwupalnikową kuchenkę gazową, klozet na półpiętrze i wodę na podwórku. Był okrągły, składany stół, na targu staroci kupiliśmy dwa lub trzy krzesła, było dość sympatycznie. Ściany pokoju były świeżo wytapetowane szarym papierem pakunkowym. Byliśmy zadowoleni z tego pokoju do nadejścia pierwszej nocy. W nocy zza tapet wyszły pluskwy. Pan sobie nie wyobrazi ile ich było! Poduszki stały się natychmiast czerwone. To było przerażające! Coś okropnego! Nie mogliśmy uciec przed tymi pluskwami, bo nie mieliśmy pieniędzy na nic lepszego, kupiliśmy więc kilka litrów spirytusu denaturowego, zerwaliśmy te tapety i zmywali ściany spirytusem aż znikło to paskudztwo. W tym odpluskwionym pokoju mieszkaliśmy aż dwa lata.
   
   - Podobno Cybis nigdy nie martwił się waszą trudną sytuacją materialną. Czapski, który był w Paryżu tak blisko was, pisze: "Kiedy mu rano w tamtych czasach żona mówiła, że mają już wszystkiego tylko 15 franków w portmonetce, odwracał się do ściany i mówił: To mnie nie obchodzi".
   - Był pomiędzy nami taki podział zajęć, że do mnie należała troska o sprawy bytowe, ale wcale nie czuję się z tego powodu taka ważna. Przecież ja mnóstwo skorzystałam z obcowania z Janem, z jego postawy. Nawet profesor nie ma takiego wpływu na studenta, jaki mogą mieć koledzy, a zwłaszcza ktoś, kto jest taką indywidualnością jak Cybis i z kim przebywa się nieustannie.
   
   - Jak Pani realizowała tę troskę o sprawy bytowe?
   - Początkowo zarabiałam robieniem w Luwrze kopii różnych obrazów, oczywiście na obstalunek. Kopiowałam Rubensa, Corota, Veronese'a, Watteau... Później sprzedawałam własne gwasze. Gwasz robi się szybko, a materiały są tanie, był to więc najlepszy zarobek. Zostawiałam Janowi pracownię - bo mieliśmy wspólną - i kafetierę pełną kawy oraz bułki lub chleb z czymś tam, zabierałam stołek, parasol i tekę pod pachę i szłam w plener - na ulicę lub pod któryś z mostów - i malowałam pejzaże.
    Nie mając znikąd pomocy i utrzymując się z własnych zarobków, mieszkaliśmy bardzo skromnie,
   a początkowo wręcz nędznie. Jadaliśmy w najtańszych, robotniczych restauracjach i bistrach, a potrawy gotowe kupowaliśmy w gorszym gatunku. Nieraz brakowało nam pieniędzy na metro, schodziliśmy więc cały Paryż pieszo. Kiedyś odwiedził mnie dr Feliks Hilchen. Mieszkaliśmy jeszcze wówczas u pani Lapersonne. Gdy mój kuzyn i jego żona zobaczyli, w jakich warunkach żyjemy, byli przygnębieni. Hilchen powiedział, że będzie nam przez cały rok przysyłał pieniądze, żebyśmy mogli spokojnie pracować i szybciej stanąć na nogi finansowo. I rzeczywiście, przysyłał nam sto dolarów miesięcznie. Gdy spytałam, kiedy mu to zwrócę, odpowiedział: "Zwrócisz mi, pomagając ludziom będącym w potrzebie". Zaprosił nas też do siebie do Gdyni na najbliższe wakacje, mając w tym - jak się później okazało - swój plan wyciągnięcia nas z tej biedy.
   
   - Z dziennków Cybisa wiadomo, że skorzystaliście z tego zaproszenia.
   - Tak. Było to w lipcu 1927 roku. Mieszkaliśmy już wtedy - dzięki pomocy Hilchena - przy rue Malacoff w robotniczej dzielnicy, gdzie nasza grupa wynajmowała całe siódme piętro z windą, stanowiące jakby naszą kolonię. Wyjeżdżając do Polski na owe wakacje, powierzyliśmy mieszkanie Brunonowi Jasieńskiemu i jego żonie Karze. Nad polskim morzem odpoczywaliśmy przez dwa bardzo pogodne miesiące...
   
   - Cybis wspomina w dziennikach, że Hilchen chciał go zatrzymać w Polsce, oferując mu posadę w jakimś biurze handlowym.
   - Hilchen nie umiał zrozumieć naszych ambicji artystycznych, dziwił się, że Jan po trzech latach pobytu w Paryżu nie zrobił jeszcze kariery. Nie umiałam mu wytłumaczyć, dlaczego Jana nie interesuje kariera w tym znaczeniu, jak on ją rozumiał. Hilchen uważał też, że się marnuję, cerując skarpetki i gotując w Paryżu. Zaproponował nam pozostanie w kraju, obiecując Janowi świetną posadę...
    - Cybis - oczywiście - nie przyjął jej, pisze bowiem, że wolał zginąć z głodu na Montparnassie, patrząc jak malują Waliszewski i Jarema, niż przyjąć tę szlachetną ofertę.
   - Tak. Bardzo to zirytowało Hilchena. Oświadczył, że w takim razie nie będzie nam już w niczym pomagał. Wkrótce po tym zapakował żonę i dwóch synów do samochodu i pojechał do Włoch.
   - A państwo nie mieliście nawet na bilet powrotny, jak wspomina Cybis.
   - Pojechaliśmy do Warszawy, do senatora Laurysiewicza, którego poznaliśmy w Paryżu dosyć prywatnie, skoro opowiadał w naszej obecności Pankiewiczowi, jak to na życzenie Gabrieli Zapolskiej, z którą był zaprzyjaźniony, opisywał wschody i zachody słońca do jej książki, bo jej się nie chciało. Wiedząc, jak hojnie wspomaga Pankiewicza, ośmieliliśmy się prosić go o pożyczkę kilkuset złotych. Odmówił, oświadczając, że pomaga tylko Pankiewiczowi.
    Pojechaliśmy więc do mojego ojca do Lublina. Ojciec powiedział, że nie ma gotówki i dał bilecik do
   swego brata ciotecznego - adwokata Jeżewskiego z Warszawy - który był u mojego ojca mocno zadłużony. Wróciliśmy więc do Warszawy. Jan czekał w kawiarni, a ja poszłam do krewniaka. Nie zastałam go, czekałam na niego jak na szpilkach, bo wkrótce mieliśmy pociąg do Paryża. Wreszcie przyszedł, mówi: "Kuzyneczko kochana, mogę ci dać tylko 500 złotych, bo nie mam w domu więcej gotówki, a bank już zamknięty, ale zostaw mi swój adres, to ci przyślę więcej". Wzięłam te 500 złotych i na tym się skończyło, nigdy nic nie przysłał.
   
   - W 1931 roku kapiści zdecydowali się wrócić do Polski. Dlaczego?
   - Pojechaliśmy do Paryża na kilka miesięcy, a minęło już siedem lat, pora więc było wracać. Na naszą dość nagłą decyzję wpłynął jednak fakt, że Karol Stryjeński, który w tym czasie budował w Warszawie Instytut Propagandy Sztuki dla tworzenia prawdziwego życia artystycznego w Polsce, przyjechał do Paryża i mówi do nas: "Słuchajcie, wy tu sobie siedzicie, a w Polsce konieczna jest zmiana warty. Myśmy się już dość napracowali, wracajcie więc, żeby nas zastąpić". Miał na myśli takich nowoczesnych animatorów życia artystycznego, jak Skoczylas, Jastrzębowski, Starzyński, Lorentz i on sam ma się rozumieć. Skoro takie zadanie czeka nas w kraju, to trzeba wracać.
   Wyjechaliśmy wszyscy - oprócz Strzałeckiego - jesienią 1931 roku.
   
   - Jak wam się powodziło w kraju?
   - Marnie. Jaki był stosunek do nas tak zwanego mecenatu państwowego, niech panu uświadomi fakt,
   że po powrocie z Paryża dostaliśmy oboje z Cybisem trzysta złotych z Funduszu Kultury, a Zyga Waliszewski dostał stypendium w wysokości stu złotych miesięcznie dopiero na kilka miesięcy przed śmiercią w 1936 roku, a dostał je tylko dlatego, że był kaleką, bez obu nóg, potrzebującym stałej opieki, a nie dlatego, że był wybitnym artystą.
   
   - Już w 1932 roku wyjechała Pani z mężem do Krakowa. Dlaczego?
   - Związek Polskich Artystów Plastyków powierzył Janowi redagowanie "Głosu Plastyków", którego siedziba znajdowała się w Krakowie. U nas w domu była redakcja pisma, Jan poświęcał mu prawie cały swój czas. Redagował je wspólnie z Kazimierzem Miterą bezpłatnie. W Krakowie związaliśmy się z teatrem "Cricot" Jaremy, z postępowymi pisarzami i poetami, jak Kruczkowski, Polewka, Piwowar, Czuchnowski. Cały Kraków nazywał nas żydokomuną.
   
   - Wiadomo, że wojna rozdzieliła Panią z mężem. Jak to było?
   - Lato 1939 roku spędziliśmy w majątku Mycielskich w Wiśniowej. Tu dotarło do Jana powołanie do wojska. Kazano mu zgłosić się do swej jednostki w Krakowie. Gdy przyjechał do Krakowa, okazało się, że jednostka poszła już na wschód. Kazali mu gonić jednostkę, ale zabrali mu wszystkie dokumenty, prawdopodobnie przez podejrzliwość, że - jako pochodzący z terenów niemieckich - może być szpiegiem. Goniąc swą jednostkę, dotarł aż do Krzemieńca. Tu zamieszkał początkowo u Szczepańskich, a później z Heleną Zarembianką.
   
   - A co z panią działo się w czasie wojny?
   - Uciekłam przed Niemcami - wraz z Mycielskimi - pod Lwów, po czym wróciliśmy do Wiśniowej. Mycielscy obawiali się, że mnie nie wyżywią, pojechałam więc do Krakowa. Miałam tu mieszkanie w hotelu "Saskim". W 1941 roku Niemcy wyrzucili mnie z hotelu, jak zresztą wszystkich gości, między innymi Orkanową i kilku aktorów. Przeniosłam się do pracowni Jana przy ulicy Lubomirskich, z której dozorca kamienicy zdążył już zrobić sobie składzik. Pamiętam, jak na dwukołowym wózku przeprowadzali mnie Wołodia Konstantynów, Andrzej Stopka i inni koledzy, lał wtedy deszcz, było to coś tak komicznego, że pan pojęcia nie ma.
   
   - Juliusz Studnicki mawiał o Pani: "Hani należy się pomnik za jej działalność w latach okupacji", nie wyjaśniając nigdy - przynajmniej słowem drukowanym – co ma na myśli. Czy Pani wie, o co mu chodziło?
   - Chyba o to, że zorganizowałyśmy z Orkanową samopomoc koleżeńską dla członków Związku Plastyków, nie mających stałego źródła utrzymania.
   
   - Czy mogę prosić o szczegóły tej akcji?
   - Orkanowa, która była bardzo wyrobiona społecznie - była przecież żoną pisarza i społecznika - wystąpiła wraz ze mną do władz Związku Artystów Plastyków w Krakowie z propozycją zorganizowania samopomocy. Ówczesny prezes Związku - Adolf Szyszko-Bohusz - powiedział: "Dobrze, ale ja nie biorę za to odpowiedzialności, bo nie ma z czego płacić, jak splajtujecie". Poprosiłam mecenasa Woźniakowskiego (znanego z procesu Gorgonowej), z którym byłam zaprzyjaźniona, bo przed wojną kupował u Jana i u mnie obrazy, żeby napisał nam prośbę do władz
   niemieckich o zezwolenie na otwarcie w Domu Plastyków kawiarni na wzór tej, którą w Warszawie
   zorganizowali aktorzy. Pismo złożyliśmy w Wydziale do Spraw Polskich, na ręce pana Twardowskiego, starego profesora. Władze wyraziły zgodę i przyznały nam przydziały żywności. Na naszego przedstawiciela w kontaktach z Niemcami dał się namówić - całkiem bezinteresownie - rzeźbiarz Stefan Zbigniewicz, znający doskonale niemiecki.
    W kawiarni pracowało około 60 osób, wśród nich tacy artyści, jak Ludwik Puget czy Zbigniew Pronaszko. Jako kasjer pracował Witold Wyspiański, bratanek wielkiego artysty, działacz RPPS, który pod pseudonimem "Włodarczyk" pełnił funkcję przewodniczącego konspiracyjnej Wojewódzkiej Rady Narodowej w Krakowie. Każdy pracujący u nas kelner otrzymywał zapłatę za dyżur i bezpłatne wyżywienie w czasie pełnienia dyżuru, a za zarobione pieniądze prowadziliśmy jadłodajnię dla dwustu osób...
   
   - Myślę, że Juliusz Studnicki miał na myśli inną Pani działalność. Wdowa po Studnickim - profesor Krystyna Łada-Studnicka - którą niedawno także o to zapytywałem, powiedziała mi, że główne Pani zasługi w czasie wojny, to ukrywanie Żydów i komunistów. Wiadomo na przykład, że wybitny rzeźbiarz Henryk Wiciński zmarł w 1943 roku jako Pani "podopieczna na myśli. Czy Pani podopieczny". Był on członkiem KPP, która to partia - o ile wiem - nie była Pani bliska.
   - Więc niech pan sobie wyobrazi, że ściągnęłam do Krakowa także jego siostrę - komunistkę więzioną za sanacji - żeby pomogła mi opiekować się nim, bo był w ciężkim stanie, a musiałam zajmować się także drugim chorym na gruźlicę - malarzem Wołodią Konstantynowem. Musiałam zresztą opiekować się także chorą matką Waliszewskiego, bo Zyga już nie żył, a wdowa po nim - Żydówka - musiała się ukrywać...
   
   - Od profesor Łady-Studnickiej i Pani ucznia – Leszka Dutki - wiem, że ukrywała Pani ternową i Seydenmanową, o czym nie lubi Pani mówić, tym razem jednak bardzo o to proszę.
   - Cóż z tego, że je ukrywałam, skoro obie zginęły.
   - Proszę mimo to opowiedzieć, jak to było ze Sternową?
   - Tonka, żona Jonasza Sterna, mieszkała u mnie, utrzymując się z szycia, które jej organizowałam, bo była krawcową. W jej urodzie nie było śladu cech semickich, mimo to żyła w nieustannym lęku, że zostanie wykryta przez Niemców, nie mogłam jej przekonać, że nie jest zagrożona bardziej ode mnie. Na początku 1944 roku dostała od Józef ki Wnukowej przesyłkę ze Lwowa, zawierającą komplet dokumentów na nazwisko "Maria Nowak". Gdy je zobaczyła, wpadła w panikę - przeraziło ją, że Wnukowa zna jej kryjówkę. Uroiła sobie, że Wnukowa współpracuje z gestapo, a przecież była ona także Żydówką. W tym przerażeniu podarła bardzo dobre dokumenty, musiałam wyrabiać jej nowe...
   
   - Skoro miała dobrą Kennkartę i aryjskie rysy, to dlaczego zginęła.
   - Któregoś dnia powiedziała mi, że wyjeżdża do Warszawy, bo spotkała znajomego Żyda ze Stryja -
   gdzie kiedyś mieszkała - i obawia się, że on ją wyda. Odradzałam jej jak mogłam, ale bezskutecznie. Po pewnym czasie dowiedziałam się od jej ciotki, że nie wyjechała do Warszawy, tylko poszła na gestapo w Krakowie i zgłosiła, że jest Żydówką. Na szczęście, nie ujawniła, u kogo dotąd mieszkała. Została od razu odstawiona do obozu w Płaszowie. Tutaj przebywała już owa ciotka, która jednak nie przyznała się do niej, a po pewnym czasie, gdy nie zdołano jej udowodnić, że jest Żydówką, została wypuszczona. Dzięki temu dowiedziałam się o tym, w jaki sposób Tonka dostała się w ręce gestapo.
   
   - A w jaki sposób zginęła Seydenmanowa?
   - Dorota mieszkała u mnie pod nazwiskiem "Trzaskowska". Pewnego dnia, o ósmej rano, przyszedł do mnie nieznany mi mężczyzna i wręczył mi list, zaadresowany do krakowskiego gestapo, zawierający donos, że ukrywam Żydówkę i wyrabiam dokumenty dla mieszkańców getta. Zażądał, abym list w jego obecności zniszczyła, bo w razie rewizji w moim mieszkaniu mogłyby być z niego duże kłopoty, i poradził, żebyśmy obie - Dorota i ja - ukryły się, bo autor anonimu może napisać drugi...
   
   - Kim był ten człowiek?
   - Nie przedstawił się, początkowo myślałam, że to szmalcownik, ale nie chciał żadnych korzyści, więc
   nabrałam do niego zaufania. Dopiero po wojnie dowiedziałam się, że nazywa się Marian Bomba, był
   działaczem podziemia i należał do zespołu, który badał na poczcie głównej w Krakowie listy adresowane do gestapo.
   
   - Posłuchałyście, panie, jego rady?
   - Ja zostałam w domu, natomiast Dorota pojechała do Rabki i zamieszkała tam u swojej kuzynki - doktorowej Lauerowej - wdowie po laryngologu. Niedaleko Rabki, w Dobrej, mieszkała - z dwojgiem dzieci i matką - inna kuzynka Doroty. Tę kuzynkę odwiedziła krewna z Warszawy - malarka Maryla Oppenheim - która przed wojną często przyjeżdżała do Dobrej na narty. Mieszkający obok szewc znał Marylę i wiedział, że jest ona Żydówką. Poszedł na posterunek granatowej policji w Dobrej i złożył doniesienie. Wszystkie trzy kobiety i dzieci zostały zawiezione do więzienia w Nowym Sączu. Nazajutrz Dorota przyjechała do Dobrej, do swej kuzynki, przywożąc jej chleb, który kupiła u jakiegoś
   Niemca. Nie zastała kuzynki i jej rodziny. Przyszedł natomiast szewc i zaprowadził ją na posterunek
   policji. Poszła tam pewnie bez obaw, mając dobre papiery na nazwisko "Trzaskowska" i aryjskie rysy.
   Tymczasem policja zatrzymała ją i także odwiozła do Nowego Sącza. Dorota - zapewne bez zgody policji - zdążyła jeszcze wysłać do mnie kartkę z wiadomością, dokąd ją zawożą. Wzięłam Gerżabka, zaprzyjaźnionego malarza, który miał kontakty z podziemiem, i pojechałam z nim natychmiast do Nowego Sącza. Zamieszkałam tu u malarki Maryny Ryter, która była znajomą moją, jak i Doroty. Maryna była działaczką Rady Głównej Opiekuńczej. Znałyśmy w Nowym Sączu pewnego Niemca, który prowadził fabryczkę włókienniczą i prosiłyśmy go, żeby interweniował w sprawie naszej przyjaciółki. On – chociaż Niemiec - był blady ze strachu. W tym czasie szef gestapo - niejaki Hamann - szalał w mieście. Co noc prowadzili ulicami i wywozili poza miasto Żydów na rozstrzelanie, słyszałyśmy stukot ich drewniaków na ulicach miasta. Także z fabryczki owego Niemca zostali zabrani wszyscy zatrudnieni tam Żydzi i zaraz rozstrzelani. Wśród rozstrzelanych w tej akcji była
   także Dorota, wybitna malarka.
   
   - Skąd Pani o tym wie?
   - Z celi, w której przebywała Dorota, została zwolniona pewna dziewczyna. Dorota dała jej pierścionek i poprosiła ją, by poszła do Maryny Ryter i powiadomiła ją o tym, co się stało. Dziewczyna ta przyszła do nas i opowiedziała o wszystkim, czego dowiedziała się od Doroty i z własnej obserwacji.
   W więzieniu Dorota, zaprzeczając, że jest Żydówką, została skonfrontowana ze swą kuzynką z Dobrej
   i jej dziećmi. Dzieci powiedziały, że Dorota jest ich ciocią...
   
   - W strasznie ponurą zabrnęliśmy tematykę, chciałbym od niej uciec. Tuż po wojnie została Pani profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie jako studentka nie miała Pani prawa wybrać sobie pracowni. Jak do tego doszło?
   - W styczniu 1945 roku przylecieli z Lublina kukuruźnikiem Stanisław Teisseyre i Jerzy Wolff z upoważnieniem ministra Wendego do zorganizowania na nowo Akademii Sztuk Pięknych i Związku Artystów Plastyków. Przyszli do mnie, ale u mnie było zimno, więc przenieśliśmy się do Tadeusza Wojciechowskiego i zwołaliśmy tam kilkunastu plastyków. Zaprosiliśmy także Eibischa i zakomunikowaliśmy mu, że chcemy, aby był rektorem Akademii. Zgodził się i zaczął kompletować senat. Początkowo weszli w jego skład - oprócz Eibischa - przedwojenni profesorowie: Dunikowski, Frycz, Jarocki, Pautsch, Pieńkowski i Weiss. Któregoś dnia przyszedł do mnie Eibisch z Rzepińskim, obejrzał moje płótna i mówi: "Wiesz co, ja zrobię z ciebie profesora, napisz podanie o nominację".
   Ponieważ przed wojną prawie dwadzieścia lat przebywał w Paryżu, nie wiedział widocznie, że w Polsce nie ma takiego zwyczaju. Podania - oczywiście – nie napisałam, ale w kwietniu 1945 roku senat wybrał Fedkowicza, Zbigniewa Pronaszkę i mnie na profesorów nadzwyczajnych. Gdy wchodziliśmy do sali posiedzeń senatu, Pautsch powiedział mi: "Pani kandydatura była stawiana przez kogoś w senacie już przed wojną".
   
   - Blumówna pisze, że okazała się Pani świetnym pedagogiem, niezmiernie cenionym przez swych uczniów. Czy znajdowała Pani satysfakcję w pracy pedagogicznej?
   - Satysfakcję? To ogromnie wyczerpująca praca, nie wiedziałam, że będzie mi to zabierało tyle czasu. Nie mogłam jednak z niej zrezygnować, bo w Polsce zostać profesorem - to zaszczyt, zapraszani są na to stanowisko tylko artyści uznani za wybitnych, trudno więc odmówić takiemu zaproszeniu.
   
   - Pani małżeństwo z Cybisem było uważane przez waszych przyjaciół za idealne, a mimo to po wojnie nie wróciliście państwo do siebie. Jeśli nie jest to sprawa zbyt intymna, czy po wojnie musiało dojść między państwem do rozwodu?
   - Jeszcze w Wiśniowej, w 1939 roku, otrzymywałam od Jana listy. Gdy spotkaliśmy się po wojnie, miał pomysł, żeby zachować nas obie - Helenę Zarembiankę i mnie. "Tyś ją powinna usynowić" - taka była jego pierwsza propozycja. Trudno o tym więcej mówić...
   
   - Mimo rozwodu Cybis zachował dla Pani serdeczność, a także respekt jako dla artystki, czemu daje wielokrotnie wyraz w swych dziennikach.
   - Gdy zapanował socrealizm, przysłał do mnie Dorninlka Horodyńskiego# żebym poradziła mu, co ma robić w tej sytuacji. Powiedziałam: "Niech pan powie Janowi, żeby malował tak, jak umie i lubi i nie przejmował się socrealizmem"...
   
   - Czy Pani w okresie socrealizmu uniknęła wszelkich kłopotów?
   - W zasadzie tak, bo - niestety - nie zostałam uznana za "formalistkę", jak Cybis czy Nacht-Samborski. Zresztą, za "formalistę", czy artystę, który interesuje się bardziej formą niż tematem, nie został uznany nawet Zbigniew Pronaszko. Zawdzięczaliśmy to zapewne temu, że Kraków nie miał takich aktywistów socrealizmu jak Warszawa. Wprawdzie przyjeżdżał Sokorski, ściągał studentów o jedenastej w nocy do swego pokoju w hotelu "Francuskim", ażeby opowiadali, co profesorowie mówią, czego wymagają itd. Jeden z nich chcąc podlizać się ministrowi, skarżył na mnie: "Pani profesor nie każe mi nigdy malować z natury". Na drugi dzień inni studenci opowiadali jak było. Tak wykoślawiano charaktery młodych ludzi. Studenci na ogół wspierali mnie w moim oporze przeciwko socrealizmowi.
   W 1950 roku byłam na kolacji w „Bristolu” w Warszawie, Miłoszem i Juliuszem Starzyńskim, dyrektorem Państwowego Instytut Sztuki, nagle Starzyński zaatakował mnie, że powinienem porzucić wizję sztuki francuskiej i zwrócić spojrzenie na wschód. Ja mu mówię: "Panie profesorze, przecież to pan lansował malarstwo kapistów! Teraz pan mi proponuje wyrzeczenie się tego, co zrozumiałam
   dzięki swej trudnej pracy?". Mówię też do Ważyka: "Adam, broń mnie, przecież ty jesteś tak samo zżyty z poezją francuską!". Ale on milczał, bo był już zorientowany, co się dzieje. Nie minęło pięć lat od tego spotkania, gdy nagle Starzyński odwrócił się od socrealizmu i wszelkiego realizmu i zaczął lansować tylko awangardę.
   
   - Umieszczono Panią w bardzo prestiżowym, pięknie wydanym zbiorze biografii i reprodukcji dzieł najwybitniejszych artystek z całego świata od najdawniejszych czasów, zatytułowanym "Women in art". Czy akceptuje Pani podział malarstwa na męskie i kobiece? Pani malarstwo - jak twierdzi Joanna Guze – nie ma nic wspólnego z malarstwem kobiecym, podobnie jak poezja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej nie ma nic wspólnego z poezją kobiecą. Podziela Pani tę opinię?
   - Jest to opinia bardzo osobista. Ktoś inny może powiedzieć, że jest to malarstwo wybitnie kobiece. Ja nie chciałabym udawać, że nie jestem kobietą, zwłaszcza że lubią zarówno malarstwo kobiece, jak
   i męskie, jeżeli jest to prawdziwe malarstwo.
   
    Tadeusz Kucharski,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Kiedy Jerzy Treit poprosił mnie o napisanie krótkiego wstępu do prezentowanej właśnie wystawy znalazłem się w niemałym kłopocie. Naprawdę niewiele można powiedzieć o tak małej cząstce wystawionych tutaj prac. Opisanie każdego obrazu tak, by odwiedzający mógł się poczuć jak z jakimś przewodnikiem w ręce wydało się bezsensownym pomysłem. Możemy tu zobaczyć jedynie niewielki, dokonany przez autora wybór kilkunastu z setek prac. To, że są one w większości „świeże”, oczywiście w tym sensie że powstały niedawno, nie mogło dla mnie być jakimś ograniczeniem, by całemu treitowskiemu zjawisku przyjrzeć się z nieco większej perspektywy. Myślę, że widzowie, organizatorzy wystawy i oczywiście jej autor wybaczą takie właśnie podejście. Już od szeregu lat żyję z tymi obrazami w wielkiej przyjaźni, więc chyba mogę sobie na to pozwolić.
   Każda z Jego wystaw staje się nieczęstym obecnie zjawiskiem, gdzie publiczność szybko nawiązuje z tymi pracami pełny kontakt. Tutaj każdy traci swą nieśmiałość i przestaje myśleć kategoriami „znawcy sztuki”. To jest coś, co trafia do nas bez dystansu i często zastanawiam się co w tym siedzi. Wystawy te są miejscem gdzie można odnowić w sobie nadzieję że czas malarstwa, którego podstawą jest harmonizująca z formą treść nie skończył się. To nie są obrazy, czy też modne „ działania artystyczne” wśród których odbiorca czuje się zazwyczaj zagubiony nie mogąc odnaleźć ich przesłania.
   Podstawą tej twórczości jest kolor i świetny rysunek. Kładzione przez artystę plamy barw to nie tyko wypełnianie pigmentem płaskiej powierzchni. Wszystkie budowane są z szeregu subtelnych odcieni dzięki temu intensywnie żyją, dają odczucie wibracji oraz oddychającej pełną piersią przestrzeni. Kontrastowane ze sobą agresywnie budują niepowtarzalną harmonię obrazu i to chyba jedna z najwspanialszych tajemnic jaką przekazuje nam autor. Całość zdaje się powstawać lekko i bez wysiłku, jednak każde dotknięcia pędzla nigdy nie jest tu dziełem przypadku. Każdy punkt jest przemyślany i umieszczony na swoim jednym jedynym miejscu. Łatwo powiedzieć, że jest to kwestia talentu i niezawodnego instynktu, ale talent to tylko niewielki ułamek całości. Wrażliwość na te najmniejsze niuanse barw jest w dużym stopniu wynikiem olbrzymiej pracy intelektualnej i oczywiście praktycznej. To jest efekt tysięcy godzin spędzonych w pracowni i szeregu twórczych lat. Jerzy Treit nigdy ze swymi barwami nie szedł na skróty. Jest on młodym artystą, który samodzielnie przeszedł i idzie po trudnej drodze wielkich mistrzów koloru.
   Drugim wspomnianym już środkiem jest rysunek, również agresywny, pewny i zawsze postawiony tam gdzie jego miejsce w obrazie. I nie jest ważne w jakiej jest on wykonany technice. Wszystko jest dopracowaną jednością i harmonią.
   Najwięcej jednak emocji budzi wśród widzów przekazywana przez artystę treść. Piszę o niej na końcu, bo pomimo faktu, iż ją właśnie odczytujemy jako pierwszą, jest ona u malarza, jak mi się wydaje, zawsze pretekstem do perfekcyjnego rozegrania form. Sama w sobie jest bez wątpienia fascynująca. Wszystkie te portretowane gęby, anioły, fantastyczne postacie ukazują dziwny groteskowo przerażający świat. Przerażający, a jednak wesoły i nie pozbawiony humoru. Jakiś bardzo bliski i znany. Chyba taki, jakim w rzeczywistości jest nasze życie, lecz przedstawione przez autora w stworzonym przez niego magicznym zwierciadle.
   To po prostu kawał dobrej sztuki opartej na rzadko spotykanym współcześnie rzetelnym i perfekcyjnym rzemiośle artystycznym.,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

    Jestem niezmiernie zaszczycony możliwością napisania tekstu wprowadzenia do katalogu wystawy Prof. Juliusza Joniaka, organizowanej przez Galerię ZPAP Sukiennice, mieszczącą się w samym sercu Krakowa. Moim odczuciom niepewności i zakłopotania towarzyszy świadomość, iż zaliczając się w pewnej mierze do uczniów Profesora nie mogę i z pewnością nie będę w stanie spojrzeć na malarstwo Prof. Joniaka zdystansowanym i chłodnym okiem krytyka, który w swych zapędach do formowania ocen i wyroków zawsze jednak powinien zadbać o precyzję i konsekwencje proponowanej skali wartości, a jednocześnie musi być otwartym na wartości wypracowane w innych orbitach artystycznych.
   
    Jednym z pierwszych moich tekstów o malarstwie opublikowanym w prasie była recenzja z wystawy Prof. Joniaka zaprezentowanej w 1991 roku przez galerię „Piano Nobile". W recenzji tej pisałem będąc generalnie pod jednym wrażeniem, że obrazy Profesora są malowane jak gdyby „z nut", tzn. z niebywałą swobodą i ekspresyjnym polotem. Upłynęło kilka lat. Nie było wtedy i nie ma teraz w obrazach Prof. Joniaka wątpliwości, zawahań, i rzecz bardzo ważna, nie ma też elementów niepotrzebnych, zbędnych, czyniących obraz mniej klarownym a tym samym mniej przekonywującym. Nie ma „rozgadanych" detali - a przecież często kusi do tego „picturalność" kolorystycznej konwencji. Malarskie tradycje „koloryzmu", jakim Prof. Joniak pozostaje wierny przez całe życie, nie ograniczają i nie unifikują Jego osobistego piętna, jaki wywiera na swoich obrazach, malując najczęściej klasyczne motywy: martwe natury, pejzaże, portrety, a również obrazy zbliżone do rozwiązań li tylko abstrakcyjnych lub aluzyjnych, jak choćby niezwykłe płótno z 1971 roku zat. „Pejzaż z tęczami".
   
    Pamiętam jedno ze spotkań z Profesorem w pracowni krakowskiej ASP, kiedy wyświetlał nam (studentom) slajdy z podróży do Hiszpanii, kiedy opowiadał o niepowtarzalnych zjawiskach świetlnych, zestawieniach kolorystycznych i kontrastach charakterystycznych tylko i wyłącznie dla ojczyzny Velasqueza, Goyi, Picassa. Tłumaczył i przekonywał jak mocno może oddziaływać na malarza otoczenie, atmosfera pejzażu, kąt padania promieni słonecznych, brunatne nasycenie koloru ziemi i drastycznie wykrojone, ciemne cienie na jasnych ścianach domów i zabudowań. Później ustawiał duże martwe natury i w bardzo lapidarny sposób otwierał nam oczy, opisując w kilku słowach malarską jakość, atrakcyjność i charakter podejmowanego motywu.
   
    Kiedy dzisiaj spoglądam na obrazy Prof. Joniaka odnoszę wrażenie, że artysta z wiekiem, z biegiem
   czasu, młodnieje. Nie angażując się już w sprawy artystycznej pedagogiki może malować bardzo dużo i czyni to jak gdyby z młodzieńczą zadziornością, świeżością i dynamiką. Tego elementu otwartości, swobody i wręcz brawury mogą mu pozazdrościć najbardziej zadufani w sobie i obsesyjni malarze. Kolorystyczny słuch, wyczucie przestrzeni i światła, wrażliwość na niuanse faktury, wewnętrzna koherencja w locie jak gdyby poukładanych elementów kompozycji obrazu, nie zabijana zbyt napastliwym i beznamiętnym rygorem - oto klarowne zalety malarstwa Prof. Julisza Joniaka, które zapewne dostrzega nie tylko były uczeń, ale także każdy artysta pamiętający o podstawowym alfabecie i źródle z jakiego czerpie od tysiącleci magiczna sztuka malowania obrazów.
   
    Wszystkie obrazy Prof. Joniaka prezentowane na wystawie w Galerii ZPAP Sukiennice namalowane zostały w 1997 roku. Są to wyłącznie martwe natury i pejzaże. W rozświetlonej wrześniowym słońcem pracowni artysty stoi ustawiona na małym stoliku martwa natura z szafirową butelką, z suchymi kwiatami w szklanym
   wazonie na tle wzorzystej draperii. Na wielu obrazach, w przeróżnych konfiguracjach ze zmieniającą się scenografią draperii i obrusów, występują ci sami aktorzy: dzbany, butelki, karafki, tace, talerze, półmiski, koszyki, wazy, donice, flakony z kwiatami. Obok nich (lub na nich) akcentują się cytryny, jabłka, gruszki, pomarańcze, pocięta cukinia, papryka, ananas... Potrzebne w każdej chwili naczynia stoją poustawiane na
   półce pod sufitem lub na parapecie okna. Przypomina to trochę wnętrze pracowni Giorgio Morandiego, który przez całe życie malował kilkanaście naczyń przechowywanych w pracowni jako najwierniejsze modele. W takim ograniczeniu właśnie Morandi odnalazł cały kosmos i pełnię malarskich możliwości.
   
    Wspomniane pejzaże, które Prof. Joniak namalował w tym roku, pochodzą z okolic południowej Francji. Szczególnie malarz upodobał sobie małą nadmorską miejscowość Coullioure, którą często kiedyś odwiedzali fowiści, oraz St. Remy, gdzie za odrapanym murem w szpitalu łagodził swoje szaleństwo Vincent van Gogh. „Coś tam w tym miejscu jest intrygującego, albo mnie się wydaje że to jest" - mówi artysta. Mur odgradzający szpital od urokliwej okolicy pojawia się na obrazach jako element zmysłowego pejzażu. Biały dom otoczony platanami, aleje i polne drogi, krzewy i odległe zabudowania, fragmenty zatoki morskiej z sylwetką latarni - wszystko rozedrgane słonecznym blaskiem, mieniące się świetlistą zjawiskowością i ulotnym powiewem orzeźwiającego wiatru. W tych obrazach przeniesiony zostaje w naszą rzeczywistość oddech południa Francji, wrażeniowe piękno tamtego pejzażu oraz jego powietrzne brzmienia soczystych zieleni i dźwięcznych błękitów, piaskowych pasm skręcającej drogi, gdzie drzewa rzucają swój głęboki cień.

 

                                                                                                                                                         Stanisław Tabisz
   

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

    Żyjemy w erze podejrzliwości. To określenie „era podejrzliwości" - wymyśliła w połowie naszego wieku Nathalie Sarraute, wybitna francuska pisarka i eseistka. Podejrzliwość to inaczej nieufność, niewiara, wątpienie. Nie ufamy sobie i światu, cywilizacji i sztuce, bo nie ufamy życiu, że jest logiczne i sensowne, jasne i świadome. Tyle budowaliśmy, a prędzej czy później okazywało się pożywką dla ciemnych i niszczycielskich instynktów. Więc zwątpiliśmy, że cokolwiek jest dane na pewno. Nawet sztuka, która miała być przecież emanacją lepszej strony naszego bytu, z czasem przestała wierzyć, że jest wstanie cokolwiek ocalić albo chociaż utrwalić. Z energią godną lepszej sprawy mnoży komentarze do samej siebie - podpórki kruchej egzystencji, jeszcze nigdy w dziejach sztuki nie powstało tak wiele tekstów mających sztukę objaśnić, wyjaśnić, udowodnić i uzasadnić.
    Na tym oceanie zwątpienia i podejrzliwości - wysepka o nazwie Jan Szancenbach. Nie jedyna, to prawda, ale jakże wyraziście świecąca własnym, niezwykłym światłem. Wyspa Jan Szancenbach nie podlega dokładnie niczemu, co zostało wyżej opisane. Żadnemu z żywiołów, które usiłują podmyć jej niewzruszone brzegi.
    Składa się cała z pewności, jasności, wiary i zaufania. Najmniejszemu wahaniu nie podlega jej sens i kształt. Jej życie wewnętrzne to nieustannie zapełniane farbami prostokąty płótna, które zdają się mnożyć tak spokojnie, jakby życie na ziemi powstało tylko po to, by przenieść się prędzej czy później w barwny dwu wymiar okolony solidną ramą.
    Szancenbach nigdy bowiem nie zwątpił w sztukę malowania, co oznacza, że nie zwątpił w tradycję będącą przenoszeniem zasad, a nie pytaniem o ich sens i cel. Jego malarstwo jest swoistym pamiętnikiem optymisty, dla którego widzialny świat jest godny utrwalenia na płótnie, a sztuka jest godna sprostać wspaniałości świata. Cud natury i cud sztuki powinny być siebie warte, zdaje się mówić Szancenbach każdym obrazem. Dlatego istotą jego malarstwa jest przede wszystkim harmonia.
    Antenatów tej twórczości rozpoznawano na pierwszy rzut oka, zresztą z pełną akceptacją artysty. A więc szkoła francuska od Cezanne' a, Moneta, Gauguina i Bonnarda po fowistów. I polscy uczniowie tej szkoły: kapiści z Pankiewiczem, Cybisem, Nachtem. Nie przypadkiem był Szancenbach uczniem Mehoffera, Weissa i Eibischa. Ale w jego malarstwie widać, że przyszedł po nich wszystkich. Nie tylko dlatego, że wyciągnął - twórczo - wnioski z ich
   doświadczeń. Także dlatego, że nie musiał już, jak oni, walczyć o swoje widzenie, swoją koncepcję sztuki. Oni konstruowali idee i programy, poszerzali miejsce dla siebie pośród innych, silniejszych wtedy zasad i tendencji: impresjoniści wobec akademizmu, kapiści wobec matejkizmu. W tej walce musiały zaostrzać się stanowiska ideowe i decyzje artystyczne, w starciu z przedmiotowością symptomatycznym wykrzywieniom ulegała widzialna rzeczywistość, w sporze z tematycznością historyzmu ginął głębszy sens obrazu, zamieniając się w półabstrakcyjną feerię środków czysto malarskich.
    Szancenbach, który, jak wielu, przyszedł na gotowe, mógł już korzystać z całej wolności, jaką pozostawili po sobie starzy mistrzowie. Nie musiał już niczego wybierać przeciwko czemuś, wystarczyło zdecydować się na kontynuowanie tej właśnie drogi w sztuce. Harmonia między światem widzialnym a materią malarską mogła więc sięgnąć pełnej równowagi. Już niczego nie trzeba było udowadniać; Cezanne nie musiałby już wydłużać talerzy i pochylać drzew, Gauguin deformować postaci, a Cybis nakładać równomierną warstwę impasta tak na wazon z kwiatami, jak na tło.
    Dlatego przedmioty na obrazach Szancenbacha są takie, jakimi stworzyła je natura albo człowiek. Kolor nie jest przywiązany do żadnej doktryny: jak trzeba, może być lokalny, ale nie koniecznie. Skrzypce mogą być czerwone, choć cytryna zawsze pozostanie żółta, a arbuz różowy z czarnymi, a nie zielonymi pestkami.
    Pejzaż ( morski brzeg, górski stok, jezioro, miejska ulica), martwa natura ( kwiaty, owoce, muszle, kraby), wnętrze (pracownia, okno i stół), portret ( kobieta, pies) nigdy nie przestają być tym, czym są, po prostu obrazem rzeczy świata. Malarskiej pychy dokładnie tam tyle, co pokory wobec natury.
    Obrazy Szancenbacha nie są dramatyczne, pragnienie harmonii wyklucza dramatyzm. Może niektóre ... gdzie sama aura pejzażu sprzyja gwałtowniejszym nastrojom ( fiordy norweskie, śniegi i deszcze w Tatrach ) albo nagłemu spiętrzeniu ulega gama barwna, jak się to zdarza poniektórym martwym naturom w czerwieniach i fioletach.
    Inna sprawa, że Szancenbach mógł znaleźć harmonię raczej w sztuce niż rzeczywistym świecie. Nie przypadkiem najbardziej harmonijne są martwe natury - układane ręką i wolą malarza ... każdy z obrazów upiększa więc poniekąd realną rzeczywistość, podnosi ją ze zwykłości codziennej egzystencji ku odświętności malarskiego wizerunku. Ogród jest kolorowszy, wnętrze jaśnieje, owoce w koszyku promienieją blaskiem wiecznej świeżości. Nawet ciemne obrazy, w umbrach, ugrach, mrocznych zieleniach świecą wewnętrznym światłem, intensywniejszym niż świat w naturalnym mroku.
    Wszystko to nie tylko dlatego, że Szancenbach lubi jaskrawe barwy, czyste zestawienia, czasem brawurowe, na granicy krzykliwej jarmarczności, choć nigdy nie przekraczające niewidzialnych, a wyczuwalnych reguł dobrego smaku. Też dlatego, że sztuka, po prostu, ma być lepsza, piękniejsza i mądrzejsza od świata. To jest oczywiście czysty banał. Ale banał sztuki - czy banał języka? Jakiej odwagi dziś trzeba, by za Norwidem powiedzieć te jakże banalne słowa, że sztuka kształtem jest miłości?
   Szancenbach wciąż ten kształt maluje.
   
   
                                                                                                                                                     Tadeusz Nyczek
   

,

    We live in an age of suspicion. The appellation, "age of suspicion," was coined in the middle of this century by Nathalie Serraute, the distinguished French writer and essayist. Suspicion is otherwise distrust, disbelief, doubt. We trust neither ourselves nor the world, neither civilisation nor art. This is because we do not trust life to be either logical or sensible, clear or conscious. It became apparent that all that we were building only becomes nourishment for dark and destructive instincts. Thus we doubted the certainty of any given. Even art, which after all is supposed to be the emanation of the superior side of our being, has with time ceased to believe that it is in a position to save or even strengthen anything. With an energy worthy of a higher cause, it has multiplied commentaries about itself— as supports to a fragile existence. Never in the history of art have so many texts appeared which are supposed to
   interpret, elucidate, substantiate and justify art.
    In this ocean of despair is a tiny island by the name of Jan Szancenbach. Not the only one, it is true, but indeed, it distinctly shines with its own extraordinary light. The Jan Szancenbach island is by no means subjected to any of that which is described above — to any of the elements which attempt to undermine its unyielding shores.
    The whole of this island is composed of certainty, lucidity, faith and trust. Its sense and form do not undergo the slightest vacillation. Its internal life consists of canvas rectangles, continually being filled in with paint. They appear to multiply so peacefully, as though life on earth came into being simply to be, sooner or later, transferred to colourful two-dimensions enclosed by a solid frame.
    Thus Szancenbach never lost hope in the art of painting, that is to say, he never lost hope in tradition as the transmission of rules, and not as questioning of their sense and purpose. His painting is the private diary of an optimist, for whom the visible world is worthy of reservation on canvas, and art is a fitting counterpart for the earth's splendour. With every picture, Szancenbach seems to say that the wonder of nature and the wonder of art should be deserving of one another. Thus the essence of his work is, first and foremost, harmony.
    The antecedents of his creativity can be recognized at first glance, and were corroborated by the artist. This is namely the French School, from Cezanne, Monet, Gauguin and Bonnard to the Fauvists, as well as Polish adherents of this school: Colourists (or Capists) Pankiewicz, Cybis, and Nacht. It was no accident that Szancenbach was a pupil of Mehoffer, Weiss and Eisbisch, but in his painting it is apparent that he came after all of them. This is not only
   because he creatively drew conclusions from their experimentation, but also because he, unlike they, no longer had to struggle for his vision, his concept of art. They constructed ideas and programs, carved out a place for themselves among other rules and tendencies which were stronger at the time: Impressionists against Academism, Colourists against the school of Matejko. In this struggle, ideological positions and artistic decisions had to become more
   stringent. Due to the altercation with objectivity, visible reality underwent systematic distortions. During the dispute with Historicism's thematic emphasis, the deeper sense of the picture was lost, changing into a half-abstract and fabulous spectacle of pure-painterly techniques.
    Szancenbach, like many others, came when everything was in readiness. He could immediately take advantage of complete freedom, which the older masters left as their legacy. He didn't have to make choices in regard to an opposition; it was sufficient to choose to continue along his own artistic path. Harmony between the visible world and the painter's material could thus reach total equilibrium. There was no longer anything to prove: Cezanne no longer had to elongate plates or tilt trees, nor Gauguin deform figures, nor Cybis spread the same, uniform layer of impasto on a vase of flowers as on the background.
    Thus the subjects in Szancenbach's pictures are just as though they were formed by nature or man. Colour is not bound by any doctrine: when necessary, it can be localised, but not imperatively. A violin can be red, however a lemon always remains yellow, and a watermelon pink with black, not green seeds.
    Landscapes (seashore, mountain slope, lake, city street), still lifes (flowers, fruits, shells, crabs), interiors (studios, window and table), and portraits (woman, dog) never cease to be that which they are: simply pictures of worldly objects. In regard to nature, there is as much painterly conceit as humility.
    Szancenbach's pictures are not dramatic; the desire for harmony precludes drama. Perhaps certain ones ... where the very aura of the landscape is conducive to more impetuous moods (Norwegian fjords, rain and snow in the Tatra Mountains), and certain still lifes with unexpected accumulations of reds and purples.
    Another matter is that Szancenbach managed to find harmony in art rather than in the real world. It is no accident that his still lifes are the most harmonious — composed by the hand and will of the painter. Each of the pictures thus, to some extent, embellishes reality; raising it up from the commonness of everyday existence to the ceremonial character of the painted likeness. A garden is more colourful, an interior brightens, fruit in a basket glows with the radiance of eternal freshness. Even dark paintings, in umbers, ochres and murky greens shine with an internal light, more intensely than the world in its natural gloom.
    All of this is not only because Szancenbach preferred vivid colours, clean, sometimes daring, compositions on the border of flamboyant vulgarity, though never crossing the invisible, but palpable bounds of good taste. For art simply ought to be better, lovelier and wiser than the world. This is obviously pure banality, whether banality of art - or banality of language. What kind of courage is needed today to echo the very banal words of Norwid, that art is a form of love?
    Szancenbach painted this form continually.
   
                                                                                                                                                       Tadeusz Nyczek


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

    W wypadku tej twórczości należy odstąpić od uświęconych tradycją obyczajów. Nie pisać o malarstwie Jerzego Świecimskiego zatem, lecz o Jerzym Świecimskim i jego malarstwie jako soczewce skupiającej wszystkie, nader rozległe i niekiedy biegunowo sobie odległe elementy jego bogatej osobowości.
    Bo też Jerzy Świecimski jest postacią niezwykłą: ukończył studia biologiczne, co sugeruje zainteresowanie życiem w całej różnorodności jego postaci: a także ścisły, skłonny do systematyzacji umysł. Potem wstąpił jednak do Akademii Sztuk Pięknych, co nie wymaga komentarza, gdyż w tamtych czasach krok taki był wyrazem romantyzmu w jego skrajnej postaci. Równolegle zajmuje się humanistyką w jej najgłębszym, filozoficznym znaczeniu, w tym muzeologią; jest poliglotą, mówiącym paroma językami, i muzykiem, gdyż jeszcze w latach okupacji uczęszczał do Konserwatorium Warszawskiego działającego pod nazwą szkoły zawodowej. A czyż nie miał racji Witruwiusz, pisząc przed dwoma tysiącami lat, że „sztuka nie może istnieć bez zrozumienia muzyki, gdyż ona sama jest muzyką, jest harmonią,
   którą się widzi"?
    Sztuka jest również językiem wypowiedzi - precyzyjnym jak mowa i jak ona sposobnym do formułowania racji, co jest dla odmiany domeną poszukującej wielkich syntez filozofii.
    Wiedza też i wrażliwość, lub też odwrotnie - wrażliwość i wiedza, stopiły się w jedno w sztuce artysty. Oraz właściwa filozofii dyscyplina myślowa i systematyczność, wraz z dążeniem do porządku, będąca cechą wszystkich nauk. Dość, by opierając się na tych cechach, namalować pod każdym względem nienaganny obraz. Zbyt mało, by stworzyć dzieło sztuki.
    Na szczęście, hojna natura obdarzyła Świecimskiego również talentem, dobrym smakiem i kulturą, i tym, czego niepodobna zdefiniować ani ująć w słowa, lecz dzięki czemu obraz żyje, przemawia i potrafi nas wzruszyć i przekonać do swych jakże subiektywnych i emocjonalnych rysów.
    Z pozoru outsider i samotnik, Świecimski jest nieodrodnym dzieckiem swojego czasu i miejsca; z krakowskiej Akademii wyniósł właściwy dla niej, solidny, postimpresjonistyczny warsztat, czyli de facto receptę na wykonanie poprawnego obrazu lub ściślej - nienagannej płaszczyzny malarskiej, pozbawionej „dziur", dzięki równowadze walorów i przepojonej własnym, wewnętrznym światłem, uzyskanym poprzez naprzemianległe położenie barw ciepłych i zimnych.
    Potem, w czasach wojującej awangardy, zajął się strukturą obrazu, jego matematycznym niemal podziałem. W tym samym czasie hasłem dnia była abstrakcja i bezprzedmiotowość lub niefiguratywność, jak zwano dalekie przetworzenie rzeczywistości.
    Świecimski porzuca więc przedmiot na rzecz daleko posuniętej syntezy lub innego sposobu odkształcania rzeczywistości, zawsze gorącego, zawsze więc służącego wyrażaniu wewnętrznych odczuć, nastrojów i skojarzeń.
    I wtedy zachodzi w sztuce Świecimskiego dziwna i nader rzadka przemiana: porzuca zatłoczony trakt obrazoburczej awangardy wraz z jej hasłem: „nowe jest lepsze", by spojrzeć wstecz, w głąb historii. By sięgnąć - kilkanaście lat przed twórcami transawangardy i post-modernizmu - do jakże emocjonalnej i mięsistej tkanki baroku, zwłaszcza holenderskiego. Tej sztuki, która (czy nie jako jedyna w historii dziejów) potrafiła jednocześnie mówić o radości życia i śmierci, o bogactwie i nicości, połączyć początek i koniec, światło i mrok, cielesność i mistykę.
    Przekorny w swej naturze Świecimski odchodzi jednak od holenderskich motywów, by malować pejzaże miejskie jako impresje z licznych, wyłącznie zawodowych podróży, a zwiedził w swej muzeologicznej kwerendzie ładny kawałek świata.
    Zaczyna od monochromów, od „muzealnych" tonacji i „sosów" malarstwa „stimmungowego" minionego stulecia, dowodząc, że rację miał Goethe w swej opinii o „mistrzu, którego poznaje się w ograniczeniach", zaś stokrotną rację miał Picasso, mówiąc, że „naprawdę maluje się niewielką ilością kolorów; wrażenie, że jest ich dużo, wywołuje ich właściwe rozmieszczenie na płaszczyźnie". W wypadku Świecimskiego znakomite operowanie światłem i cieniem sprawia, że materia dzieła potrafi być gęsta i zwiewna zarazem, materialna i przejrzysta, jak zabarwiona kolorem przestrzeń.
    Potem, stopniowo i krok po kroku, paleta się rozjaśnia i wzbogaca, tu i ówdzie pojawiają się drobiny świecącej czerwieni, by w końcu, w pejzażach paryskich rozbłysnąć feerią lotnych błękitów i różów w radosnym wyznaniu, że również temu artyście, podobnie jak tylu innym
   w dalekiej i mniej odległej przeszłości, to miasto „przemyło oczy". Jasna, eksplodująca barwami paleta jest zapisem pogody ducha artysty, w jaką wprawiła go atmosfera ta ville lumiere.
    Świecimski maluje jednak swój pejzaż wewnętrzny, skutkiem czego jego sztuka jest kroniką intymną. I właśnie atmosfera autentycznego przeżycia i jego zapisu tworzą w niej zjawisko niezwykłe w krajobrazie naszego merkantylizującego się malarstwa.
   
                                                                                                                                                   Jerzy Madeyski

,

    In this case of art the fixed traditional habits should be forgotten. Not the painting of Jerzy Świecimski should be considered but Jerzy Świecimski himself and his painting as the lens focusing all, very vast and sometimes diametrically distant elements of his rich individuality.
    Because Jerzy Świecimski is an extraordinary person: he has graduated in biological sciences, which suggests both the interests in all variety of forms of life and the precise and systematic brain. Then, he attended the Academy of Fine Arts, which does not need any comments. In those years it was an extremely romantic decision. Simultaneously he has been dealing with humanities in their deepest, philosophical sense, including theoretical museology; he is a polyglot, speaking several languages and also a musician. During the Second World War he attended the school of music in Warsaw. Was not Vitruvius right, when he wrote two thousands years ago: „the Art cannot exist without understanding of music, because the Art itself is the music, it is a harmony in a visible form"?
    But the Art is also a language of expression - precise as the speech and similarly appropriate for precise formulation of arguments, which on the other hand is also a domain of philosophy searching for generalizing syntheses.
    So, in the art of this Author both knowledge and sensitivity or rather better: sensitivity and knowledge have fused together. Moreover also the discipline of thought, characteristic for philosophy and orderliness, typical for all sciences are involved. It is enough to paint the
   faultless pictures, but too little to create the piece of art.
    Luckily, the generous Nature has presented Jerzy Świecimski with talent, good taste and culture - undefinable features, difficult to express in words. Thanks to them, however his painting is alive, appealing, moving and convincing to its so subjective and emotional arguments.
    Apparently the outsider and loner Świecimski is a worthy son of his time and place. He took from the Academy in Cracow the solid, postimpressionistic technique of painting, characteristic for this trend. That means - the recipe how to make a correct painting - or what is more precise - the faultless plane of painting, free of „holes" due to the balance of values and full of its own, intrinsic light, obtained by alternate laying the cold and warm colours.
    Then, at the times of fighting avant-garde he was dealing with the structure of painting, it`s almost mathematical division. At his time abstraction and configure art", as transformation of reality was called, were a hit.
    Thus, Świecimski abandoned the object, changing it into its far reaching synthesis, or other deformation, always hot and always expressing internal emotions, moods and associations.
    And then a strange and very rare change in Jerzy Świecimski's art happened: he left the overcrowded track of the iconoclastic avant-garde, together with its slogan: „new is better",
   to go back into historical past. To touch - more than ten years before the artists of so called Transavant-garde and Postmodernism - so emotional and essential tissue of the Dutch baroque. This art, which as may be the only one, was able to tell simultaneously about the joy
   of life and death, about richness and nihilism.
    Świecimski, of somewhat contradictious character, left, however, the Dutch motifs to paint city landscapes as impressions from many exclusively professional travels. In his museum
   inquiry he has visited a good piece of world.
    He began with monochromatic painting and „museum" gradations and „sauces" of „stimmung" painting of the previous century, proving that Goethe was right writing about „the Master in his limitations" and even more was right Picasso, saying that „real painting uses a small number of colours; the impression of their multiplicity may be gained by the proper location in the plane". In the case of Świecimski - it is a perfect handling light and shadow, which causes that the matter can be both dense and airy and at the same time substantial and transparent as the space touched with colour.
    Then gradually and step by step his palette was brightening and enriching, and here and there were appearing red blushes to have flared up finally with the feerie of airy blue and rose colours in landscapes of Paris, a joyful confession that this city „had washed the eyes" of
   this artist, similarly as so many others in a long ago and closer past.
    The bright, exploding with colours palette of the Artist is only a record of his joyful mood, caused by the atmosphere of fa ville lumière. Świecimski is painting however his internal landscape, so his art is a form of intimate chronicle.
    And this is the atmosphere of the authentic experience and its record that make of this art the phenomenon unusual in the landscape of our mercantilizing painting.
   
                                                                                                                                                  Jerzy Madeyski
   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

  I znowu jak przed kilku laty wychodzę na któreś tam piętro budynku Polskiej Akademii Umiejętności | przy ulicy  Sławkowskiej, by l w maleńkim pokoiku-pracowni patrzeć na obrazy Jerzego Świecimskiego. Kiedy mam pisać o malarstwie kogoś bliskiego, a tak jest właśnie w tym przypadku, chcąc nie chcąc, zaczynam wspominać. Zaczynam wspominać nie ze względu na jakieś sentymenty czy nawyki, jakie niesie z sobą upływający czas.
    Bardzo często wspomnienia łączą się z dniem, który właśnie trwa, a rozmowy, refleksje dotyczące malarstwa, muzyki, ludzi pozwalają uważniej i głębiej patrzeć na obrazy.
    Obrazy te bowiem, szkice, rysunki powstają przecież z podobnych przeżyć i wzruszeń, rodzą się z wnikliwych analiz rzeczywistości, ale również ze wspomnień właśnie. Z zobaczonych i zapamiętanych krajobrazów, domów, drzew, wnętrz, ale i z zobaczonych obrazów, z zapamiętanych rozmów.
    Wspominam więc wspólne z Jerzym spacery po Norymberdze, ale i wzruszenie katedrą w Bambergu, oglądanie monachijskich muzeów i rozmowy nie tylko o obrazach, ale i o tym, jak są eksponowane, mówiąc najprościej - jak się je ogląda.
    Rozmowy z Jerzym to krótkie nieraz uwagi o czymś właśnie zobaczonym, to jakieś ironiczne żarty, ale i w najwyższym stopniu profesjonalne opinie i refleksje wybitnego muzeologa, filozofa, przyrodnika, autora licznych książek, wykładowcy polskich i zagranicznych uniwersytetów.
I teraz, tak jak dawniej rozmawiamy o profesorze Ludwiku Gardowskim, o profesorze Makarewiczu, wspominamy krakowską ASP, Jerzy mówi o swych wspomnieniach z przerażających dni powstania warszawskiego.
    Ale wspomnienia w przypadku Jerzego Świecimskiego to nie tylko podróże, praca naukowa czy dydaktyczna.
    Te wspomnienia to przede wszystkim droga malarza i rysownika, praca twórcza obejmująca różne obszary artystycznych działań. Trzeba tu przypomnieć, że to właśnie Jerzy Świecimski był jednym z tych artystów, którzy podjęli ryzyko realizacji malarstwa sakralnego przed wielu laty. Trzeba dziś przypomnieć, że taka decyzja zauważana przez ówczesne władze komplikowała życie artystom. Aby więc zadecydować o współpracy z Kościołem - trzeba było być odważnym i liczyć się z najróżniejszymi skutkami takiej decyzji. Ale była też sprawa następna, może ważniejsza. Zarówno duchowieństwo, jak i wierni nie dostrzegali w swej wyobraźni potrzeby zaistnienia we wnętrzach kościołów tego, co nazywano sztuką współczesną czy współczesną sztuką sakralną.
    Jerzy Świecimski realizuje wspólnie z kolegą architektem Lubosławem Dormusem wnętrze Kaplicy Adoracji Najświętszego Sakramentu w Bazylice Ojców Jezuitów przy ulicy Kopernika.
We wnętrzu kościoła, do którego jedno z wejść zwieńczone jest znakomitymi rzeźbami Xawerego Dunikowskiego, w bocznej kaplicy nasz artysta realizuje ekspresyjne sgraffito, niejako „doprowadzające" wchodzących tu do przeżywania modlitwy.
    Mimo szeregu „interwencji", mających zresztą na celu odczyszczenie wnętrza kaplicy - dzieło Świecimskiego po wielu latach nie straciło wyrazu. Warto tu wspomnieć nieżyjącego już ojca Jana Popiela, inspiratora nie tylko tej realizacji, ale jednego z najbardziej zasłużonych dla współczesnej sztuki sakralnej w Polsce duchownych. Tak więc od pracy naukowej, do wielostronnej wiedzy o muzealnictwie, obok dydaktyki, malarstwa monumentalnego - dochodzimy do Jerzego Świecimskiego malarza, mającego ogromny dorobek twórczy, którego niewielkie fragmenty oglądaliśmy kiedyś w Pałacu Sztuki, a teraz, w roku 2007 w Galerii Piano Nobile.
    Patrząc w maleńkim wnętrzu przypominającym raczej zakonną celę niż pracownię na obrazy artysty - uświadamiam sobie rzecz może najważniejszą.
    Twórczość Jerzego Świecimskiego to jedna z nieczęstych ostatnio manifestacji wiary w sens malarstwa.
    Kiedyś rysownik i malarz, ale i znakomity nauczyciel Adam Hoffmann zaproponował w gronie przyjaciół dyskusję pod tytułem: „co malować i po co?".
    Otóż patrząc na duże, małe i średniej wielkości płótna, kartony, płyty, na których maluje Swiecimski - widzę, co maluje. Dostrzegam inspiracje, pokrewieństwa i to, co najbardziej własne i niepowtarzalne.
Ale też słuchając krótkich, nieraz dramatycznych i pełnych wątpliwości wypowiedzi malarza, dowiaduję się, po co maluje. Sądzę, że to malarstwo jest znakiem więzi ze światem, ale i przeżywaniem tego, co zobaczone.                                                                                                            
     Krajobrazy inspirowane podróżą po Anglii i Holandii, warszawskie wspomnienia wojenne zwane „zimnymi ruinami", wreszcie wzruszające w swej prostocie „Epitafium dla kota".
    Świecimski malując - pisze swój pamiętnik, odnajduje słowa, które są tonacją barwną płócien, gęstością materii malarskiej, nagłymi błyskami czerwieni, błękitu i bieli.
    „Chciałbym w życiu namalować choć jeden dobry obraz" - tak powiedział mi malarz, pokazując wiele świetnych płócien.
    To wyznanie, tak proste, tak zwyczajnie wyrażające pragnienie każdego malarza, nie towarzyszy wszakże często rozmowom przy sztaludze. W każdym z nas jest raczej odrobina nadziei, że to, co robimy, chyba jednak ma sens.
    „Chciałbym w życiu namalować choć jeden dobry obraz" — to wyznanie jest przecież niczym innym, jak tylko pragnieniem towarzyszącym tajemnicy malarskiej roboty.
    Może właśnie dlatego sądzę, że praca naukowa, teoretyczne rozważania o ekspozycjach muzealnych, refleksja filozoficzna czy dydaktyka Jerzego Świecimskiego zaczyna się i kończy przy sztaludze, w maleńkiej pracowni, na którymś tam piętrze w samym sercu Krakowa. Po co malować niezwykłe wnętrza w czerniach i brązach, pejzaże angielskie z szeregami domków i bielą nieba, zielonkawe przebłyski holenderskich miast?
    Po co fotografować krajobrazy, które są - jak mówi Jerzy Świecimski „przywoływaniem konkretu wtedy ważnego", ale już wówczas, gdy zaczyna się praca nad płótnem?
    Sądzę, że po to, by utrwalać przeżycia, poszukiwać własnej drogi do prawdy o sobie, swoich wzruszeniach, goryczach, wspomnieniach, ale i o swoim zachwycie światem, obrazami starych mistrzów, niebem, sylwetami katedr i domów.
    Tak więc malować nie po to, by wydziwiać i „nadążać za współczesnością", malować nie po to, by kłamać, lecz po to, by mówić prawdę o sobie i swoim życiu.
    Po to, by zapisywać pamiętnik obrazami, by robić postępy (jak pisał stary Cézanne), by - co przecież podobno tak banalne - być sobą. Witold Lutosławski zapytany u schyłku swego życia przez dziennikarza, czego oczekuje od nadchodzącej „Warszawskiej Jesieni", powiedział: „W chwili obecnej czujemy zmęczenie swoistą tymczasowością muzyki współczesnej, demonstracją środków, za którą niewiele idzie. A główną sprawą w muzyce jest przecież nie „jak", lecz „co". To „jak" jest konieczne, ale najważniejsze jest przesłanie. I na nie właśnie czekamy". To, co w słowach Lutosławskiego dotyczy muzyki - w równym stopniu odnosi się do malarstwa.
    Sądzę, patrząc na malarstwo Jerzego Świecimskiego, że poświęcił się bez reszty przesłaniu, a jest nim uparte dążenie do „JAK", ale tylko po to, by emocje i intelektualna refleksja połączone w obrazie emanowały siłą prawdy myślenia i przeżycia.
    To jest właśnie sens tego „jednego obrazu", jaki od lat maluje Jerzy Świecimski.

                                                                                                                                                 Stanisław Rodziński

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Pejzaże są wypełnione przestrzenią określaną geometrycznym układem drzew lub kop pachnącego dzieciństwem siana - mówiła podczas wernisażu Małgorzata Maćkowiak. Galeria "Kancelaria" zaprasza do zwiedzania ekspozycji "Wspomnienia z podróży" autorstwa Małgorzaty Maćkowiak. Ciepłe w tonacji obrazy, pejzaże pachnące dzieciństwem pozwolą na chwilę zapomnieć o zimowej, zakopiańskiej aurze. Kancelaria Małgorzaty Górbiel i Andrzeja Wróbla na Łukaszówkach działająca pod patronatem Urszuli Kenar tym razem prezentuje prace krakowianki Małgorzaty Maćkowiak. Artystka jest absolwentką Wydziału Malarstwa Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (pracownia prof. Jana Szancenbacha). Zajmuje się malarstwem monumentalnym oraz malarstwem sztalugowym, rzeźbi, rysuje, tworzy grafiki (odręczne i komputerowe). Była stypendystką Ministerstwa Kultury i Sztuki. Jest członkiem ZPAP oraz Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Twórczego "Wiklina". Jej prace uczestniczyły w licznych wystawach w kraju i za granicą. Lubi podróżować, a wspominająca swe wojaże Małgorzata Maćkowiak przywiozła do Zakopanego kilkanaście prac wykonanych głównie w żółtych i brązowych kolorach. Świat na nich przedstawiony emanuje ciepłem, rozbudzając w widzu pragnienie lata. Jej malarstwo to poszukiwanie człowieka, dla którego tworzone są pełne uroku i poczucia bezpieczeństwa miejsca - zaznaczyli goście wernisażu.
   
                                                                                                               (RAV) Artykuł udostępniony przez Dziennik Polski

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Rockowy zespół TSA śpiewał kiedyś o tym, że po świecie chodzą ludzie „przestraszeni, zagubieni - chodzą spodnie, buty szelki". Kiedy popatrzyłem na obrazy Małgorzaty Maćkowiak, tekst ten natychmiast stanął mi przed oczami. Bo tacy właśnie zdają się być bohaterowie jej obrazów. Mamy tu leżące obok siebie pary, które mimo fizycznej bliskości zdają się odległe od siebie o lata świetlne. Jest także tłum kłębiący się w supermarkecie - masa ludzka nie zauważająca istnienia drugiej osoby. Jest wreszcie rycerz zagubiony wśród ludzi - choć jemu akurat się nie dziwię,bo przystrojony w XVI-wieczną zbroję konną, a rumaka nigdzie w okolicy nie widać. Malarstwo Maćkowiak - uczennicy Jana Szancenbacha - dalekie jest jednak od prostego moralizatorstwa. Subtelne barwy i niejednoznaczne sytuacje nadają płótnom senny klimat i wypychają je poza określone ramy czasowe. Jest tu tęsknota za człowiekiem i próba zrozumienia go, bez ferowania wyroków o "człowieczej naturze". Dobrze, że te postaci "odnalazły się" na płótnach.
   
                                                                                                                                                            Stanisław Gieżynski

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Malarstwo Małgorzaty Maćkowiak nie jest do końca z tego świata, któremu - nie zawsze dobrowolnie - przyglądamy się na co dzień.
   To taka zdrapka, pod którą kryje się bonus - rzeczywistość bardziej świetlista i moralna, w którym dla wszystkich chętnych wystarczy bezkolizyjnych ścieżek okalających wybujałe przestrzenie.
   Mimo całej bajkowości przedstawień, nie jest to lukrowanie świata i pozbawianie go istotnych pytań, tak jak w aspekcie fizycznym - nie jest to papka pigmentów z tubki, do których przyzwyczaiła nas współczesność.    
   Prawdziwie solidnym fundamentem...wielką wartością...malarstwa Małgosi Maćkowiak, jest fakt, że zanim odnajdziemy w nim anegdotę i własną narracja, to widzimy kawałek płótna pokrytego pulsującym laserunkami, szlachetnym kolorem i chcemy na nie patrzeć bez końca.    
   A za to przecież - przede wszystkim - kochamy dobre malarstwo.
   

                                                                                                                                                          Katarzyna Krzykawska

,

   The work by Małgorzata Maćkowiak shows few signs of earthy provenience, bearing as it does almost no relation to the common environment that, no matter whether we approve or resist, forces itself upon us. It can be compared to a collection of samples, scrapped off from reality, and causing it to radiate energy and valour. The world appears here as a infinite space full of traces left by people of good will with no menacing danger and conflict.    
   Maćkowiak’s performances show no lack of the fairy story element. In spite of it, we won’t find here either any beautification of the world or shirking from fundamental questions. And the material aspect of this art has nothing to do with squeezing out of pigment pulp from the tube.    
   The real corner-stone and the decisive value of Maćkowiak’s paintings, is the sort of perception that it offers. Before the observer starts looking in her works for the anecdote and narratives, he will have noticed a piece of canvas covered with throbbing trails of glaze, the noble colours. One finds it difficult to leave the exposition.    
   And, after all, this is what matters.
   
                                                                                                                                                          Katarzyna Krzykawska


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Myślę, że Małgorzata Maćkowiak wierzy w wartości ponadczasowe malarstwa. W uwzględnienie w obrazie egzystencji światła i światłocienia, i wiązanie z tym wartości barwnych. Ta wiara, to indywidualny kształt plamy malarskiej i własne w sposobie dotknięcia pędzla, które można by porównywać do charakteru pisma.
   Malarstwo takie wymaga wytrawności oka i sprawności warsztatowej.
   Należy dodać, iż odwołując się do metody klasycznej, malarstwo to swobodnie operuje wszystkimi barwami pryzmatu, zachowując jednak swoje preferencje w ciepłych gamach kontrastowanych do srebrzystych szarości budujących światło w obrazach i dodających im charakterystycznego blasku. Taka opozycja stanowi często dominantę obrazu i poprzez swoją dźwięczność w jakimś sensie staje się malarską wizytówką autorki.
   Pozostawmy zatem widzowi przyjemność smakowania i rozszyfrowywania wątków tematycznych prezentowanych na wystawie prac i osiągania tą drogą możliwie, mam nadzieję, najpełniejszej satysfakcji.
   
                                                                                                                                                                      Roman Łaciak

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   „Zagubieni” to tytuł wystawy malarstwa Małgorzaty Maćkowiak organizowanej od 27 marca do 22 kwietnia b.r. w warszawskiej galerii sztuki współczesnej Farbiarnia na Pięknej. Obrazy artystki po raz pierwszy od dłuższego czasu „zaludniły się”: Małgorzata Maćkowiak – choć w sposób celowo niedopowiedziany – snuje opowieść o ludziach, dla których świat zaczął się kręcić za szybko i którym z powodu natłoku wrażeń i doznań trudno skupić się na istotnym szczególe czy naprawdę dostrzec drugiego człowieka.    
   „Malarstwo Małgorzaty Maćkowiak nie jest do końca z tego świata, któremu - nie zawsze dobrowolnie - przyglądamy się na co dzień. To taka zdrapka, pod którą kryje się bonus – inna rzeczywistość bardziej świetlista i moralna, w której dla wszystkich chętnych wystarczy bezkolizyjnych ścieżek, okalających wybujałe przestrzenie. Mimo całej bajkowości przedstawień, nie jest to lukrowanie świata i pozbawianie go istotnych pytań [Katarzyna Krzykawska].   
   Wydaje się, że będąc uczennicą Jana Szancenbacha (dyplom z wyróżnieniem w 1984 roku) prawdziwym wyzwaniem jest oparcie się pokusie powielania wzorców swojego mistrza. Szancenbacha nie pociągały nigdy eksperymenty awangardy, a za prawdziwą wartość uważał solidny warsztat: do jego doskonalenia wystarczała martwa natura i pejzaż jako temat obrazu. Małgorzata Maćkowiak docenia zarówno kompozycję płótna jak i umiejętność budowania napięcia kolorem. Swoim ostatnim cyklem prac chce nam jednak powiedzieć coś więcej, chce opowiedzieć o ludziach, dla których świat zaczął się kręcić zbyt szybko, którym z powodu natłoku wrażeń i doznań trudno skupić się na istotnym szczególe czy naprawdę dostrzec drugiego człowieka. Czują się zagubieni. Jak my sami? Jak Adam i Ewa z prac o tym samym tytule? Jest to malarstwo celowo niedopowiedziane, pozwalające każdemu na jego własną interpretację.   
   „Prawdziwie solidnym fundamentem… wielką wartością... malarstwa Małgosi Maćkowiak, jest fakt, że zanim odnajdziemy w nim anegdotę i własną narrację, to widzimy płótna pokryte pulsującymi laserunkami, szlachetnym kolorem i chcemy na nie patrzeć bez końca.”[Katarzyna Krzykawska].
   Jest artystką o wielu zainteresowaniach: zajmuje się malarstwem sztalugowym, rysunkiem, grafiką, grafiką komputerową, rzeźbą. Miała dłuższą przygodę z wikliną artystyczną, wystawiając swoje prace wielokrotnie wraz z członkami Stowarzyszenia „Wiklina”. W czasie kilkuletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych zainteresowały ją murale i malarstwo iluzoryczne. Ale malarstwo na płótnie i desce było dla niej zawsze najważniejszym środkiem wyrazu. Obrazy wykonane są techniką olejną. Posiadają grubą warstwę niezliczonej ilości laserunków, którymi pokrywana jest pierwotnie namalowana olejna struktura.
   
                                                                                                                                                                        (M.D.S)

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Zatrzymane na taśmie filmowej ślady rzeczywistości przywołują minione sytuacje niczym pocztówki z podróży po egzotycznych krajach, ożywiają wspomnienia, wzruszają, próbują żyć na nowo. Nadaremnie...
   Julita Malinowska z równą pasją filmuje rzeczywistość, co rysuje na papierze i maluje obrazy na płótnie. Autorka posiada wyjątkową wręcz spostrzegawczość w dostrzeganiu ludzkich gestów i szczegółów otaczającego nas świata.
   Podpatrzona, utrwalona w pamięci, zarejestrowana kamerą lub fotograficznie ta intymna rzeczywistość zjawisk w pracowni Julity poddana zostaje obróbce, przetworzeniom i selekcji.
   Po wielu próbach i testach jakości wybrany, z przepływu niezliczonych momentów, wycinek zostaje dopuszczony do swoich „pięciu minut na scenie”. Formaty płócien są zwykle ogromnych rozmiarów; a postacie tam występujące mogą pojawiać się w rozmaitych, często większych od przeciętnego człowieka, wymiarach. Kolory też rosną w swej intensywności, próbują zawładnąć naszymi emocjami.
   Grupka dzieci bawi się na plaży w pobliżu błękitnego pontonu. Turkusowa, krystalicznie czysta woda, światło tak intensywne, że chwilami ich ciała stają się prawie czarne, szkliste niczym pociemniała fotografia. A może wspomnienie?
   A może marzenie?
   Tak, marzenie... Czyż utrwalenie marzenia nie wiązało się z najciekawszymi zjawiskami w sztuce? W „epoce” ostatnich lat, gdy szuka się inspiracji w internecie, metod na „robienie dzieła sztuki” i przenosi na płótno fotografie za pomocą rzutnika, próba utrwalenia marzenia jest rzadkością. Stwarzanie pozytywnej iluzji jest dużo bardziej znaczącą odpowiedzią na rzeczywistość niż tak powszechne dziś komiksy od spraw społeczno-politycznie ważnych.
   Trudno przecież zobaczyć malarstwo Julity w oderwaniu od modnej, od kilku lat, tendencji w malarstwie tzw. figuratywnym.
   Ale czy figuratywne czy nie, w obu podejściach, ważność sztuki i jej jakość polega na tym samym...Jest to wyzwanie, przed którym stoi Julita i którego jest świadoma.
   Zatrzymane na płótnie sytuacje zapraszają nas do obejrzenia ich teraźniejszości, ich malarskiego warsztatu, precyzji ale także zmysłowości ukrytej w syntetycznych formach i w spontaniczności malarskiego gestu. Utrwalone na płótnie notatki, przy których można oderwać się od anegdoty obserwując zależności między tonami, pomiędzy partiami matowych bieli i błękitów; a lśniącymi, czerniejącymi partiami obrazu.
   Czasami są to zacienione ciała postaci, czasem zacienione liście palmy z egzotycznego kraju lub też rytmy fal zostawione na wodzie przez płynącą postać kobiety będącą zaledwie i aż, tylko śladem malarskiej intuicji.
   Malarstwo Julity Malinowskiej znajduje duże grono odbiorców i porusza ich wrażliwość.
   Jak w każdej prawdziwej twórczości kluczową sprawą staje się próba wyniesienia tego co osobiste na poziom uniwersalny.
   
                                                                                                                                            Paweł Dutkiewicz

,

   The traces of reality frozen in a film frame recall past situations as do postcards from travels to exotic countries, they refresh memories, emotions, try to live anew. All for nothing...
   It is with such passion that Julita Malinowska records reality, she draws it on paper and paints it on canvas. The artist possesses an almost unique perception in detecting peoples' gestures and details of the world which surrounds us.
   Intimate stolen glimpses of everyday phenomena, are committed to memory, captured on film or photographed and worked on in Julita's studio, processed and selected.
   After many trials and tests, chosen from an innumerable flow of moments, the selected frame is allowed its “five minutes of fame”. The format of the canvases is usually huge; and the size of the figures which appear on them varies, though they are often larger than normal. The colours also increase in intensity, trying to seize our emotions.
   A group of children is playing on the beach near a blue dinghy. Turquoise, crystal-clear water, a light so intense that at times their bodies become almost black, glass-like, almost a darkened photograph. Or perhaps a memory?
   Or perhaps a memory?
   Yes, a memory... Has not the recording/strengthening of memory been connected with the mot interesting phenomena in art? During the “epoch'' of the last few years, when we search for inspiration in the internet, methods of “making works of art”, when photographs are transferred onto the canvas via a projector, attempts to record memory are rare. The creation of a positive illusion is a far more meaningful response to reality than the socially-politically important comics which can be found everywhere today.
   It is difficult to view Julita's painting away from the so-called figurative trend in painting which has become modern in the last few years.
   But whether figurative or not, in both approaches, the importance of this art and its quality depend on the same... It is a challenge, which Julita faces head-on and is well aware of.
   The situations frozen on canvas invite us to look at them in the present, the handling of the paint, the precision but also the sensuality hidden in the synthetic forms and in the spontaneity of painterly gestures. Notes, preserved on the canvas, through which we can break away from anecdote by observing the relationship between tones, between areas of matt white and blue and the glistening blackening parts of the painting.
   Sometimes these are areas of the bodies in shadow, sometimes they are palm leaves from an exotic country in shadow or the rhythms of the ripples left on the water by a woman swimming past who is merely but also more than, a trace of painterly intuition.
   The painting of Julita Malinowska reaches a wide audience and touches their sensitivity. As with every true creative endeavor the key issue is the attempt to make something personal universal.
   
                                                                                                                                              Paweł Dutkiewicz


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Dowiedzieć się jak nas widzą inni stanowiło zawsze rodzaj wielce inspirującej ciekawości intelektualnej. Jest na to wiele przykładów, począwszy od sławnych podróżników, którzy od dawna opisywali nasz kraj, nasze regiony, nasze miasta, poprzez malarzy pejzażystów, którzy na przestrzeni wieków utrwalali na płótnach i papierze panoramiczne i historyczne aspekty widziane z rozmaitej perspektywy, często demonstrując przy tym bardzo osobiste wizje. Szeroko znane ?Podróże do Włoch" Goethego, Monteskiusza, Montaigne'a, i Stendhala (chociaż opowiadanie tego ostatniego o Włoszech jest tylko jego marzeniem) są dowodem takiego zainteresowania. Podobnie zrozumiała jest przychylność z jaką zawsze spotykały się ilustracje Houela i Saint Nona, że przytoczę tylko dwóch artystów cudzoziemców, którzy tak wiele swego trudu poświęcili aby przedstawić oblicze Sycylii.
    Uwagi te przyszły mi na myśl, kiedy obserwowałem wielki fresk sycylijski złożony z obrazów olejnych i wykonanych temperą, jaki polska malarka Celina Oczkowska poświęciła Sycylii. Artystka o niewątpliwym temperamencie i dobrej szkole (jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w swoim rodzinnym mieście Krakowie), jest znana w wielu krajach europejskich, w których wystawiane były jej prace i gdzie znajdują się one w licznych zbiorach prywatnych.
   Celina Oczkowska zna bardzo dobrze Sycylię oraz jej pomniejsze wyspy poznawane w czasie długich pobytów. Chłonęła ją z wiecznie niezaspokojonym pragnieniem uchwycenia jej kolorów, lecz przede wszystkim jej sensu i duszy. Było to uważne poszukiwanie autentycznej tożsamości wyspy, tożsamości, która często umyka rdzennym Sycylijczykom nawykłym do jej jakże często gwałtownych kontrastów, do jej form, czasem zgoła przesadnych, do jej łagodności.
   Interpretacja Sycylii dokonana ręką polskiej malarki jest natychmiastowa i intensywna. Jej paleta rozpala się mocnymi kolorami wyspy, lecz nie pozwala się oślepić, gdyż potrafi zaczekać na moment, kiedy światło ustępuje miejsca cieniowi, radość dramatowi. Stąd wzajemne przenikanie się odczuć i stanów, tworzących żywy splot, w którym współgrają technika i poezja, czar i rzeczywistość.
   Oczkowska umie uchwycić istotne aspekty sycylijskiej natury. Malując pejzaż na wyspie Stromboli czuła się zafascynowana górą ognia jaka zawisła nad ludzkimi siedzibami niczym odwieczna groźba, co nie przeszkadza trzcinom grać wesoło na wietrze podobnym eolskiej harfie. Opuncje i cytrusy, rumowisko i mur wzdłuż wiejskiej drogi, nagie bazaltowe skały i samotne wybrzeża, oto obrazy, które polska malarka silnie odczuwa jako istotne elementy pozwalające zrozumieć śródziemnomorską wyspę. Dlatego też w jej palecie są one nadzwyczaj żywotne. Jednocześnie są tam leniwe łodzie w portach, eksplozje żarnowców i pól kwitnących na wiosnę, starzec przytulony do muru na wyspie Ustica z żywym spojrzeniem w blasku zachodzącego słońca a wszystko to dopełnia bardzo sugestywną wizję Sycylii urzekającą swoimi kolorami i elegancją kompozycyjną. Widać w tym nie tylko mistrzostwo i zaangażowanie wrażliwej i pełnej kultury artystki, lecz także jej miłość do tej przybranej ojczyzny i pragnienie pozostawienia świadectwa jej sztuki, która przetrwa w czasie.
   
   Giuseppe Quatriglio,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Nie udało się jeszcze, na Sycylii, całkowicie wyeliminować starej i absurdalnej zasady ograniczania tematów i wyborów malarzy i malarek: z jednej strony męska krzepkość, z drugiej kobieca kruchość. I oto mamy dzisiaj kolejny dowód przemawiający przeciwko temu nieporozumieniu: ważna wystawa polskiej artystki Celiny Oczkowskiej w siedzibie Circolo della Stampa w Palermo. Wystawa, którą należy polecić przede wszystkim ze względu na wielki ładunek witalności.
   Nie co dzień zdarza się mieć do czynienia z temperamentem tak silnym, tak wyraźnie, intencjonalnie impulsywnym. Można podejrzewać, że malarka nie jest świadoma (na swoje szczęście!) całego tego anachronicznego repertuaru drżących świtów, kwiecistych ogrodów, romantycznych zmierzchów, zakochanych par w świetle księżyca, bukietów kwiatów na adamaszkowych draperiach...
   Przeciwnie, jej zainteresowanie zwraca się ku walorom chromatycznym absolutnym, ku treściom przejrzystym i istotnym. Paleta wyrazista i zdecydowana, która jasno brzmi na tle chaotycznej wieży Babel współczesnego malarstwa.
   Wybór głównego motywu obrazów, czy jest to monumentalny widok czy pejzaż czy też postać lub kompozycja, nigdy nie jest podporządkowany gustom kaprysu czy udziwnienia za wszelką cenę. Przeciwnie, jest zobowiązaniem utrzymania górnych brzmień, wariacji na temat, narracyjnej kongenialności wyrażonej poprzez kolor.
   Istotnie, w każdym dziele można dostrzec jak artystce udaje się przedstawiać niezwykłe zalety kolorystyki mocnej acz kontrolowanej, dziewiczej świeżości idącej w parze z żywotnością i spontanicznością.
   Pejzaże prezentują linię pewną i wyrazistą, zaś skutecznie skróty respektują wymogi perspektywy.
   Oprócz znaku graficznego, często dominującego, zawsze pewnego i pełnego energii, bardzo interesujący jest także wątek kompozycyjny. Wyważona struktura tych dzieł ujawnia świadome balansowanie między intelektem a instynktem.
   Malarstwo niewątpliwie zasługujące na uwagę, ujawniające temperament artystyczny spójny i konsekwentny.
   
   Albano Rossi,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Celina Oczkowska rozpoczęła swą karierę artystyczną w Krakowie. Dość skromnie, jak zresztą wszyscy najbardziej nawet utalentowani młodzi. Potem słuch o niej zaginął: wiadomo było, że wyjechała gdzieś na południe, do Włoch czy jeszcze dalej. I właśnie stamtąd, z Palermo, w którym mieszka i pracuje, wyruszyła w swój, tym razem już triumfalny, marsz na północ. W drogę, mierzoną coraz to nowymi wystawami i coraz bardziej pochlebnymi głosami krytyki. Obecnie bierze udział w "Tygodniu włoskim" w Norymberdze u boku takich sław, jak Guttuso, Migresco i Cagli, co mówi samo za siebie. Lecz może również napawać pewnym niepokojem, świadcząc, że Oczkowska stała się włoską malarką. Otóż nie. Siła artystki, poza niewątpliwym talentem i wciąż doskonaloną wiedzą malarską, polega właśnie na pewnej odrębności, na świeżym, wrażliwym, a już niedostępnym dla autochtonów dostrzeganiu krajobrazu i ludzi Sycylii, którym poświęciła swą sztukę. Oczkowska w pewnym sensie odkrywa wyspę na nowo dla jej mieszkańców, tak jak - zachowajmy wszystkie proporcje - uczynił to Conrad wobec otrzaskanych z morzem Brytyjczyków. W jej pejzażach jest zawarta bajeczna kolorowość sycylijskich wybrzeży i przejrzystość morskiego powietrza, oślepiającego słońca i błękitna ruchliwość wody. Jest cała dekoracyjna uroda kraju, lecz również dynamiczność jego układów przestrzennych i - nieraz - bliskie dramatowi napięcie. Kolejną cechą obrazów Oczkowskiej jest - jakże rzadka - umiejętność budowania monumentalnych kompozycji z niewielkich na ogół elementów formy, z dalekich domków rybackich czy wyciągniętych na brzeg łodzi. Zachowując szczegóły wznosi z nich mocny szkielet obrazu, zbiegający się wokół wyraźnej dominanty. Okazją do bardziej wyczerpującego omówienia sztuki Oczkowskiej będzie jej krakowska wystawa, która, miejmy nadzieję, odbędzie się w przyszłym roku. Bo warto!
   
   Jerzy Madeyski- Życie Literackie,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

  Wystawa obrazów jest dla ich autora wydarzeniem ważnym, któremu towarzyszą zawsze duże emocje, zamyka pewien etap pracy i poddaje jej efekty publicznej ocenie. Autor wierzy, że jego wysiłki twórcze znajdą zrozumienie i akceptacje u odbiorców. Dzieło, które przez długi czas powstawało w odosobnieniu staje się dostępne odbiorcy, jego autor poddany publicznej konfrontacji, zaś jego wrażliwość trudnej próbie. Wydawać by się mogło zatem, że każdy malarz weźmie to wcześniej pod uwagę i tak pokieruje swoim działaniem aby oczekiwania odbiorcy zadowolić. Nie dzieje się tak chociażby dlatego, że zadowolić oczekiwania innych to tak naprawdę ich rozczarować.
   Nie jest powinnością sztuki spełnianie oczekiwań. Powinna dawać nam to nie oczekiwane. Tak się dzieje już na etapie tworzenia obrazu lub innego dzieła. To właśnie malarz, twórca obrazu pierwszy uczestniczy w tym ekscytującym procesie dziania się, tworzenia się czegoś nowego, odkrywania, również przez niego nie znanej do końca jakości. I nie ma znaczenia jak długą do tej pory przeszedł drogę, jakie są jego doświadczenia warsztatowe, jaka skala wrażliwości, czy z jakich źródeł czerpie inspiracje. Ważnym natomiast jest by nie dać się uwieść pozorom łatwego efektu i w ten sposób zagubić prawdę o tym co jest przedmiotem tworzenia.
  Każdy malarz czerpie z innych źródeł inspiracje do swych dzieł i każdego cechuje inna skala wrażliwości. Dlatego mamy tak różnorodne malarstwo. Jest jednak w tym rzecz wspólna - to co chce wyrazić poprzez swój obraz, musi być wiarygodne dla niego i dla odbiorcy. Nie może zatem ulec żadnym kompromisom, ale pozostać wierny inspiracji. Jest to proces jednakowo trudny jak fascynujący. Podążanie za tym ledwo wyczuwalnym śladem i nadawanie mu właściwego kształtu daje uczucie satysfakcji i spełnienia. Nie ma tu miejsca na chęć przypodobania się komukolwiek. Jest w tym natomiast zawarte ryzyko, że nie zostanie się właściwie zrozumianym ale jest to cena jaką trzeba ponieść.
  W moim malarstwie inspiracje do obrazów czerpię z natury. Wystarczy jednak chwilę popatrzeć, aby pojąć, ze jej nie odzwierciedlam. Byłoby to dla mnie niemożliwe i bez sensu. Ale cóż znaczy - "czerpię inspiracje"? Dla mnie znaczy tyle, że patrząc na otaczającą mnie rzeczywistość nie wyróżniam z niej poszczególnych przedmiotów a poddaję się urokowi ich wzajemnego na siebie oddziaływania. To znaczy, że dostrzegam w tym zjawisku jego kolor, ciężary waloru, arabeskę linii; że w mej świadomości tak ustawiam kadr obrazu aby dla mnie był interesujący. Już na tym etapie w mojej świadomości pewne elementy kompozycji są bardziej eksponowane a inne - niepotrzebne, eliminowane całkowicie. Nie jest to proces chłodnej kalkulacji ale wielkie zawirowanie emocjonalne. To właśnie nazywam inspiracją. Pojawia się wtedy potrzeba utrwalenia tego wydarzenia a równocześnie dłuższego w nim przebywania. Trzeba wówczas podjąć wysiłek tworzenia i nie pójść na żaden kompromis w wydobywaniu prawdy. W takim rozumieniu tworzenia obrazów, niepoważnym wydaje mi się ciągłe zmienianie stylu i uleganie modom. Bo tak postępując nie byłbym wiarygodny.
  Każdy z nas ma zawarty w sobie swój własny kod estetyczny, którego obecność ujawnia się w czasie działania. Dzięki temu wielcy mistrzowie są tak łatwo rozpoznawalni, tak jednorodni w swych dziełach a tak różni względem siebie. To ich dzieła pozwalają nam zaglądnąć w ich osobowość, poznać ich ludzką wielkość, odnieść to ich doświadczenie do siebie. Naśladowanie ich nie miałoby jednak żadnego sensu na równi z uleganiu modom. Dlatego z szacunku do innych i do samego siebie malarz powinien zaproponować tylko to, co sam reprezentuje, ale właśnie to może być dla innych interesujące i warte poznania.

                                                                                                                                                         Kazimierz Wilk

,

   


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków
   Ponoć każdy artysta niesie w sobie cząstkę własnej ojczyzny więcej nawet, gdy o niej zapomni lub zgubi ją po drodze, traci zarazem osobowość i moc przekonywania. Starą tę prawdę potwierdzają losy Norblina malującego pod Warszawą jakże francuskie fetes champetres i - odwrotnie - dzieje Chełmońskiego wraz z całą grupą naszych monachijczyków, malujących w górzystej Bawarii mazowieckie równiny i szerokie pejzaże tęsknej Ukrainy. Paryż, Monachium, Warszawa i Kijów leżą jednak w tej samej strefie klimatu, pod podobnym więc niebem, rozsiewającym równie podobne, a w krajobrazie wszak decydujące oświetlenie. Co jednak dzieje się ze sztuką polskiej artystki przeniesionej z mglistego Krakowa wprost pod słońce Sycylii i w jej przejrzyste plenery? Bo Sycylia, to kryształowe powietrze, w którym najdalsze nawet plany rysują się z namacalną ostrością, to czerwone skały na tle błękitnego nieba, to wystrzygane liście palm o twardym konturze, to zbite w chimeryczne gaje olbrzymie kaktusy, osiołki w kapeluszach i wozy malowane w jaskrawe scenki rodzajowe.
   Z malarskiego punktu widzenia , jednak Sycylia ? to przede wszystkim światło. Mocny, oślepiający blask, w którym barwy jarzą się jak lampiony, płasko i dekoracyjnie zarazem, a każdy przedmiot zdaje się być złożony z pryzmatycznej mozaiki. CELINA OCZKOWSKA od lat mieszka na Sycylii, pod samym Palermo, z jego mieszaniną zabytków greckich, arabskich, normańskich późniejszych, prawie nowych, choć dla nas bardzo już sędziwych. Mieszka i maluje tamtejsze pejzaże, zyskując rosnące powodzenie, choć cudzoziemcom przychodzi ono trudniej niż autochtonom, dla których zawsze, nawet po dziesięcioleciach pobytu, pozostają "stranieri", obcymi. Nie tylko przybysze z dalekiej północy zresztą, nawet ci zza cieśniny, o mieszkańcach dalekiego Rzymu nawet nie wspominając. Oczkowska została uznana z racji swej odmienności właśnie, dzięki której widzi Sycylię oczyma artystki polskiej i więcej nawet - artystki krakowskiej, wychowanej przez mistrza światła i koloru, samego Zbigniewa Pronaszkę. Ten zaś uczył swych elewów, że przedmiot jako taki jest mniej ważny od warunków, w jakich się go ogląda, czyli od światła właśnie, zmieniającego jego wygląd i wyraz, że zatem ten sam motyw może być liryczny bądź ekspresyjny do granic dramatu. A Oczkowska jeszcze w swych krakowskich latach miała skłonności ekspresyjne, o czym świadczą jej wczesne obrazy z roku 1958 o znacznej syntezie kształtu i barwy, jak np. utrzymany w błękitach i czerniach "Chudy człowiek", bądź studium dziewczyny w czerwieniach. Dla ekspresjonistki kolorystycznej natomiast Sycylia jest rajem. U nas twórca o podobnych inklinacjach musi wzmocnić łagodny koloryt lokalny, bądź nawet zmienić go dla uzyskania zamierzonych emocji; tam starczy znaleźć odpowiedni motyw w naturze i malować go w pełnym słońcu południa, wówczas, gdy góry płoną czerwienią, a niebo i morze mają odcień połyskliwego błękitu. Starczy też zanotować łunę Etny czy Stromboli w ciemną noc, by ucieleśniły się słowa van Gogha ? uczucie grozy i dramatu najlepiej oddaje połączenie czerwieni z czernią. Oczkowska korzysta więc z pejzażów Sycylii dla wyrażenia własnych nastrojów, maluje dalekie widoki "Wyspy kobiet", gdzie ongiś, choć nie tak znowu dawno, zsyłano panie chore na brzydkie dolegliwości, i bliską gałąź cytryn ("Klęska urodzaju"), i ciche uliczki fenickich jeszcze osad, z ich szarymi murami z łupanego kamienia. Kolejne sukcesy potwierdzają rangę jej dzieł - pierwsze nagrody na konkursach międzynarodowych na pejzaż i w końcu wielka wystawa w Villa Malfitano fundacji Whitaker, będącej dla Sycylii tym czym Centrum Pompidou dla Paryża, czyli najwyższą nobilitacją artysty i przedmiotem marzeń wszystkich tamtejszych twórców. Eksponowała zaś pod tytułem nie wymagającym komentarza - La Sicilia vista da una pittrice polacca - Sycylia w oczach polskiej malarki. Posypały się recenzje i zakupy, w tym aż cztery do kolekcji tejże fundacji, co jest ponoć swoistym rekordem. Bo też w Sycylii widzianej oczyma polskiej artystki pojawiają się niespodziewane widoki szarych skał wśród szarego morza pod szarą warstwą chmur, z wyspą błękitniejącą na horyzoncie. Pojawia się więc polski, nostalgiczny pejzaż przeniesiony w realia afrykańskiego już niemal południa, pojawia się nasza, północna skłonność do zadumy i lirycznej refleksji. Taką też polską Sycylię oglądali widzowie Szwajcarii, Francji, Holandii i Wielkiej Brytanii. W Polsce natomiast jej obrazów nie widział nikt, a - jak napisał pewien mądry człowiek - cóż z uznania świata, skoro w rodzinnej wsi nikt o mnie nie słyszał?
   
   Jerzy Madeyski,    
The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Wystawa prezentowana w krakowskim Pałacu Sztuki jest pierwszym większym pokazem malarstwa Anny Kostenko, młodej malarki, która przed paru laty przyjechała do naszego miasta z Kijowa i podjęta studia na Akademii Sztuk Pięknych.
   Pochodzi z rodziny architektów, a więc już od dzieciństwa spotykała się z problemami rysowania i malowania, które zresztą uprawiają wszystkie dzieci na całym świecie. Zainteresowania plastyczne mijają jednak u większości z nich, gdy mija ich bezpośrednie i dziecięco naiwne dostrzeganie spraw i rzeczy otaczającego świata. Niektóre, posiadające prawdziwy talent, zachowują te zainteresowania i kształcą swoje zdolności, ich wyobraźnia rozwija się i dojrzewa wraz z nimi samymi. Równolegle z tym dojrzewaniem - upodobania młodych utalentowanych osób i wybór drogi artystycznej - stają się coraz bardziej wyraziste i oczywiste, jeśli towarzyszy im sita charakteru, szczerość przekonań i pracowitość.
   W przypadku Anny Kostenko dojrzewanie artystyczne i wybór drogi malarskiej nastąpiły wyjątkowo szybko i wyjątkowo wcześnie. Powiedziała mi kiedyś, że przychodząc do Akademii, nie miała już żadnych wątpliwości jakiego rodzaju malarstwo ją interesuje i w jakiej pracowni chce się kształcić.
   Duża część polskiej krytyki, a także sporo malarzy mego oraz młodszych pokoleń z wytrwałością godną lepszej sprawy wyznaje pogląd, iż nieszczęściem polskiego szkolnictwa było opanowanie go po 1945 roku przez kolorystów. Osobiście nie widzę alternatywy bowiem - poza wyjątkami zupełnie sporadycznymi - ówcześni „awangardziści" to pokolenie dopiero zaczynające kształtować swe postawy artystyczne. Myślę więc, że nie mogli uczyć innych, jeśli własnych dojrzałych dokonań jeszcze nie posiadali. Pokolenie moich profesorów (czyli kolorystów właśnie) stanowili artyści już dojrzali, a jeszcze w pełni sił twórczych i możliwości artystycznego rozwoju.
   Preferencje malarskie Ani byty zapewne wyraźnie sprecyzowane, jeśli wybrała mnie - niedobitka malarstwa kolorystycznego - jako swego perceptora.
Obserwowałem rozwój jej osobowości, rozwój jej talentu i pogłębianie się świadomości malarskiej z ogromną satysfakcją. Byt to (nie tak znowu częsty) przypadek, gdy pomiędzy pedagogiem a uczniem panuje atmosfera wzajemnego zrozumienia podczas ich wspólnych poszukiwań najwłaściwszej drogi mającej prowadzić do pełnego ujawnienia predyspozycji i talentu ucznia.
   W pedagogice artystycznej, która nie rządzi się żadnymi właściwie raz na zawsze ustalonymi prawami, ważne jest właściwe zrozumienie przez uczącego talentu ucznia, zdobycie jego zaufania, a równolegle zrozumienie przez nauczanego, że musi pozostać stroną inicjatywną, że musi wciąż stawiać kolejne propozycje rozwiązywania problemów malarskich. To uczeń, bogacąc doświadczenia i doskonaląc ich wyniki, powinien znajdować się stale o „pół kroku" przed pedagogiem, którego rolą zaś jest podtrzymywanie ucznia w momentach wątpliwości lub zbaczania przez niego z najlepszej i najprostszej drogi prowadzącej do zamierzonego celu. Talentowi Anny Kostenko, jej wrażliwości kolorystycznej, umiejętności wywołania w obrazie klimatu malarskiego zdarzenia, które obserwuje i które skłania ją do jego malowania (postaci, pejzażu, martwej natury) - towarzyszą niezmiennie energia, śmiałość decyzji, wyrazistość koloru. Obrazy jej są interesująco i różnorodnie komponowane, zawierają udzielającą się widzowi rytmikę: wyważenie wielkości i mas, kierunków i ich napięć, pionów, poziomów i skoków - jak w dobrym utworze muzycznym, gdzie zróżnicowanie rytmu, sity i barwy dźwięku tworzą linię melodyczną stanowiącą o całości artystycznego wyrazu. Obrazy jej to radosne (ale nie „przesłodzone") wizje świata, ruchliwych ludzi w kolorowych strojach, przedmiotów pochłoniętych swym codziennym, ale niezwykłym bytem. Są to obrazy przychylne temu, co nas otacza i tym, którzy je oglądają.
   Jestem przekonany, że wystawa którą oglądamy to jeden z pierwszych kroków młodej malarki na drodze do malarstwa, które będzie się nadal rozwijać i przekształcać, ale które zawsze będzie nas zachwycać i cieszyć.

                                                                                                                             prof. Jan Szancenbach

,

  The exhibition in the Palace of Art in Krakow is the first ma­jor presentation of the paintings of Anna Kostenko - a young artist who a few years ago came to Krakow and entered the Academy of Fine Arts.

  Coming from a family of architects she was initiated into drawing and painting at an early age which is a common pastime for most children at a certain age. But when the innocent childish perception of the world changes the interest in arts disappears.

  Nevertheless, if this interest is truly profound and is accompanied by a true talent it develops.

In the case of Anna Kostenko the maturity of her imagina­tion combined with the determination and the strength of character in her artistic choices have emerged very early. Her artistic way and decisions are the fruits of a laborious process and the flowering of personal growth.

  She once told me that when she was applying for the Academy she had no doubt what kind of painting interested her most and which studio she had wanted to join.

The majority of the polish art critics and some of the pain­ters of my generation and younger alleged that the crisis in polish pedagogy was caused by the Colourists who overwhel­med the Academy after the year 1945. In my opinion there was no other option, for the contemporary avantguard pain­ters were only a generation still forming their artistic attitu­des. So without artistic attainments of their own they couldn't possibly teach the others. The generation of my pro­fessors (the Colourists) was formed from mature artists still full of the will of creation and the ability to develop.

  Anna Kostenko must have been quite certain about her pre­ferences if she chose me - the last remnant of the Colourists as her guide. I felt a great amount of satisfaction observing the development of her personality, talent and artistic con­sciousness. We had (what is rather rare) a special sense of understanding between us on our way to the full blossom of Anna's talent.

  In artistic pedagogy in which there are no fixed rules the most important things are to recognise the students talent, to gain their confidence and to maintain the awareness that they are the ones to have the initiative in answering the arti­stic questions. The role of the professor is to support the stu­dent in their moments of confusion and side-tracking whilst the student ought to gather the experiences and conclusions always trying to reach one step ahead of their mentor.

  The talent of Anna Kostenko, her sensitivity to colours, her ability to create remarkable visions on canvas (a figure, a landscape,   a still life) is backed with energy and the dis­tinctiveness of colouring. In her pictures an interesting, vivid composition brings together a certain rhythm of weights, directions and their tensions, verticals, horizontals and slants - as in a good musical composition when the diversity of the rhythms, tones and the strength of the sound create the melody becoming an artistic expression.

  Her visions of the world are joyful (but not maudlin) full of active people wearing colourful clothes, ordinary objects "living" their extraordinary lives (absorbed in their extraordinary existence). These are the positive visions, kind towards the human environment and those who perceive them.

  I feel certain that this exhibition is only the first of many steps on Anna's way to painting which will keep on transfor­ming and developing but always will fascinate and delight us.

 

                                                                                          Professor Jan Szancenbach

 


The Internet Gallery of Polish Contemporary Art
Warszawa
Kraków

   Magazyn "Art & Business" zorganizował konkurs, który zrazu wydał mi się dziwaczny. Trzyosobowe międzynarodowe jury (pod przewodnictwem znanego krytyka francuskiego Pierre'a Restany'ego) wybierało z prac malarskich powstałych w ubiegłym roku w Polsce jedną. Już się to odbyło. Nagrodę Ewy i Mariusza Świtalskich, właścicieli pisma (w wysokości 100 tys. zł), otrzymał jako Obraz Roku „Monolog” Mikołaja Kasprzyka. Przedstawia kilka gestykulujących sylwetek rytmicznie rozmieszczonych na płaszczyźnie. Należy do popularnej obecnie tzw. sztuki krytycznej. Mówi - jak uznało jury - o braku zrozumienia mi